***

Kiedy wszedlem do zakrystii cos sie zmienilo. Gdy przekroczylem prog prezbiterium jak kamfora prysla cala depresja i wszystko. Poczulem nade mna Obecnosc. Z wrazenia usiadlem pod sciana po prawej stronie. Siedzialem tak i bylem jednoczesnie zafascynowany i pelen dobrej wznioslej bojazni i zarazem ani wczesniej ani potem nie bylem tak szczesliwy. Siedzac powtarzalem szeptem tylko trzy slowa: „Bog jest tu”. Ludzie stroili gitary, nikt nic nie zauwazyl. Ta Obecnosc byla jedoczesnie wszechmocna i lagodna. Nie wewnatrz mnie – wokol mnie i w calej swiatyni, a najwiecej w prezbiterium. Trwalo to kilka minut ale moglbym tak siedziec na zawsze. Potem przeczytalem II czytanie albo psalm. Byla noc. Przez cala Eucharystie czulem slady tej Rzeczywistosci. I spiewalismy piesn: „Wielki jest wszechmogacy Bog. Ktoz jest mistrzem takim jak On? Slawic chce Jego Imie gdy spiewam te piesn. Wielki Pan, choc nieznany Jest…” Nikomu ani wtedy ani potem o tym jakos specjalnie nie opowiadalem. Ale byla jakas uroczysta cisza gdy wracalismy do obozu i taki pelen szacunku dystans ludzi do mnie. Szedlem nieco z boku ale nie czulem sie osamotniony. A dwie godziny zaledwie wczesniej zanim wszedlem do zakrystii cierpialem, ze Go nie ma… Lecz potem to sie oddalilo. Znowu wrocily problemy. To tak jak na gorze – fajnie wyjsc ale przeciez kiedys trzeba wrocic do codziennosci…
