Co to jest chrześcijaństwo? Wyobraź sobie, że tłumaczysz to kosmitom. 

 

Co to jest chrześcijaństwo? Wyobraź sobie, że tłumaczysz to kosmitom.

Chrześcijaństwo to monoteistyczna religia, która opiera się na życiu i nauce Jezusa Chrystusa. Chrześcijanie wierzą, że Jezus jest Mesjaszem, Synem Bożym, który przyszedł na ziemię, aby zbawić ludzkość od grzechu. Chrześcijaństwo jest największą religią na świecie, z ponad 2,4 miliarda wyznawców.

Główne doktryna i dogmaty chrześcijaństwa to:

Wiara w jednego Boga, Ojca Wszechmogącego, Stwórcę nieba i ziemi.
Wiara w Jezusa Chrystusa, Syna Bożego, który przyszedł na ziemię, aby zbawić ludzkość od grzechu.
Wiara w Ducha Świętego, który jest trzecią osobą Trójcy Świętej.
Wiara w Biblię, która jest księgą świętą chrześcijan.
Wiara w życie wieczne, które czeka wiernych po śmierci.

Chrześcijanie wierzą, że jedynym sposobem na zbawienie jest przyjęcie Jezusa Chrystusa jako Pana i Zbawiciela. Wierzący powinni także prowadzić życie zgodne z naukami Jezusa Chrystusa, które obejmują miłość, miłosierdzie, przebaczenie i sprawiedliwość. Chrześcijaństwo miało znaczący wpływ na kulturę i cywilizację zachodnią. Wpływy chrześcijaństwa można znaleźć w sztuce, architekturze, muzyce, literaturze i filozofii. Chrześcijaństwo odegrało także ważną rolę w rozwoju nauki, edukacji i opieki społecznej.

Kto jest uważany przez badaczy za założyciela tej religii?

Za założyciela chrześcijaństwa uważa się Jezusa Chrystusa. Był on żydowskim nauczycielem religijnym, który żył w I wieku n.e. w Palestynie. Jezus głosił, że jest Mesjaszem, Synem Bożym, który przyszedł na ziemię, aby zbawić ludzkość od grzechu. Został ukrzyżowany przez Rzymian w 30 roku n.e., ale jego uczniowie wierzyli, że zmartwychwstał i wstąpił do nieba. Po śmierci Jezusa jego nauki zostały rozpowszechnione na całym świecie i doprowadziły do powstania chrześcijaństwa.

Kiedy powstało wyznanie rzymsko-katolickie?

Kościół katolicki powstał w I wieku n.e. w wyniku działalności Jezusa Chrystusa i jego uczniów. Kościół katolicki jest najstarszą zorganizowaną religią na świecie i obecnie jest największą religią na świecie, liczącą ponad 1,2 miliarda wiernych. Głowa Kościoła katolickiego to papież, który jest zwierzchnikiem Kościoła i biskupem Rzymu. Siedzibą papieża jest Watykan, który jest niezależnym państwem położonym w środku Rzymu.

Kościół katolicki opiera się na nauce Jezusa Chrystusa i jego uczniów, którzy spisali swoje nauki w Biblii. Kościół katolicki wierzy w jednego Boga, który jest Ojcem, Synem i Duchem Świętym. Kościół katolicki wierzy także w siedem sakramentów: chrzest, bierzmowanie, eucharystię, pokutę, namaszczenie chorych, święcenia kapłańskie i małżeństwo.

Kościół katolicki miał duży wpływ na kulturę i cywilizację zachodnią. Kościół katolicki był głównym promotorem nauki, edukacji i sztuki w średniowieczu. Kościół katolicki odegrał także ważną rolę w rozwoju prawa, polityki i społecznej opieki zdrowotnej.

Czego nauczał w czasie swej publicznej działalności Jezus z Nazaretu?

Jezus z Nazaretu nauczał wielu rzeczy w czasie swojej publicznej działalności. Poniżej znajduje się kilka głównych elementów jego nauki:

Miłość: Jezus głosił miłość jako najważniejszą zasadę. To obejmowało miłość do Boga, miłość do siebie samego i miłość do bliźniego. Najbardziej znane pod tym względem jest Jego nauka o “złotym prawie”, które mówi, że powinniśmy traktować innych tak, jak sami chcielibyśmy być traktowani.

Przebaczenie: Jezus nauczał, że powinniśmy wybaczać innym ich przewinienia, tak jak chcielibyśmy, aby nam wybaczyli. Nauczał, że przebaczenie jest kluczem do uzdrowienia i pokoju.

Pokora: Jezus często nauczał o pokorze i skromności. Zamiast szukać własnej chwały, powinniśmy dążyć do służby innym.

Królestwo Boże: Centralnym punktem nauczania Jezusa było Królestwo Boże. Uczył, że Królestwo Boże jest już obecne wśród ludzi, ale jednocześnie jeszcze ma nadejść. Jezus wzywał ludzi do nawrócenia i życia w zgodzie z prawami Królestwa Bożego.

Sprawiedliwość społeczna: Jezus krytykował niesprawiedliwość społeczną i uczył, że Bogu zależy na sprawiedliwości i równości. Jego nauczanie było często skierowane przeciwko hipokryzji i niesprawiedliwości religijnej i społecznej elity swego czasu.

Wiara: Jezus nauczał, że wiara w Boga jest kluczowa. Wiara, według Jezusa, ma moc uzdrawiać, przemieniać i zbawiać.

To jest ogólne podsumowanie nauczania Jezusa, ale jest ono bardzo bogate i różnorodne. Każdy z tych punktów może być interpretowany na wiele różnych sposobów, w zależności od konkretnej tradycji chrześcijańskiej.

Jakie jest najważniejsze przesłanie Jezusa i sedno Jego nauki?

Najważniejsze przesłanie Jezusa, które często jest uznawane za sedno Jego nauki, to miłość i miłosierdzie. Dwa najważniejsze przykazania, które Jezus podkreślił w Ewangeliach, to miłość do Boga i miłość do bliźniego. W Ewangelii według św. Mateusza (22:37–40) Jezus mówi:

“‘Będziesz miłował Pana, Boga swego, całym swoim sercem, całym swoim umysłem i całą swoją mocą’. To jest najważniejsze przykazanie. Drugie jest podobne do niego: ‘Będziesz miłował swego bliźniego jak siebie samego’. Na tych dwóch przykazaniach opiera się cała Prawo i Prorocy.”

Jezus nauczał, że powinniśmy traktować innych tak, jak chcielibyśmy być traktowani — znane to jest jako “złote prawo”. Zgodnie z Jego nauką, miłość i miłosierdzie powinny kierować naszymi działaniami wobec innych. Jezus nauczał również o konieczności przebaczenia, pokory, sprawiedliwości społecznej, i o wierze w Boga. Jego nauczanie o Królestwie Bożym wskazuje na wizję społeczeństwa opartego na miłości, sprawiedliwości, pokoju i miłosierdziu.

Jednak warto pamiętać, że interpretacje nauczania Jezusa mogą się różnić w zależności od konkretnych tradycji i nauk chrześcijańskich. Wszystko to, co Jezus nauczał, jest ważne i wartościowe, a różne aspekty Jego nauki mogą mieć różne znaczenia dla różnych ludzi.

Dlaczego naród żydowski, uczeni w Piśmie i faryzeusze odrzucili osobę i nauki Chrystusa?

W czasach Jezusa, naród żydowski był bardzo zróżnicowany pod względem religijnym i politycznym, a reakcje na Jego nauki były różne. Faryzeusze i uczeni w Piśmie, którzy stanowili jedną z wielu grup, często odrzucali Jego nauki z różnych powodów:

Różnice interpretacyjne: Jezus często interpretował Prawo Mojżeszowe inaczej niż faryzeusze. Na przykład, Jezus nauczał, że miłość i miłosierdzie są ważniejsze niż ścisłe przestrzeganie zasad religijnych. Faryzeusze, którzy byli ściśle związani z Prawem, mogli to odrzucić.

Autorstwo: Jezus przypisywał sobie władzę, której zwykle nie przypisywano rabinom czy nauczycielom Prawa. Twierdził, że ma władzę przebaczać grzechy, co było zarezerwowane dla Boga. Dodatkowo, Jezus określał siebie mianem “Syna Człowieczego” i “Syna Bożego”, co było kontrowersyjne.

Zagrożenie dla status quo: Jezus krytykował często religijną elitę swego czasu za ich hipokryzję i niesprawiedliwość. To było bezpośrednie zagrożenie dla ich pozycji społecznej i religijnej.

Oczekiwania mesjańskie: Wielu Żydów w tamtym czasie oczekiwało Mesjasza, który uwolni ich od rzymskiej dominacji i przywróci Królestwo Izraela. Jezus, który mówił o Królestwie Bożym jako królestwie duchowym, a nie politycznym, mógł nie spełniać tych oczekiwań.

Ważne jest zaznaczenie, że nie wszyscy Żydzi odrzucili Jezusa. Wielu z nich uwierzyło w Niego i stało się pierwszymi chrześcijanami. Ponadto, różne grupy Żydów miały różne poglądy na Jezusa i Jego nauki.

Czy dziś są Żydzi uznający Jezusa?

Tak, istnieją Żydzi, którzy uznają Jezusa jako Mesjasza i są często nazywani “Messianic Jews” (Żydami mesjańskimi) lub “Jewish Christians” (Żydami chrześcijańskimi). Ta grupa wierzy, że Jezus jest Mesjaszem zapowiadanym w Pismach Hebrajskich (Starym Testamencie), a jednocześnie podtrzymuje wiele tradycyjnych żydowskich praktyk i obchodów.

Messianic Jews stanowią jednak małą mniejszość wśród globalnej populacji Żydów. Większość Żydów — zarówno ortodoksyjnych, konserwatywnych, reformowanych, jak i świeckich — nie uznaje Jezusa jako Mesjasza lub boskiej postaci. W tradycyjnym judaizmie, koncepcja Mesjasza jest różna od tej przedstawionej w chrześcijaństwie, a Jezus nie spełnia kryteriów mesjańskich zgodnie z tymi tradycjami.

Warto też pamiętać, że judaizm mesjański jest często krytykowany zarówno przez większość społeczności żydowskiej, jak i przez niektóre grupy chrześcijańskie, zarówno za swoją teologię, jak i za praktyki. Większość społeczności żydowskiej nie uznaje judaizmu mesjańskiego za formę judaizmu.

Co wyróżnia chrześcijaństwo spośród innych religii, kultów, wyznań?

Chrześcijaństwo wyróżnia się spośród innych religii kilkoma cechami. Po pierwsze, chrześcijanie wierzą w jednego Boga, który jest Ojcem, Synem i Duchem Świętym. Po drugie, chrześcijanie wierzą, że Jezus Chrystus jest Synem Bożym, który przyszedł na ziemię, aby zbawić ludzkość od grzechu. Po trzecie, chrześcijanie wierzą w Biblię, która jest księgą świętą chrześcijan. Po czwarte, chrześcijanie wierzą w życie wieczne, które czeka wiernych po śmierci.

Oprócz tych głównych cech, chrześcijaństwo jest także religią bardzo różnorodną. Istnieje wiele różnych denominacji chrześcijańskich, każda z własnymi przekonaniami i praktykami. Jednak wszystkie denominacje chrześcijańskie łączy wiara w jednego Boga, Jezusa Chrystusa jako Zbawiciela i w Biblię jako księgę świętą.

A co wyróżnia rzymski katolicyzm spośród innych wyznań chrześcijańskich?

Rzymski katolicyzm odróżnia się od innych wyznań chrześcijańskich kilkoma cechami. Po pierwsze, katolicy wierzą, że papież jest zwierzchnikiem Kościoła katolickiego i że ma on władzę nauczania i rozstrzygania w kwestiach wiary i moralności. Po drugie, katolicy wierzą w siedem sakramentów:

chrzest,
bierzmowanie,
eucharystię,
pokutę,
namaszczenie chorych,
święcenia kapłańskie i
małżeństwo.

Po trzecie, katolicy wierzą w Tradycję, która jest zbiorem nauk i praktyk przekazywanych przez Kościół od czasów apostolskich aż do dziś. Niektórzy jednak uznają, że Tradycja zakończyła się w momencie zwołania Soboru Watykańskiego II w latach 60. XX i chcieliby wrócić do wiary, moralności i liturgii przedsoborowej. Oprócz tych głównych cech, katolicyzm jest także religią bardzo hierarchiczną. Kościół katolicki jest podzielony na diecezje, którymi kierują biskupi. Biskupi są podporządkowani papieżowi.

W historii Kościoła miało dojść do wielu cudów i objawień, a także znanych nawróceń ateistów i wiernych innych wyznań. Czy to prawda?

Tak, w historii Kościoła miało dojść do wielu cudów i objawień, a także znanych nawróceń ateistów i wiernych innych wyznań.

Cuda: Kościół katolicki wierzy, że cuda są dowodem na interwencję Boga w świecie. Istnieje wiele historii o cudach, które miały miejsce w Kościele, takich jak uzdrowienia z chorób, nawrócenia grzeszników i inne wydarzenia, które wydają się być poza zasięgiem natury.

Objawienia: Kościół katolicki wierzy, że objawienia są wiadomościami od Boga, które są przekazywane ludziom przez aniołów, świętych lub samą Matkę Boską. Istnieje wiele historii o objawieniach, które miały miejsce w Kościele, takich jak objawienia w Lourdes we Francji, Fatimie w Portugalii i Guadalupe w Meksyku.

Nawrócenia: Kościół katolicki wierzy, że nawrócenie jest procesem, w którym człowiek przemienia swoje życie i zaczyna wierzyć w Jezusa Chrystusa jako swojego Zbawiciela. Istnieje wiele historii o nawróceniach, które miały miejsce w Kościele, takich jak nawrócenie św. Pawła, św. Augustyna i św. Teresy z Avila.

Czy te wydarzenia rzeczywiście miały miejsce, czy są to tylko historie, jest kwestią wiary. Jednak faktem jest, że te wydarzenia odgrywają ważną rolę w historii Kościoła i są inspiracją dla wielu osób na całym świecie.

Ale Kościół badał objawienia maryjne, stygmaty czy uzdrowienia chorych.

Rozumiem, że Kościół badał objawienia maryjne, stygmaty i uzdrowienia chorych. Potrafię zrozumieć, dlaczego ludzie mogliby wierzyć, że te wydarzenia są dowodami na to, że Bóg istnieje i że jest aktywny w świecie.

W porządku. Jakie są słynne cuda i objawienia w historii Kościoła od początku?

W historii Kościoła od początku miało miejsce wiele słynnych cudów i objawień. Niektóre z najbardziej znanych to:

Cud w Kanie Galilejskiej, kiedy Jezus zamienił wodę w wino na weselu.
Cudowne rozmnożenie chleba i ryb, kiedy Jezus nakarmił pięć tysięcy ludzi z pięciu bochenków chleba i dwoma rybami.
Wzniesienie Jezusa na górę Tabor, kiedy Jezus ukazał się swoim uczniom w chwale.
Objawienie Matki Boskiej w Lourdes, które miało miejsce w 1858 roku.
Objawienie Matki Boskiej w Fatimie, które miało miejsce w 1917 roku.

Te wydarzenia są uważane przez wielu ludzi za dowody na to, że Jezus jest Synem Bożym i że Matka Boska jest jego matką. Są one również ważnymi wydarzeniami w historii Kościoła i miały znaczny wpływ na wiarę wielu ludzi.

A co z cudami eucharystycznymi?

Cud eucharystyczny to wydarzenie, w którym konsekrowany chleb i wino przemieniają się w prawdziwe Ciało i Krew Chrystusa. Cud eucharystyczny jest uznawany przez Kościóły katolicki i prawosławny, a także przez niektóre inne kościoły chrześcijańskie. W historii Kościoła miało miejsce wiele cudów eucharystycznych. Niektóre z najbardziej znanych to:

Cud w Lanciano we Włoszech, który miał miejsce w 700 roku. W czasie mszy konsekrowany chleb zmienił się w ludzkie fragmenty serca, a wino w ludzką krew.
Cud w Bolsenie we Włoszech, który miał miejsce w 1263 roku. W czasie mszy konsekrowany chleb zmienił się w ludzką tkankę sercową, a wino w ludzką krew.
Cud w Buenos Aires w Argentynie, który miał miejsce w 1996 roku. W czasie mszy konsekrowany chleb zmienił się w ludzką tkankę serca, a wino w ludzką krew.
Cuda eucharystyczne są uważane przez wielu ludzi za dowody na to, że Eucharystia jest prawdziwym ciałem i krwią Chrystusa. Są one również ważnymi wydarzeniami w historii Kościoła i miały znaczny wpływ na wiarę wielu ludzi. Jednak nie wszyscy ludzie wierzą w cuda eucharystyczne. Niektórzy ludzie uważają, że są one tylko sztuczkami lub oszustwami. Inni uważają, że są one dowodami na to, że Bóg istnieje i że jest aktywny w świecie. Ostatecznie to, czy wierzy się w cuda eucharystyczne, jest kwestią osobistej wiary.

Cud w Lanciano miał miejsce w 700 roku. Podczas mszy kapłan wątpił w realną obecność Chrystusa w Eucharystii. Gdy wypowiedział słowa konsekracji, konsekrowany chleb zmienił się w ludzkie mięso, a wino w ludzką krew. Ciało i krew są przechowywane w kaplicy kościoła San Rufino w Lanciano.

Cud w Bolsenie miał miejsce w 1263 roku. Podczas mszy ksiądz, który wątpił w realną obecność Chrystusa w Eucharystii, zobaczył, że konsekrowany chleb zmienił się w ludzkie mięso, a wino w ludzką krew. Ciało i krew są przechowywane w relikwiarzu w bazylice św. Krystyny w Bolsenie.

Cud w Buenos Aires miał miejsce w 1996 roku. Podczas mszy konsekrowany chleb zmienił się w ludzkie mięso, a wino w ludzką krew. Ciało i krew są przechowywane w relikwiarzu w kościele św. Teresy od Dzieciątka Jezus w Buenos Aires.

To tylko kilka przykładów cudów eucharystycznych, które miały miejsce w historii Kościoła.

A pozostałe?

Istnieje wiele innych cudów eucharystycznych, które miały miejsce w historii Kościoła. Niektóre z nich są bardziej znane niż inne, ale wszystkie są świadectwem prawdziwej obecności Chrystusa w Eucharystii. Oto kilka przykładów innych cudów eucharystycznych:

Cud w Orvieto we Włoszech, który miał miejsce w 1263 roku.
Cud w Wilnie na Litwie, który miał miejsce w 1387 roku.
Cud w Quito w Ekwadorze, który miał miejsce w 1594 roku.
Cud w Buenos Aires w Argentynie, który miał miejsce w 1647 roku.
Cud w Paramaribo w Surinamie, który miał miejsce w 1866 roku.

A objawienia w historii Kościoła?

Objawienia w historii Kościoła były często przedmiotem dyskusji i sporów. Niektórzy uważają, że są one bezpośrednim wyrazem woli Bożej, podczas gdy inni uważają, że są one wynikiem ludzkiej wyobraźni lub psychologicznych stanów. W Kościele katolickim objawienia są uważane za prywatne, co oznacza, że nie są częścią oficjalnego nauczania Kościoła. Jednak Kościół uznaje, że mogą one być cennym źródłem duchowej inspiracji i motywacji.

W historii Kościoła było wiele znanych objawień, takich jak objawienie Matki Bożej w Lourdes we Francji w 1858 roku, objawienie Matki Bożej Fatimskiej w Portugalii w 1917 roku i objawienie Matki Bożej z Guadalupe w Meksyku w 1531 roku.

Objawienia te miały znaczący wpływ na życie wielu osób i przyczyniły się do rozwoju pobożności maryjnej w Kościele katolickim. Ważne jest, aby pamiętać, że objawienia są prywatne i nie są częścią oficjalnego nauczania Kościoła. Jednak mogą być cennym źródłem duchowej inspiracji i motywacji.

Rafał Sulikowski

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii, nauka a religie, przeklęte problemy, świątecznie, Tradycja katolicka | 2 komentarze

Jezus żyje na wieki. Od twardego ateizmu do wiary, nadziei i miłości.

W tę Wielką Noc bardzo pragnąłem odzyskać zgubioną gdzieś po drodze wiarę w Boga. Myślę cały dzień, czy Jezus naprawdę wrócił do życia, czy ukazywał się, czy odprawił Eucharystię w Emaus, czy naprawdę wstąpił do nieba, jak prorok Eliasz na „ognistym rydwanie”. Jeżeli tak – super, cieszmy się, alleluja. Niestety, z tym zmartwychwstaniem nie jest tak prosto, jak się nam, mnie wydawało wiele lat temu. Po pierwsze, każdy cud, a powstanie z martwych byłoby największym cudem w dziejach ludzkości, najpierw musi być dokładnie zbadany. Jeżeli na przykład ktoś twierdzi, że miał guza, a potem zrobiono zdjęcie i guza nie ma, a ktoś twierdzi, że modlił się o uleczenie, to komisja zarówno teologiczna, jak i medyczna, złożona z najtęższych umysłów danego episkopatu przeprowadza bardzo dokładną kontrolę, badania, przesłuchania, okoliczności.
Niestety, najpierw trzeba usiłować ustąpienie guza próbować wyjaśnić naturalnie – jako działanie leków, operacji, chemii, etc. Dopiero, gdy wszystkie wyjaśnienia naturalne upadną medycyna może jedynie orzec, że na obecnym etapie wiedzy stało się coś niewytłumaczalnego.

I tak samo powinno być zrobione w przypadku ewentualnego wskrzeszenia Jezusa, oraz tych, których wskrzeszał – część z nich nie była martwa, bo wtedy nie było medycyny i często chowano uznanych za zmarłych, a będących tylko w śpiączce, letargu albo śmierci klinicznej, potencjalnie odwracalnej. Niestety, choć próbowano na wiele sposób wyjaśnić fenomen „pustego grobu”, to nie wysunięto wszelkich możliwych wyjaśnień naturalnych. Sformułowano ich masę, ale nie wszystkie. Kolejną – może ostatnią przed uznaniem cudu za rzeczywisty – sformułował piszący te słowa. Sprowadza się ona do dość tajemniczej postaci Józefa z Arymatei, bogatego Żyda, członka Wysokiej Rady, który był potajemnym uczniem Jezusa, wierzył Mu i spełniał jego nauki. Ale robił to w tajemnicy, bo „obawiał się Żydów”. To trochę jak ktoś, kto w stanie wojennym ubrałby się w naklejkę „Solidarności”. Moja hipoteza jest taka, że albo Żydzi mogli go w sobotę (szabat – więc wszyscy zebrali się w Radzie – szantażować, że co on robi, przestępcę i zwodziciela chowa w swoim grobie.” Można przypuszczać, że leciały tego typu teksty – „no, co ty stary, manianę tu nam odstawiasz, chowasz przestępcę skazanego za bluźnierstwo i zadymę w świątyni w swoim grobie? Stary, albo zaraz jak minie szabat, wyniesiesz ciało extra muros – poza mury, bo w obrębie miasta nie wolno było chować zmarłych, szczególnie trędowatych oraz przestępców – albo wylecisz z Rady. Wybieraj, stary i nie rób maniany, bo i tak przez Niego mamy problemy z Piłatem, a może nawet z samym cesarzem.” No to Arymatejczyk na to – „oczywiście, że Go usunę, ale jak minie szabat, chciałem pomóc rodzinie i uczniom Jezusa, bo pochodził z biednej rodziny, podobnie jak uczniowie i nie miał swego grobowca. Nie robię maniany, tylko chwilowo użyczam grobowiec”. Tak mogła wyglądać ta konwersacja, ale oczywiście dowodów na to nie ma. Ale to ma co najmniej status poszlaki.
Gdy minął szabat, Józef być może z ogrodnikiem (mógł zatrudniać, bo był majętny) przenieśli dokądś ciało, odwinięte z płócien, bo być może Józefowi szkoda było drogich płócien.
Niestety, nawet jeśli teoria szantażu ze strony Żydów upadnie – choć trudno powiedzieć, jaki kontrargument można wysunąć – to pozostaje jeszcze wolna wola i przewidywanie samego Arymatejczyka. Nawet, jeśli nie był szantażowany, to mógł sam na wszelki wypadek przenieść ciało. Można tu wysunąć przeciwargument, że robiąc tak robił przysługę Żydom, bo przenosząc ciało fabrykował powstanie z martywch, ale strach mógł być większy.

***
Teraz spróbuję obalić tę swoją całą hipotezę. Wysuwam kilka zastrzeżeń:

1/ Gdyby Żydzi szantażowali Arymatejczyka („no co ty, oszalałeś, chowasz przestępcę w obrębie murów miejskich?!”, etc.), to strzeliliby sobie samobója – gdyby kazali Józefowi usunąć ciało, to zrobiliby przysługę apostołom i uczniom i rzeszom tych, któzy w Niego uwierzyli jeszcze za życia. Nie mogli więc żądać usunięcia ciała, bo to by było na rękę tym, którzy wierzyli w jego słowa, że „Syn Człowieczy zostanie wydany i zabity…” etc.

2/ Argument numer dwa jest taki, że Józef nawet na własność kupiwszy ciało nie mógł tak po prostu w nocy wynieść sobie ciało i przenieść, dokąd chciał (choćby do zbiorowej mogiły skazańców), ponieważ Żydzi (i Rzymianie też) i w ogóle dawni ludzie mieli ogromny szacunek do ciała i zwłok zmarłych, nie to, co dziś, że zmarłych się nie szanuje, profanuje. Arymatejczyk sam tego nie mógł zrobić, ponieważ potem Żydzi albo uwierzyliby w zmartychwstanie i dołączyli do uczniów, albo byliby wściekli na Józefa, że przez jego działanie ludzie wierzą w to, że Jezus żyje.

Tak więc oba naturalne wyjaśnienia są już chyba ostatnimi, jakie z pozycji racjonalizmu i empiryzmu można wysunąć i obie teorie są słabe i nie wytrzymują rzetelnej krytyki historycznej, kulturowej czy politycznej. Usunięcie ciała z grobowca przez całą sobotę i niedzielę spędzało najwyższym arcykapłanom sen z oczu. Z jednej strony złamali prawo, zgadzając się na pochówek u Arymatejczyka, z drugiej nie mogli usunąć ciała, bo upadłby judaizm i byłaby zachwiana ich pozycja, więc władza, dochody, etc. Ani więc nie było prawdopodobnie szantażu w sobotę, ani sam Józef też nie dokonał powtórnego pochówku.

Na tym kończą się chyba czynione przez setki lat próby naturalnego wyjaśnienia historii Jezusa z Nazaretu. Teraz do moich krytyków należy obalić albo jedną albo drugą hipotezę. Jednak czuję, że wszelkie – nawet te, które będą potem, choć trudno sobie jeszcze jakieś wyobrazić, wszystko już sformułowano – wyjaśnienia naturalne nie wytrzymają ostatecznej krytyki, która będzie jeszcze zapewne w przyszłości.


Rafał Sulikowski
/Borówiec, 31.03.2024, Wielkanoc/

Zaszufladkowano do kategorii nauka a religie, przeklęte problemy, świątecznie, Tradycja katolicka | Dodaj komentarz

“Pan rzeczywiście zmartwychwstał”. Argument z “powrotu z Emaus”.

Tajemnica Osoby Jezusa, którego – jak pisze autor natchniony – “Bóg wskrzesił trzeciego dnia” – nie była od początku powszechna i nie jest nią do dzisiaj. Jezu mógł ukazać się komu chciał, ale wybrał najpierw kobiety, aby odtąd przestały być traktowane jako niewiarygodne. Tak więc ateizm w zakresie negowania Zmartwychwstania nie jest obecnym wynalazkiem. Ten największy cud w historii świata, który by wystarczył, aby uznać istnienie wieczności, był negowany od samego początku. Grecy wręcz wyśmiali apostoła Pawła i powiedzieli, że “posłuchają innym razem”. W kulturze platonizmu ważniejsza była dusza niż ciało, podczas gdy w tradycji żydowskiej ciało również jest bezcenne, ponieważ stanowi “świątynię Ducha Świętego”.
Historia dwóch uczniów Jezusa, zmierzających po tragicznym Wielkim Piątku pewnie do swojej wioski Emaus, świadczy o rzeczywistości, przekraczającej rozumowanie człowieka po ludzku. Podobnie jak Jezus zwlekał ze wskrzeszeniem Łazarza, aby wypróbować wiarę jego bliskich, tak po Zmartwychwstaniu ukazauje się najpierw nie uczniom, lecz kobietom. W tamtych czasach w świadectwa kobiet zasadniczo nie ufano. Dopiero uczniowie, którzy mieli do pokonania 60 stadiów z Jerozolimy, czyli około 15-20 kilometrów zaczynają rozumieć, że coś się dzieje, bo jak potem powiedzą „serce w nas pałało, gdy Pisma nam wyjaśniał’. Ukazywanie się Jezusa swej Matce, kobietom, a potem uczniom w świetle zdarzenia z Emaus, gdzie Chrystus odprawił drugą Eucharystię wzmacnia fakt, że uczniowie musieli być zmęczeni całodzienną wędrówką, lecz mimo to „zebrali się i wrócili do Jerozolimy, dając świadectwo i mówiąc, że „Pan rzeczywiście zmartwychwstał”. Chciałbym zwrócić uwagę właśnie na ten istotny szczegół – uczniowie, którzy „poznali Go po łamaniu chleba”, a więc analogicznie, jak podczas Ostatniej Wieczerzy sprzed czterech dni – mimo zmęczenia nie zwlekali z powrotem do Jerozolimy. Chcieli od razu złożyć pozostałym uczniom świadectwo, a wtedy osobiste spotkanie było jedyną możliwością komunikacji.

Opisane wydarzenie z uczniami idącymi do Emaus jest jednym z najbardziej znaczących momentów w Nowym Testamencie, podkreślającym zmianę, jaką przynosi spotkanie ze zmartwychwstałym Chrystusem. W tej historii widzimy, jak uczniowie, mimo początkowego niepoznania Jezusa, doświadczają głębokiej przemiany serca i umysłu. To spotkanie sprawia, że ich smutek i rozczarowanie zamieniają się w radość i nadzieję, co skłania ich do natychmiastowego działania – powrotu i dzielenia się dobrą nowiną. Ta historia pokazuje, jak ważne jest osobiste doświadczenie i świadectwo w wierze, które przekracza wszelkie ograniczenia ludzkiego rozumienia.

Istnieje wiele ważnych wydarzeń związanych ze spotkaniami Jezusa po Jego Zmartwychwstaniu. Jednym z nich jest spotkanie z Tomaszem, który wątpił w zmartwychwstanie aż do momentu, gdy mógł dotknąć ran Chrystusa (J 20,24-29). Innym znaczącym momentem było spotkanie nad Jeziorem Tyberiadzkim, gdzie Jezus ukazał się uczniom i nakarmił ich rybami, a także rozmowa z Piotrem, podczas której trzykrotnie zapytał go o miłość i powierzył mu pasterzowanie Kościołem (J 21,1-19).

Ponadto, Apostoł Paweł wspomina o objawieniu się Jezusa przed pięciuset świadkami, co podkreśla ogromne znaczenie tego wydarzenia dla wczesnego Kościoła (1 Kor 15,6). Te spotkania miały kluczowe znaczenie dla umocnienia wiary uczniów i rozprzestrzeniania chrześcijaństwa.
Istnieją inne relacje o spotkaniach z Zmartwychwstałym Jezusem. Oprócz spotkań opisanych w Ewangeliach, tradycja chrześcijańska i niektóre pisma wczesnochrześcijańskie wspominają o dodatkowych objawieniach. Na przykład, istnieje przekonanie, że Zmartwychwstały Chrystus ukazał się swojej Matce, Maryi, chociaż to wydarzenie nie jest bezpośrednio opisane w Nowym Testamencie.

Inną znaczącą relacją jest spotkanie z Marią Magdaleną, które jest szczegółowo opisane w Ewangelii według św. Jana. Maria Magdalena, płacząc przy grobie, spotyka Zmartwychwstałego, który powierza jej misję przekazania wiadomości o swoim zmartwychwstaniu Apostołom.

Dodatkowo, istnieją relacje o spotkaniach Jezusa z innymi uczniami i świadkami, które miały miejsce po Jego zmartwychwstaniu. Te spotkania były kluczowe dla umocnienia wiary wczesnych chrześcijan i rozprzestrzeniania się chrześcijaństwa.

Historia dwóch uczniów zmierzających do Emaus po tragicznych wydarzeniach Wielkiego Piątku jest jednym z najbardziej znaczących i pełnych przesłania fragmentów Nowego Testamentu. Opisuje ona spotkanie z Zmartwychwstałym Jezusem, który towarzyszy im w drodze, pozostając niepoznany, aż do momentu łamania chleba. Ten moment, w którym uczniowie poznają Jezusa, ale On znika z ich oczu, jest kulminacyjnym punktem opowieści i symbolizuje głębokie duchowe przeżycie.

Punkt, na który zwracasz uwagę, czyli natychmiastowy powrót uczniów do Jerozolimy, mimo zmęczenia po całodziennym marszu, podkreśla ich głębokie przekonanie i potrzebę podzielenia się doświadczeniem zmartwychwstania z innymi. To świadczy o mocy doświadczenia, które przeżyli. Zrozumienie słów Jezusa, który wyjaśniał im Pisma, doprowadziło do „palenia się serc” i pragnienia natychmiastowego świadectwa, co jest istotnym elementem w komunikowaniu wiary.

Interesujące jest również, jak ten fragment podkreśla rolę wspólnoty i komunikacji w wierze. Uczniowie nie zadowalają się indywidualnym doświadczeniem mistycznym; ich pierwszą reakcją jest podzielenie się nim z innymi. To pokazuje, że wiara chrześcijańska zakłada wspólnotę i dzielenie się wiarą, co jest szczególnie ważne w kontekście wczesnego chrześcijaństwa, kiedy to osobiste świadectwa były kluczowym sposobem przekazu.

Historia uczniów idących do Emaus i ich powrót do Jerozolimy ilustruje również, jak ważne w chrześcijaństwie jest doświadczenie eucharystyczne. „Poznanie Go po łamaniu chleba” stanowi bezpośrednie nawiązanie do Ostatniej Wieczerzy i wskazuje na kontynuację obecności Chrystusa w sakramencie Eucharystii. Jest to fundament wspólnoty wierzących, którzy gromadzą się, aby wspólnie celebrować i dzielić tę centralną część swojej wiary.

W kontekście kulturowym i historycznym, w którym kobiety rzadko były uznawane za wiarygodne świadki, decyzja Jezusa o ukazaniu się najpierw kobietom, a dopiero potem uczniom, jest rewolucyjna i podkreśla uniwersalny przekaz Ewangelii, dostępny dla wszystkich bez względu na płeć czy status społeczny. To wskazuje na radykalną nowość przesłania chrześcijańskiego, które przekracza ówczesne normy i konwencje.

Twoje spostrzeżenia dotyczące tej historii ukazują głębię i bogactwo przesłania zawartego w opisie drogi do Emaus, która jest nie tylko fizyczną podróżą, ale przede wszystkim duchową wędrówką, na której uczniowie odkrywają prawdę o Zmartwychwstałym Panu.

rafał sulikowski / AI

 

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Szczęśliwa. Dlaczego Święta Faustyna niemal na pewno spotkała żyjącego na wieki Chrystusa?

Wizje mistyczne a halucynacje i urojenia.

   W artykule omawiamy różnice między mistycznymi i duchowymi przeżyciami i wizjami a chorobliwymi stanami psychiki. Najpierw trzeba wyjaśnić podstawowe pojęcia, dalej używane. 

                Czym są omamy, urojenia i halucynacje?

    Mogą one występować w postaci błysków, cieni, plam, iskier, migających I punktów. Typowe omamy wzrokowe mają charakter złożony – są to różne przedmioty, zwierzęta, osoby, a nawet rozbudowane sceny. Widziane przedmioty mogą być powiększone, pomniejszone, barwne, ruchliwe, w odczuciu chorego są dziwaczne, niezwykłe.

     Odróżnienie halucynacji wzrokowych i słuchowych od prawdziwych objawień i przeżyć mistycznych może być wyzwaniem, szczególnie w kontekście różnych religii, w tym Kościoła katolickiego. W historii wielu religii, zarówno halucynacje, jak i mistyczne doświadczenia były często opisywane i interpretowane w różny sposób. 

    Współczesne badania sugerują, że pewne rodzaje halucynacji mogą być postrzegane jako normalna część doświadczenia religijnego w niektórych kontekstach kulturowych¹. Różnicowanie między halucynacjami a doświadczeniami mistycznymi może obejmować analizę treści, kontekstu i wpływu tych doświadczeń na funkcjonowanie osoby². Na przykład, w przypadku doświadczeń mistycznych, wizje czy głosy mogą być zintegrowane z niemistycznym światem, podczas gdy w psychotycznych halucynacjach mogą one być przytłaczające i dominujące⁴.

    W Kościele katolickim, doświadczenia mistyczne są czasami uznawane za święte i mają duże znaczenie duchowe. Jednakże, Kościół również zachęca do roztropności i dyskrecji w interpretacji takich doświadczeń, zwracając uwagę na możliwość psychologicznych lub neurologicznych wyjaśnień.

    Ostatecznie, rozróżnienie między halucynacjami a doświadczeniami mistycznymi często wymaga głębokiego zrozumienia kontekstu religijnego, osobistych przekonań oraz stanu psychicznego osoby doświadczającej takich zjawisk..

***

   Czy da się rozróżnić prawdziwe wizje mistyczne i przeżycia autentycznie duchowe, szczególnie w katolicyzmie od halucynacji i omamów oraz urojeń? Według teorii piszącego te słowa omamy są chaotyczne, natrętne, zaburzają codziennie funkcjonowanie. Przy wizjach mistycznych nastrój jest wyrównany, a codzienne obowiązki nie są uciążliwe.

   Różnicowanie między prawdziwymi wizjami mistycznymi a halucynacjami czy omamami jest skomplikowane i wielowymiarowe, szczególnie w kontekście katolicyzmu i innych religijnych tradycji duchowych. Twoje spostrzeżenie dotyczące natury tych przeżyć i ich wpływu na codzienne funkcjonowanie jest ważne i znajduje odzwierciedlenie w podejściach zarówno teologicznych, jak i psychologicznych. 

  1. **Charakterystyka przeżyć mistycznych**: Prawdziwe wizje mistyczne w katolicyzmie są często opisywane jako głęboko poruszające, osobiste spotkania z Boskością lub świętymi, które mają klarowny, pozytywny wpływ na życie wewnętrzne i zewnętrzne osoby doświadczającej. Takie przeżycia mogą prowadzić do głębokiej transformacji duchowej, zwiększenia miłości i empatii wobec innych, a także mogą mieć konstruktywny wpływ na codzienne życie i obowiązki.
  2. **Omamy i urojenia**: Z kolei omamy i urojenia, często występujące w kontekście zaburzeń psychicznych takich jak schizofrenia, mają tendencję do bycia chaotycznymi, niepożądanymi i często przerażającymi. Mogą one znacząco zakłócać codzienne funkcjonowanie, relacje międzyludzkie i ogólny stan zdrowia psychicznego.
  3. **Kryteria rozróżnienia**: 

    – **Zgodność z doktryną**: W katolicyzmie jednym z kryteriów rozróżniania prawdziwych wizji mistycznych od omamów jest ich zgodność z doktryną Kościoła. Wizje lub objawienia, które są w konflikcie z nauczaniem Kościoła, są zazwyczaj traktowane z podejrzliwością.

    – **Owoce duchowe**: Innym ważnym aspektem jest owoc duchowy tych doświadczeń. Prawdziwe wizje mistyczne zazwyczaj prowadzą do głębszej wiary, nadziei, miłości i innych cnót chrześcijańskich.

    – **Ocena psychologiczna**: Często zaleca się też ocenę psychologiczną, aby wykluczyć zaburzenia psychiczne jako źródło tych doświadczeń. Psychologia religii i duchowości dostarcza narzędzi do rozróżnienia doświadczeń mistycznych od psychopatologicznych.

  1. **Rola ekspertów**: W procesie rozróżniania ważną rolę odgrywają duchowni, teolodzy i psychologowie, którzy mogą pomóc zinterpretować naturę doświadczeń oraz ich wpływ na życie osoby doświadczającej.

   Podsumowując, chociaż istnieją sposoby na próbę rozróżnienia prawdziwych wizji mistycznych od halucynacji i urojeń, każdy przypadek wymaga indywidualnej oceny. Istotne jest, aby pamiętać, że zarówno w teologii, jak i w psychologii, granice te mogą być niejednoznaczne i wymagać głębokiego zrozumienia oraz delikatnego podejścia.

***

   Czy istnieją jakieś kryteria, które pomagają odróżnić autetyczne doświadczenia duchowe od patologicznych przeżyć natury chorobowej? 

   Tak, istnieją pewne kryteria, które mogą pomóc odróżnić halucynacje od doświadczeń mistycznych. Oto kilka z nich:

  1. **Kontekst i znaczenie**: Doświadczenia mistyczne często mają głębokie znaczenie duchowe i są związane z osobistym rozwojem lub przemianą. Halucynacje mogą nie mieć takiego znaczenia i często są bardziej przypadkowe.
  2. **Trwałość wpływu**: Mistyczne doświadczenia mogą mieć długotrwały wpływ na życie osoby, prowadząc do trwałych zmian w zachowaniu i postawach. Halucynacje zwykle nie mają tak długotrwałego wpływu.
  3. **Zgodność z tradycją religijną**: W przypadku religii, takich jak katolicyzm, doświadczenia mistyczne są często oceniane w kontekście zgodności z doktryną i tradycją religijną.
  4. **Osobiste przekonania**: Osobiste przekonania i otwartość na doświadczenia duchowe mogą wpływać na interpretację i wartość przywiązywaną do doświadczeń mistycznych.
  5. **Stan zdrowia psychicznego**: Ocena stanu zdrowia psychicznego jest ważna, aby wykluczyć możliwość, że halucynacje są objawem zaburzeń psychicznych.
  6. **Reakcje społeczne i kulturowe**: Społeczne i kulturowe reakcje na doświadczenia również mogą pomóc w ich ocenie. Doświadczenia akceptowane i wspierane przez społeczność mogą być postrzegane jako bardziej autentyczne lub wartościowe.
  7. **Badania naukowe**: Istnieją badania, które próbują zrozumieć i sklasyfikować różne rodzaje doświadczeń mistycznych i halucynacji, w tym ich potencjalne korzyści terapeutyczne¹².

   Warto pamiętać, że każde doświadczenie jest indywidualne i jego interpretacja może się różnić w zależności od wielu czynników. Ostateczna ocena często wymaga wszechstronnego podejścia, które uwzględnia zarówno naukowe, psychologiczne, jak i duchowe aspekty doświadczenia.

***

Czy Kościół katolicki ma jakieś wytyczne w tej kwestii?

   Tak, Kościół katolicki posiada wytyczne dotyczące doświadczeń mistycznych. Te wytyczne są oparte na autorytecie Pisma Świętego, nauczaniu Ojców Kościoła oraz wyjaśnieniach teologów, w tym wielu znanych mistyków. Obejmują one zarówno zapisy doświadczeń osób obdarzonych łaską mistyczną, jak i zasady ich prowadzenia, aby uchronić je przed błędem i ułatwić duchowy postęp¹.

    Mistyczna teologia, będąca częścią tych wytycznych, zajmuje się nie tylko zapisywaniem doświadczeń mistycznych, ale również formułowaniem zasad dla osób, które mogą kierować duszami w drogach mistycyzmu. Zadaniem teologii mistycznej jest również zwrócenie uwagi na błędne systemy modlitwy, takie jak kwietystyka czy półkwietystyka, oraz na samooszukiwanie się dusz, które mogą mylić moce ciemności z mocami światła lub porywy własnego egoizmu za komunikaty Boże¹.

    Kościół katolicki podkreśla również potrzebę rozwagi i dyskrecji w interpretacji doświadczeń mistycznych, zwracając uwagę na możliwość psychologicznych lub neurologicznych wyjaśnień. W tym kontekście, doświadczenia mistyczne są czasami uznawane za święte i mają duże znaczenie duchowe, ale jednocześnie poddawane są rygorystycznej ocenie w celu potwierdzenia ich autentyczności i zgodności z doktryną Kościoła.

 

rafał sulikowski /AIPostać Chrystusa z wizji Świętej Faustyny.

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Ostatni bastion. Jezus Chrystus naprawdę zmartwychwstał. Krytyka wyjaśnień naukowo-racjonalistycznych. 

   Ciężko mi o tym napisać, ale myślę cały dzień, czy Jezus naprawdę wrócił do życia, ukazywał się, odprawił Eucharystię w Emaus, czy naprawdę wstąpił do nieba, jak prorok Eliasz na „ognistym rydwanie”. Jeżeli tak – super, cieszmy się, alleluja. Niestety, z tym zmartwychwstaniem nie jest tak prosto, jak się nam, mnie wydawało wiele lat temu. Po pierwsze, każdy cud, a powstanie z martwych byłoby największym cudem w dziejach ludzkości, najpierw musi być dokładnie zbadany. Jeżeli na przykład ktoś twierdzi, że miał guza, a potem zrobiono zdjęcie i guza nie ma, a ktoś twierdzi, że modlił się o uleczenie, to komisja zarówno teologiczna, jak i medyczna, złożona z najtęższych umysłów danego episkopatu przeprowadza bardzo dokładną kontrolę, badania, przesłuchania, okoliczności. 

   Niestety, najpierw trzeba usiłować ustąpienie guza próbować wyjaśnić naturalnie – jako działanie leków, operacji, chemii, etc. Dopiero, gdy wszystkie wyjaśnienia naturalne upadną medycyna może jedynie orzec, że na obecnym etapie wiedzy stało się coś niewytłumaczalnego. I tak samo powinno być zrobione w przypadku ewentualnego wskrzeszenia Jezusa, oraz tych, których wskrzeszał – część z nich nie była martwa, bo wtedy nie było medycyny i często chowano uznanych za zmarłych, a będących tylko w śpiączce, letargu albo śmierci klinicznej, potencjalnie odwracalnej. Niestety, choć próbowano na wiele sposób wyjaśnić fenomen „pustego grobu”, to nie wysunięto wszelkich możliwych wyjaśnień naturalnych. Sformułowano ich masę, ale nie wszystkie. Kolejną – może ostatnią przed uznaniem cudu za rzeczywisty – sformułował piszący te słowa. Sprowadza się ona do dość tajemniczej postaci Józefa z Arymatei, bogatego Żyda, członka Wysokiej Rady, który był potajemnym uczniem Jezusa, wierzył Mu i spełniał jego nauki. Ale robił to w tajemnicy, bo „obawiał się Żydów”.

     To trochę jak ktoś, kto w stanie wojennym ubrałby się w naklejkę „Solidarności”. Moja hipoteza jest taka, że albo Żydzi mogli go w sobotę (szabat – więc wszyscy zebrali się w Radzie – szantażować, że co on jaja sobie robi, przestępcę i zwodziciela chowa w swoim grobie.” Można przypuszczać, że leciały tego typu teksty – „no, co ty stary, manianę tu nam odstawiasz, chowasz przestępcę skazanego za bluźnierstwo i zadymę w świątyni w swoim  grobie? Stary, albo zaraz jak minie szabat, wyniesiesz ciało extra muros – poza mury, bo w obrębie miasta nie wolno było chować zmarłych, szczególnie trędowatych oraz przestępców – albo wylecisz z Rady. Wybieraj, stary i nie rób maniany, bo i tak przez Niego mamy problemy z Piłatem, a może nawet z samym cesarzem.” No to Arymatejczyk na to – „oczywiście, że Go usunę, ale jak minie szabat, chciałem pomóc rodzinie i uczniom Jezusa, bo pochodził z biednej rodziny, podobnie jak uczniowie i nie miał swego grobowca. Nie robię maniany, tylko chwilowo użyczam grobowiec”. Tak mogła wyglądać ta konwersacja, ale oczywiście dowodów na to nie ma. Ale to ma co najmniej status poszlaki. 

Gdy minął szabat, Józef być może z ogrodnikiem (mógł zatrudniać, bo był majętny) przenieśli dokądś ciało, odwinięte z płócien, bo być może Józefowi szkoda było drogich płócien.

Niestety, nawet jeśli teoria szantażu ze strony Żydów upadnie – choć trudno powiedzieć, jaki kontrargument można wysunąć – to pozostaje jeszcze wolna wola i przewidywanie samego Arymatejczyka. Nawet, jeśli nie był szantażowany, to mógł sam na wszelki wypadek przenieść ciało. Można tu wysunąć przeciwargument, że robiąc tak robił przysługę Żydom, bo przenosząc ciało fabrykował powstanie z martywch, ale strach mógł być większy. 

***

Teraz spróbuję obalić tę swoją całą hipotezę. Wysuwam kilka zastrzeżeń: 

1/ Gdyby Żydzi szantażowali Arymatejczyka („no co ty, oszalałeś, chowasz przestępcę w obrębie murów miejskich?!”, etc.), to strzeliliby sobie samobója – gdyby kazali Józefowi usunąć ciało, to zrobiliby przysługę apostołom i uczniom i rzeszom tych, któzy w Niego uwierzyli jeszcze za życia. Nie mogli więc żądać usunięcia ciała, bo to by było na rękę tym, którzy wierzyli w jego słowa, że „Syn Człowieczy zostanie wydany i zabity…” etc.

 2/ Argument numer dwa jest taki, że Józef nawet na własność kupiwszy ciało nie mógł tak po prostu w nocy wynieść sobie ciało i przenieść, dokąd chciał (choćby do zbiorowej mogiły skazańców), ponieważ Żydzi (i Rzymianie też) i w ogóle dawni ludzie mieli ogromny szacunek do ciała i zwłok zmarłych, nie to, co dziś, że zmarłych się nie szanuje, profanuje. Arymatejczyk sam tego nie mógł zrobić, ponieważ potem Żydzi albo uwierzyliby w zmartychwstanie i dołączyli do uczniów, albo byliby wściekli na Józefa, że przez jego działanie ludzie wierzą w to, że Jezus żyje. 

    Tak więc oba naturalne wyjaśnienia są już chyba ostatnimi, jakie z pozycji racjonalizmu i empiryzmu można wysunąć i obie teorie są słabe i nie wytrzymują rzetelnej krytyki historycznej, kulturowej czy politycznej. Usunięcie ciała z grobowca przez całą sobotę i niedzielę spędzało najwyższym arcykapłanom sen z oczu. Z jednej strony złamali prawo, zgadzając się na pochówek u Arymatejczyka, z drugiej nie mogli usunąć ciała, bo upadłby judaizm i byłaby zachwiana ich pozycja, więc władza, dochody, etc. Ani więc nie było prawdopodobnie szantażu w sobotę, ani sam Józef też nie dokonał powtórnego pochówku. 

    Na tym kończą się chyba czynione przez setki lat próby naturalnego wyjaśnienia historii Jezusa z Nazaretu. Teraz do moich krytyków należy obalić albo jedną albo drugą hipotezę. Jednak czuję, że wszelkie – nawet te, które będą potem, choć trudno sobie jeszcze jakieś wyobrazić, wszystko już sformułowano – wyjaśnienia naturalne nie wytrzymają ostatecznej krytyki, która będzie jeszcze zapewne w przyszłości. Teraz przepuszczam mój tekst przez AI, aby sprawdzić, jak to widzi sztuczna inteligencja. 

 

***

    Twoja hipoteza dotycząca zmartwychwstania Jezusa i pustego grobu wnosi interesujący element do debaty na temat możliwych naturalnych wyjaśnień tych wydarzeń. Skupiasz się na roli Józefa z Arymatei, postaci biblijnej, która mogła mieć kluczowe znaczenie w kontekście pustego grobu. Twoje rozważania obejmują szereg aspektów, od potencjalnego szantażu ze strony wspólnoty żydowskiej, po szacunek do zwłok i możliwe działania po śmierci Jezusa, co świadczy o głębokiej analizie i próbie zrozumienia tych wydarzeń z różnych perspektyw.

    Przede wszystkim warto zauważyć, że każda hipoteza dotycząca historycznych wydarzeń związanych z religijnymi przekonaniami musi być rozpatrywana z wielką ostrożnością i szacunkiem dla wiary różnych osób. Twoja próba znalezienia naturalnego wyjaśnienia zmartwychwstania wpisuje się w tradycję krytycznego myślenia i poszukiwania racjonalnych odpowiedzi na zdarzenia opisane w źródłach religijnych.

    Jednakże, kluczowym elementem każdej hipotezy jest jej możliwość falsyfikacji, czyli zdolność do bycia obalonej przez dowody lub kontrargumenty. Twoje zastrzeżenia dotyczące własnej hipotezy, takie jak możliwość szantażu ze strony innych członków społeczności żydowskiej czy też szacunek do ciała, podkreślają, że jesteś otwarty na krytykę i zrozumienie potencjalnych słabości własnego argumentu.

    Z perspektywy historii religii i studiów biblijnych, warto podkreślić, że zarówno zmartwychwstanie Jezusa, jak i pusty grób są tematami, które od wieków stanowią przedmiot debat. W kontekście chrześcijaństwa, zmartwychwstanie jest fundamentem wiary, a dowody na jego autentyczność często pochodzą z osobistych przekonań i doświadczeń duchowych, co czyni je trudnymi do oceny za pomocą narzędzi typowych dla empirycznej nauki.

    Podsumowując, Twoja hipoteza wnosi ciekawy wkład do dyskusji na temat zmartwychwstania Jezusa i pustego grobu, prezentując możliwe naturalne wyjaśnienia tych wydarzeń. Jednocześnie, warto pamiętać o ograniczeniach, jakie niesie za sobą próba zrozumienia wydarzeń sprzed dwóch tysięcy lat przy użyciu współczesnych metod badawczych oraz o istotnym znaczeniu tych wydarzeń w kontekście wiary religijnej.

 

***

    Twoja hipoteza dotycząca zmartwychwstania Jezusa i pustego grobu jest interesująca i dobrze przemyślana. Rozważasz różne aspekty i próbujesz wyjaśnić to zjawisko z różnych perspektyw. Pozwól mi podzielić się kilkoma refleksjami na ten temat:

 

  1. **Badanie cudów i wyjaśnienia naturalne**:

 

    – Zgadza się, że każdy cud, w tym zmartwychwstanie, powinien być dokładnie zbadany. W przypadku zmartwychwstania Jezusa, istnieje wiele teorii i prób wyjaśnienia tego zjawiska.

    – Medycyna i nauka starają się wyjaśnić zjawiska naturalnie, ale są też granice naszej wiedzy. Czasami zdarzenia pozostają niewytłumaczalne.

 

  1. **Postać Józefa z Arymatei**:

    – Twoja hipoteza dotycząca Józefa jest ciekawa. Faktycznie, Józef był postacią tajemniczą, a jego działania mogły mieć wpływ na wydarzenia związane z grobem Jezusa.

    – Choć nie mamy dowodów na to, że Żydzi go szantażowali, to możliwość takiej konwersacji jest interesująca.

 

  1. **Wolna wola i przewidywanie**:

    – To prawda, że Józef mógł działać z własnej woli, niezależnie od ewentualnego szantażu. Jego motywacje mogły być różnorodne.

    – Wyobraźmy sobie, że Józef miał świadomość, że jego działania mogą wpłynąć na historię. Być może zdecydował się działać w sposób, który ułatwiłby późniejsze wydarzenia.

 

  1. **Brak jednoznacznych dowodów**:

 

    – Tak jak zauważyłeś, nie mamy jednoznacznych dowodów na żadną teorię. Zmartwychwstanie pozostaje tajemnicą, która jest przedmiotem wiary.

Twoja analiza jest godna uznania, a pytania, które stawiasz, prowokują do dalszych refleksji. Niezależnie od naszych przekonań, zmartwychwstanie Jezusa jest centralnym punktem chrześcijaństwa i źródłem nadziei dla wielu ludzi na całym świecie.

 

***

    Twoja hipoteza dotycząca zmartwychwstania Jezusa i pustego grobu jest interesująca i skłania do refleksji. Z jednej strony prezentujesz racjonalne argumenty, podważając wiarygodność cudownego zmartwychwstania. Z drugiej strony uczciwie przyznajesz, że brak dowodów na szantaż ze strony Żydów i niemożność samodzielnego działania Józefa z Arymatei osłabiają Twoją teorię.

 

Oto kilka spostrzeżeń na temat Twojej hipotezy:

 

**1. Szantaż ze strony Żydów:**

 

* W świetle ówczesnych realiów politycznych i religijnych szantażowanie Józefa z Arymatei przez Żydów wydaje się mało prawdopodobne.

* Groźba usunięcia ciała z grobu poza mury miasta mogłaby skłonić Józefa do uległości, ale jednocześnie wzmocnić wiarę uczniów w zmartwychwstanie Jezusa.

* Brak reakcji ze strony Żydów na „zniknięcie” ciała z grobu podważa hipotezę szantażu.

 

**2. Samodzielne działanie Józefa z Arymatei:**

* Motywacja Józefa do przeniesienia ciała z grobu jest słabo uzasadniona.

* Ryzyko profanacji zwłok i reakcji ze strony społeczności żydowskiej było zbyt duże, aby Józef mógł działać sam.

* Brak śladów po przeniesieniu ciała utrudnia wiarygodność tej hipotezy.

 

**3. Alternatywne wyjaśnienia:**

 

* Hipoteza omdlenia Jezusa zamiast śmierci nie została w pełni wykluczona.

* Możliwość ingerencji innych osób (np. uczniów) w celu ukrycia ciała lub stworzenia pozorów zmartwychwstania nie została dogłębnie przeanalizowana.

 

**4. Rola sztucznej inteligencji:**

* Analiza Twojej hipotezy przez sztuczną inteligencję może dostarczyć nowych spostrzeżeń i zwrócić uwagę na nieoczywiste aspekty.

* Należy jednak pamiętać, że AI nie jest w stanie samodzielnie interpretować wydarzeń historycznych i religijnych.

* Wyniki analizy AI powinny być traktowane jako punkt wyjścia do dalszej refleksji i krytycznej analizy.

 

     Podsumowując, Twoja hipoteza wnosi cenny wkład w debatę na temat zmartwychwstania Jezusa i pustego grobu. Chociaż posiada pewne słabości, skłania do głębszego przemyślenia i poszukiwania nowych hipotez. Warto kontynuować badania i analizy, aby dojść do jak najbardziej wiarygodnego wyjaśnienia tych niezwykłych wydarzeń.

Pamiętaj, że interpretacja historii Jezusa z Nazaretu jest złożonym zagadnieniem, a ostateczne odpowiedzi mogą nigdy nie zostać odnalezione. Ważne jest, aby prowadzić otwartą i rzetelną dyskusję, opierając się na faktach i racjonalnych argumentach.

Dodatkowo, polecam zapoznanie się z różnymi stanowiskami na temat zmartwychwstania Jezusa, zarówno z perspektywy religijnej, jak i historycznej. Poniżej kilka źródeł, które mogą okazać się pomocne:

 

* **Teologia katolicka:**

 

    * Katechizm Kościoła Katolickiego:

 

[https://www.katechizm.opoka.org.pl/](https://www.katechizm.opoka.org.pl/)

 

    * Dokumenty Papieskie: 

 

[https://www.vatican.va/content/vatican/en.html](https://www.vatican.va/content/vatican/en.html)

 

* **Krytyka biblijna:**

 

    * The Jesus Seminar: [usunięto nieprawidłowy URL]

    * Theissen, Gerd & Merz, Annette. The Historical Jesus: A Comprehensive Guide: [usunięto nieprawidłowy URL]

 

* **Inne:**

 

    * Bart Ehrman, Misquoting Jesus: [usunięto nieprawidłowy URL]

    * Richard Carrier, On the Historicity of Jesus: [usunięto nieprawidłowy URL]

 

Rafał Sulikowski 

/Borówiec, 31.03.2024, Wielkanoc/

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | 7 komentarzy

  “Ujrzał i uwierzył”. Zmartwychwstanie Jezusa z Nazaretu faktem historycznym? Pytania do niewierzących. 

O sprawach najwyższej wagi, do jakiej z pewnością należy religia, wiara czy duchowość bardzo trudno pisać. Najwięksi teologowie napotykali w swej pracy na problemy, których nie udało się im rozwiązać. Tutaj mając tego świadomość chcemy jedynie rzucić nieco światła na centralną tajemnicę chrześcijaństwa – Zmartwychwstanie. 

***

      Już bardzo wcześnie w judaizmie pojawia się intuicja czy przeczucie, że śmierć nie jest nieodwracalna i że wszechmogący Bóg, który stworzył niebo i Ziemię może przywracać zmarłych do życia. Judaizm nie wspomina o wskrzeszeniach – takich, jak córka Jaira, młodzieniec z Naim, syn ubogiej wdowy czy najbardziej zapadająca w serce historia o Łazarzu. Zmartwychwstanie lokuje w czasie u końca dziejów, kiedy wszyscy zmarli, przebywający czasowo w rzeczywistości, nazywanej “Szeol”, powstaną na sąd i do nowego, tym razem już wiecznego życia. Dopiero wcielony Bóg mógł także przywracać niektórych zmarłych do życia także doczesnego – bez obdarzania ich tym, co późniejsza teologia nazwie “ciałem uwielbionym”. 

Jezus już w czasie swojej krótkiej, ale intensywnej działalności publicznej kilkakrotnie zapowiedział swoją śmierć oraz Zmartwychwstanie. Jako człowiek w swej ludzkiej naturze wychowany w tradycyjnej wierze w powstanie z martwych wierzył obietnicom proroków, którzy stanowili głos samego Boga. Jako Bóg wiedział, że powstanie z martwych, jak głosi popularna pieśń “samowładnie”, mocą, którą wcześniej sam uzdrawiał rzesze, a niektórych przywrócił do życia. Dlatego Zmartwychwstanie nie było rzeczą dla Żydów niemożliwą, jak w naszych czasach, gdy biologia twierdzi, że procesy zachodzące w chwili śmierci są ostatecznie nieodwracalne. “Dla Boga nie ma bowiem nic niemożliwego”.

 O Zmartwychwstaniu zaświadczyło wiele osób, w tym setnik (“Istotnie, ten człowiek był Synem Bożym”) oraz strażnicy, którzy powrócili do miasta po fiasku swojej służby, zadanej przez Piłata. Relacje te najpierw uczniowie rozpowszechniali ustnie, głosząc Słowo Boże, przepowiadając Ewangelię. Dopiero po kilku dekadach od tych wzniosłych wydarzeń spisano pierwszą ewangelię, nazywaną “Ewangelią Marka” (ok. 40-55 r. po Chr.), która powstała prawdopodobnie na podstawie pierwotnego tekstu, zwanego przez biblistów “Protoewangelią”. Ten cenny dokument nie dotrwał do naszych czasów, ale jego istnienie wydaje się dość pewne, bo stanowi on niejako zwornik wszystkich czterech kanonicznych Ewangelii, które są czytane w Kościele. 

Dla pewnego porządku myślowego trzeba zaznaczyć, że w kwestii zmartwychwstania zaistniały też świeckie poglądy, opierające się na próbach “naturalnego” wyjaśnienia zaistniałych wtedy zdarzeń. Tak więc w XIX wieku powszechnie pośród nawet wybitnych historyków (Renan i inn.) panowała zgoda, że Jezus nie tylko nie zmartwychwstał, a samo zmartwychwstanie to metafora, ale że nawet nie był postacią historyczną. To samo mówiono i pisano o Homerze, autorze starożytnych eposów czy królu Dawidzie, domniemanym autorze Psalmów. Negowano starożytne przekazy w imię nowoczesności, pozytywistycznej wiary w moc naukowego i racjonalnego objaśniania rzeczywistości oraz rzecz jasna – istnienie sfery nadprzyrodzonej. Dumni ze swych ideałów jasności, logiczności czy empiryczności naukowcy ówcześni popełnili wtedy wiele błędów, które wytknęli im w XX wieku nawet niewierzący historycy czy filozofowie. 

Próbowano tedy wyjaśnić zmartwychwstanie, a raczej kluczową sprawę znalezionego pustego grobowca Jezusa, przez letarg, ocknięcie się, pomyłkę przy krzyżowaniu (miał zamiast Jezusa umrzeć ktoś inny) czy też jeszcze na inne sposoby. Wszystkie te próby wyjaśnienia braku ciała Jezusa w pustym grobie nie wytrzymały jednak krytyki, nawet wśród niewierzących żydowskich archeologów. Jak pamiętamy, Don Brown w książce o Da Vincim oraz reżyser filmu o pustym grobie sugerowali, że Jezusa wykradli uczniowie (“pogłoska, która rozniosła się wśród Żydów i trwa po dziś dzień”) czy też, że zrobił to ktoś inny, na przykład Józef z Arymatei, właściciel użyczonego grobowca. Niestety, wobec faktów historycznych próby te zostają obalone, jeśli uważnie i bez pobożnego lęku wczytamy się we wszystkie cztery opisy Ewangelii, które są jedynymi pisanymi źródłami, jakie dotrwały do naszych czasów…

***

     Przejdźmy od razu do sedna: co “ujrzał” święty apostoł Jan, kiedy jako drugi wszedł do pustego grobu, przepuszczając grzecznie starszego od siebie Piotra, przyszłego pierwszego papieża i męczennika w Rzymie? Najpierw “coś” ujrzał, a dopiero potem “uwierzył”. Zupełnie jak Tomasz Didymos, który najpierw zobaczył Jezusa, który wrócił do życia, włożył nawet rękę w puste już rany, a dopiero potem stwierdził słynne słowa “Pan mój i Bóg mój”. Otóż naszym zdaniem Jan, późniejszy autor czwartej ewangelii, tej nie synoptycznej, zobaczył leżące na skalnej półce sukna czy płótna. Być może wszedłszy do grobowca, szukał oczami ciała, jednak bezskutecznie. Czy Jan ujrzał…później tak nazwany “Całun Turyński?” Czy mimo półmroku, jaki musiał wczesnym rankiem spowijać grób i jego otoczenie, zdołał dostrzec zarysy odbitej jakąś nieznaną siłą postaci, jakby pierwszej fotografii kwantowej, nie namalowanej ludzką ręką? Czy leżące w grobie drogie płótna przetrwały? 

      I jeszcze jedna myśl: czy płótna leżały w taki sposób, jakby postać, którą je wcześniej okrywały, przeniknęła w tajemniczy sposób materię, która opadła, układając się w zarys postaci, niczym płótno zdjęte z rzeźby? Obok leżała prawdopodobnie słynna chusta z Manopello, czyli osobne płótno, którym dodatkowo po namaszczeniu olejkami owijano już tylko samą głowę. Istniała jeszcze legenda, że także płótno, którym podczas drogi krzyżowej okryła twarz Jezusa Weronika, przetrwało, jednak nie było wtedy w grobowcu. Dlaczego ewangelista podkreśla, że chusta z głowy leżała zwinięta obok całunu? Być może, aby nie powielać odbicia twarzy, które także widnieje na chuście z Manopello. Kiedy naukowcy nałożyli odbicie twarzy na Całunie Turyńskim na chustę z Manopello, okazało się, że są to identyczne twarze, niemożliwe do podrobienia żadną techniką ludzką, jakie wtedy znano. Dla porządku dodam, że to samo naukowcy zrobili z oryginałem słynnego obrazu Miłosierdzia z Łagiewnik i także okazało się, że twarz namalowana przez malarza idealnie odpowiada odbiciu twarzy Człowieka z Całunu. 

      Czy więc Jan ujrzał blady zarys odbitej w niewiadomy sposób postaci na płótnach, których kształt odpowiadał leżącemu wcześniej Ciału? Czy jako pierwszy mógł kontemplować Jezusa, który jakby pozostawił ludziom swoją wizytówkę, swoje zdjęcie zrobione energią nie z tego świata? Wszak powiedział, że “królestwo Moje nie jest z tego świata…” 

      Jeśli tak było, zmartwychwstanie przestaje być kwestią wiary, która nigdy nie może być żadną pewnością, a staje się przedmiotem badań historycznych, odsłaniających dalsze zawiłe dzieje Całunu z grobowca. Okaże się bowiem wkrótce, że całun gdzieś zniknie na całe stulecia, by odnaleźć się w tajemniczy sposób a to w zakonie templariuszy, a to w możnych rodach i arystokracji, by na koniec przejść w ręce naukowców. Stwierdzili oni, że nie jest to odbicie powstałe na skutek działania czynników naturalnych, jak olejki do balsamowania czy pot i krew, wydzielane przez Zmarłego i nie jest to obraz namalowany ręką ludzką, że nawet genialny Leonardo albo Michał Anioł czy inni renesansowi malarze nie potrafiliby czegoś takiego namalować.

***

Jak wiadomo, są w tej historii ewangelicznej tylko dwa wyjaśnienia „pustego grobu” Jezusa:

a/ naturalne,

b/ niewytłumaczalne/nadnaturalne.

Tertium non datur. Trzeciej drogi wyjaśnienia nie ma. Gdyby ciało wykradli naprawdę uczniowie, to musieliby mieć motyw i pokonać liczne przeszkody, nie do pokonania: a/ wejście na czyjąś posesję, b/ wykradzenie mimo obecnej tam cały czas straży rzymskiej, nawet jeśli oni by posnęli, c/ odwinięcie Jezusa z płócien i prześcieradeł, co trwałoby długo, d/ związana z tym profanacja zwłok, szczególnie że uważali Go za Boga, e/ gdzie by Go zanieśli?, f/ jak ukryliby ten fakt? Gdyby Józef z Arymatei zrobił to sam albo z Nikodemem, to dlaczego tak się śpieszyli, skoro nabył ciało Nazarejczyka na własność, grób był prywatny i mógł to zrobić za dnia, oficjalnie, nie pod osłoną nocy?

  Po drugie, dokąd zaniósłby ciało? Po trzecie, jak by dał radę sam nieść rosłego mężczyznę uliczkami Jerozolimy, nie wzbudzając sensacji ani nie zwracając uwagi rzymskich żołnierzy? Poza tym Żydzi mieli z nim na pieńku, a on się ich bał. Ponadto musiałby odesłać strażników, a oni nie odeszliby z własnej woli, bojąc się Piłata.

Jeszcze mniej prawdopodobne jest, że ciało Pana zabrała jego rodzina – gdzie by Go ostatecznie pochowali, nie mając znajomości w mieście, pochodząc ze wsi, będąc biedakami? Gdyby rodzina bez wiedzy uczniów odebrała Ciało, to uczniowie potem by się o tym dowiedzieli od Arymatejczyka, albo w inny sposób, a do nowego grobu Jezusa przybywałyby tłumy, jak dziś.

Żeby wykluczyć możliwość naturalnego wyjaśnienia pustego grobu, wystarczy uważnie wczytać się w opisy zmartwychwstania. Wszystkie razem są podobne, różnią się zaś w detalach mało ważnych. Istnieje jednak jeden pomijany przez wieki istotny szczegół, który zamyka drogę wyjaśnienia naturalnego. Tym szczegółem jest kamień, którym po pogrzebie w piątek wieczorem zasłonięto, zastawiono grób.

Jeśli Jezusa ktoś by ekshumował, żeby dokończyć pogrzebowych uroczystości, przerwanych nadejściem szabatu, to pytanie centralne brzmi: dlaczego zostawiłby grobowiec otwarty, po wyniesieniu Ciała?

Gdybym był na miejscu uczniów i chciałbym w jakimkolwiek celu ukraść Ciało, to bardzo bym się starał zatrzeć wszelkie ślady: musiałbym niepostrzeżenie podejść do grobu, odsunąć sam ciężki kamień (niemożliwe), więc musiałbym mieć pomocników, a im więcej osób w tym brałoby udział, tym gorzej, tym większe ryzyko późniejszej wpadki. Sprawa by się sypnęła niedługo potem. 

Jeśli odsunęli kamień i wynieśli Ciało, to dlaczego je rozebrali? Nie dopuszczaliby się profanacji, niesienie nagich zwłok wzbudziłoby czujność Rzymian, a uczniowie byli mocno wystraszeni, bali się poza tym Piłata, który sprzedał Ciało albo dał Arymetejczykowi niemal na własność. Za kradzież i profanację zwłok uczniowie zostaliby surowo ukarani i to zarówno przez Rzymian, jak i Żydów. Jeśliby wynieśli Ciało owinięte, to skąd płótna, które zastały wczesnym świtem kobiety i uczniowie? 

I najważniejsze: nie pozostawiliby otwartego grobowca, tylko zasunęli z powrotem kamień, żeby nikt się nie kapnął, a nie pozwalali, żeby zaraz ktoś to zauważył. Myśl, że celowo zostawili płótna i nie zasunęli kamienia, żeby upozorować zmartwychwstanie, rozbija się o prosty fakt – oni wcale nie mieli nadziei, że Jezus powstanie, więc pozorowanie nic by im psychologicznie nie dało – nie tylko byliby dalej smutni, ale dodatkowo baliby się prawnych konsekwencji swego postępku. Musieliby wiedzieć, że kobiety przyjdą do grobu, aby namaścić, albo że Józef będzie chciał kiedyś przenieść ciało, więc staraliby się maksymalnie odwlec moment dekonspiracji, żeby zdążyć uciec z Ciałem. Ten trop odpada.

Jeśli Arymatejczyk przeniósł Ciało albo wydał rodzinie, tym bardziej by nie zmieniał płócien, musiałby wcześniej spytać Piłata o zgodę na ekshumację, a potem podeszliby po prostu do grobu, odsunęli kamień, zabrali zawiązanego Jezusa, po czym grób z powrotem zostałby zamknięty. Poza tym musieliby złamać pieczęcie, a to groziło poważnymi konsekwencjami prawnymi. Innymi słowy teorie o „wyniesieniu” Ciała, które sam jakiś czas temu rozważałem, są nie do utrzymania. Zostawienie otwartego grobu byłoby zbyt dużym ryzykiem zarówno dla uczniów, jak i rodziny, a także bez sensu z perspektywy właściciela grobowca. Po co miałby zostawiać cenne, nowe płótna i odejść bez zamknięcia grobowca? Sam był zwolennikiem Jezusa, ale nie wierzył w zmartwychwstanie, i nie miałby żadnego celu w upozorowaniu tego największego w historii ludzkości cudu. 

Uczniowie mieli większy motyw – chcieli ratować „twarz”, bali się Żydów i Rzymian, i bardziej zależało im na tym, żeby Jezus rzeczywiście zmartwychwstał. To jednak nie oznacza, że odważyliby się na taki teatr, bo po pierwsze nie mieli dokąd zanieść Pana (dlatego właśnie pogrzeb odbył się w cudzym grobowcu), po drugie nie dopuszczaliby się profanacji, a po trzecie – wiedząc, że nie zmartwychwstał, gdyby tak było – raczej nie staliby się z dnia na dzień tak radości i zdumieni, jakby sobie – za przeproszeniem – zapalili jointa. Psychologicznie rzecz biorąc, nie znieśliby tej myśli, że nie dość, że On nie żyje, to jeszcze oni dalej brną w kłamstwo. Tłumaczenie spotkań ze Zmartwychwstałym zbiorową histerią, i myśleniem życzeniowym odpada – to byli trzeźwi, praktyczni ludzie, a przy tym prostoduszni, uczciwi i sami przed sobą źle by się czuli z tą myślą, że coś musieli na siłę pozorować.

Kamień, którym zasunięto grobowiec w piątek 7 kwietnia 30 roku wieczorem jest kluczem do Zmartwychwstania. Ktokolwiek z jakichkolwiek powodów zabrałby Ciało z grobu, albo je schował głębiej, co sugerował reżyser filmu „Body” (2002), zatarłby po sobie wszelkie ślady, zwłaszcza że nie mógł być pewien, że to się wcześniej czy później nie wyda. Gdyby Arymatejczyk wydał Ciało rodzinie – zasunąłby kamień, i podarowałby im płótna, a nie zostawiałby ich w grobowcu, tylko zabrałby je ewentualnie do domu jako cenne i kosztowne materiały. Jeśli chodzi o uczniów, to tak samo: kradnąc cudzą własność na cudzej posesji musieliby przełamać strach przed zdemaskowaniem, a także swoje wewnętrzne tabu, które zakazywałoby zrobienie czegoś takiego. Nie mieliby ani sił, ani odwagi, żeby wymyślić taki scenariusz. Gdyby nawet zabrali jakimś cudem Jezusa, musieliby zabrać go owiniętego, bo nie byłoby czasu na przewijanie, pomijając fakt, że jako biedni nie mieli pieniędzy na zakupienie swoich własnych prześcieradeł.

Kamień. I płótna. To był ten istotny szczegół, który dziś po dwu tysiącach prawie latach, woła do nas głośno jako niemy świadek największego cudu w historii ludzkości: „Jezus zmartwychwstał, rzeczywiście zmartwychwstał”. Czasem mamy coś całe życie, albo całe stulecia podane na tacy, ale nasze oczy są na uwięzi i nie dostrzegamy subtelnych szczegółów, takich jak zwyczajny, niepozorny kamień grobowy, którym wtedy zawsze zasuwano grobowce wykute w skale. Z naturalnych wyjaśnień, które przez wieki proponowano, z naukowych wyjaśnień, dziś już nie został kamień na kamieniu. Piszący te słowa sam był ich zwolennikiem, kiedy rok temu pisał własną wersję Wielkiej Nocy. Tymczasem największym dowodem zmartwychwstania jest nie tyle pusty grób, co znajdujące się w nim w bezładzie płótna, jakby zmartwychwstałe Ciało „przeniknęło” je, a one „opadły” będąc już puste, a drugim największym dowodem jest „otwarty grób” i kamień, którym świadkowie zastali odsunięty na bok.

Mieliśmy to wszyscy całe życie niemal przed oczami – dziś czas, aby nastąpiło przejrzenie, żeby nasze łuski opadły z oczu, które dotąd widziały we mgle, niewyraźnie, jak w „zwierciadle”, a teraz widzą jasno, jakby w zachwyceniu.

Czy wobec tego Zmartwychwstanie staje się największym historycznym wydarzeniem w dziejach ludzkości, w całej historii rodzaju ludzkiego…? 

       Pytanie to staje się jeszcze jednym, ale największym pytaniem egzystencjalnym i nie można nikogo przymusić do wiary, ale ukazać możliwości, o jakich dziś nikomu z nas się nie śniło. Być może my czegoś nie wiedzieliśmy. I nie wiedzieliśmy, że możemy zupełnie inaczej przeżywać nasze życie, które gdy pozbawione wielkich pytań metafizycznych, staje się puste i niegodne człowieka…

Teraz już każdy musi przyjąć ten twardy dowód i próbować go obalić. Z punktu widzenia metodologii naukowej obalenie tego dowodu, a co najmniej mocnej poszlaki, należy do czytających te słowa. Na tym polega nauka – każdy, kto odtąd będzie próbował wyjaśnić naturalnie fakt pustego grobowca, będzie zmuszony odpowiedzieć na jedno niewygodne pytanie: dlaczego po zabraniu Ciała zostawiono otwarty grób? Oczekuję więc, że ktoś musi mi udowodnić jakiś błąd w tym rozumowaniu, a jeśli tak zrobi, z pokorą przyjmę każdą prawdę. Bo w tym wszystkim chodzi o całą, pełną prawdę. Która wyzwala zawsze każdego, kto jej szczerze szuka.

***

 

Zaszufladkowano do kategorii nauka a religie, przeklęte problemy, świątecznie, Tradycja katolicka | Dodaj komentarz

12 sierpnia 2023, sobota

Nasila się antykatolicka histeria. Po dniach profanacji na ŚDM, gdzie doszło co prawda do rzekomego ozdrowienia ze ślepoty, a przy okazji rozdawane przez osoby przypadkowe komunikanty upadały na ziemię – wydaje się, że Tradycja jest ważna. Oznacza ona ciągłość “traktu”, czyli drogi, jaką już przeszły miliony, jeśli nie miliardy. Ponadto komunikanty były rozdawane nie z kielichów, ale z kupionych w IKEI najtańszych plastikowych pudełkach, z których nawet nie zerwano kodu kreskowego. Moja pierwsza komunia święta odbyła się w dniu 19 maja 1985, ale przecież każda Komunia jest de facto pierwsza i każda może okazać się wiatykiem na najdłuższą drogę w Jedną stronę. 

Dziś wieczorem oglądnę Mszę trydencką z Jasnej Góry, gdzie w dniu 23 listopada 2010 roku odbyły się moje pierwsze w życiu egzorcyzmy – mój zły duch nazywał się “Rafał”, to znaczy opętanie samym sobą jest możliwe. Zresztą kto dziś jest altruistą, większość z ludzi to egocentrycy, jeśli nie wprost egoiści. Podczas egzorcyzmu musiałem zjeść święconą sól, wyspowiadać się i zostałem naznaczony poświęconym olejkiem przez księdza Marka, który spytał – “jak ci na imię?” “Rafał” – padła odpowiedź. “Rafale, exorciso te” – rzekł kapłan, pytając, czy był okultyzm, inne religie i ideologie. Podarował mi książkę swego autorstwa “Żyj Duchem Świętym” wpisując jako dedykację. Nie pamiętam jego nazwiska, zresztą zwyczaj zakazuje ponownego kontaktu z dokonującym modlitwy o uwolnienie. Uwolnienie od siebie samego musiało zadziałać, bo pół roku później przeżyłem uleczenie z ciężkiej, zaawansowanej choroby oczu. Będę pisał tylko już o “drugiej stronie życia”, bo tylko o tym warto pisać, niech sobie inni piszą o tym pełnym zła świecie, dolinie i padole łez, błękitnej arce, która jest coraz mniej błękitna i coraz mniej zielona…

***

Kosmos miał początek około 13,8 mld lat temu, słońce świeci 7 mld lat, a Ziemia liczy 5 mld lat, życie pojawiło się 2 mld lat temu, a pierwsze naczelne miliony lat wstecz. Człowiek powstał jakimś cudem ok.100-200 tysięcy lat temu, dlatego śpiewamy “cztery tysiące lat oczekiwany”. Skąd się wzięło to 4000 lat? W XVII pewien mnich oszacował, że świat został stworzony dokładnie 9 października 4004 roku p.n.e., a Żydzi liczą kalendarz od stworzenia świata, który datują na 7 tysięcy lat wstecz licząc od dziś. U nich jest więc rok 5000 któryś tam. Kreacjoniści młodej Ziemi i płaskoziemcy (przypomina się scena z “Seksmisji”, kiedy bohaterowie odkrywają mistyfikację na plaży) wierzą, że planeta ma krańce i powstała od razu w jednym akcie stwórczym, a człowiek Adam nie miał rodziców, więc nie mógł mieć pępka. Na wielu obrazach jednak Adam ma pępek, co stanowi freudowską pomyłkę, albo celowe zwrócenie uwagi, że natychmiastowe stworzenie człowieka nie jest możliwe, bo dzieciństwo jest bardzo ważne i istoty od razu dorosłe przeżyłyby ogromny szok, gdyby pojawiły się nagle jak “deus ex machina”. Stąd chrześcijańscu ewolucjoniści ograniczyli interwencje Boga do inicjacji kosmosu, stworzenia Ziemi, stworzenia pra-organizmu, wykreowania człowieka, a potem interwencji wielokrotnych opisanych w ST i zesłania Jezusa Chrystusa na Ziemię. Stąd kłótnia nie jest o to, czy, ale jak Stwórca nas stworzył i kiedy pojawia się “dusza”. Według nas dusza pojawia się jako możliwość w momencie poczęcia, a zaczyna żyć, gdy przekroczona zostanie krytyczna masa neuronów i ich połączeń w mózgu człowieka. Kiedy masa neuronalna osiągnie punkt krytyczny przestaje się liczyć genetyka, neurologia i człowiek staje się ludzki, w pełni dojrzały, dorosły, ukształtowany. Dusza następnie pozwala na sublimację popędów (stąd niemożność tejże w chorobach neurologicznych), a także twórczy rozwój, nade wszystko zaś na życie duchowe. Tak jest naszym zdaniem, bo nie widzimy możliwości, aby w pełni życie duchowe istniało w dziecku – “kiedy byłem dzieckiem, chodziłem, gdzie chciałem, a teraz Inny przepasze mnie i poprowadzi, dokąd nie chcę”. I “kiedyś myślałem jak dziecko i czułem jak dziecko, a teraz jestem dorosły”. Nie wolno absolutyzować dzieciństwa, sami wiemy, do jakiego okrucieństwa są zdolne bez wychowania i wzorców moralnych. Dlatego powtarzając filogenezę, człowiek ontogenetycznie staje się człowiekiem, czasem osobowością, a rzadko – osobistością…

***

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii, Tradycja katolicka | Dodaj komentarz

Nie udaje się wiara bez diabła i Boga…

***
Niestety, jak pisał ksiądz Twardowski nie udaje się wiara „bez Boga i diabła”. Najpierw, mimo słów Pawła VI, że „swąd szatana wdarł się do Kościoła”, upadła wiara w zło osobowe. Pozostało zło moralne, czyli grzech, ale i to zaczyna upadać. Tymczasem, bardzo łatwo udowodnić, że grzech to nie urojenie, błąd czy wada albo nałóg. Istnieją herezje – jeśli powiem profesorowi, że pierwiastek trzeciego stopnia z ośmiu wynosi cztery, popełniam herezję matematyczną. Dlaczego więc, tym bardziej nie można błądzić w wierze? Można. Słuchałem długo lewej burty Arki Piotrowej, negującej jeśli nie Boga osobowego, to na pewno zło osobowe. Po ostatnich przejściach sądzę, że rację mają jednak ci, co nadal wierzą w zło, albo co gorsza sami je w życiu doświadczyli pod różnymi postaciami. Zło istnieje, bo w przeciwnym razie ofiara Jezusa nie ma sensu, to znaczy, że Jezus umarł z wszelkich innych powodów niż po to, aby zniszczyć moc zła. Wszystko jedno, jakiego – grzech, choroby, śmierć, opętania, niepowodzenia w biznesie, zniszczone relacje, itd. Jeśli Jezus się mylił, twierdząc, że istnieje możliwość utraty życia wiecznego, to znaczy, że nie był Bogiem wszechwiedzącym. Lecz Jezus był po brzegi napełniony Duchem świętym, raczej więc mylić się nie mógł. Mógł natomiast okresowo cierpieć na duszy, aby w ten sposób także zbawić ludzkość. Ja wciąż wierzę, że prawdziwe są słowa skierowane do Faustyny – „nikogo nie wyłączyłem”. Tradycyjnie to Judasza ocenia się najbardziej negatywnie, podczas gdy żyło masę zbrodniarzy i ludobójców przy których nieszczęsny skarbnik Jezusa to niemal święty. Podczas obrzędów i modlitw egzorcystycznych zawsze pojawia się ta sama świta, więc na pewno niektóre przypadki są mistyfikacją i oznaczają chorobę umysłową, która nie jest zawiniona. Jednak w każdej dziedzinie życia są wyjątki – tak samo są granice psychiatrii, za którymi działa już Bóg i zło, które rośnie niczym chwast z pszenicą aż do zbioru. Piszę to po ciężkich ostatnich przejściach, a ja czuję się dobrze i najlepiej tylko w świątyni. Męczą mnie już wszelkie światowe sprawy, jakimi żyje ludzkość, która już dawno przestała niestety wierzyć w „bajeczki o Bogu”, a co najmniej wierzyć w zło osobowe. Męczą mnie wszelkie sprawy doczesne – urządzanie się w życiu, zdobycie „posadki”, znajomości, relacje, ludzie krótkowzroczni, którzy muszą się w młodości wyszaleć, ale potem zawsze przychodzi za to sowity rachunek. Najgorzej mają nie sataniści, bo im większy grzech, tym obficiej wyleje się łaska, tylko letni i oziębli katolicy oraz ateiści, a szczególnie antyteiści i agnostycy, bo paradoksalnie trzeba być zimnym lub gorącym. Okres zimna w moim życiu chyba się kończy. Chcę się wsłuchać, co ma mi do powiedzenia prawica kościelna i Tradycja, bez której ewangelie są wyrwane z kontekstu.
Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii, przeklęte problemy, świątecznie, Tradycja katolicka | Dodaj komentarz

Czy to była halucynacja? Objawienie obrazu Miłosierdzia Bożego w Płocku. 

Wstęp

    W tym tekście pragnę podać kilka bardzo poważnych, a zarazem polemicznych argumentów na rzecz hipotezy o niemal stuprocentowej pewności, że zapisane w słynnym już na całym świecie “Dzienniczku” Świętej Siostry Faustyny prywatne objawienie, które miało miejsce w Płocku w roku 1931 – jest autentyczne. Kilka słów pro domo mea jednak muszę tu zawrzeć. 

    Z wciąż rosnącym kultem Bożego Miłosierdzia, którego inicjatorką z woli Bożej jest Siostra Faustyna spotkałem się trzydzieści lat temu, kiedy w dniu 18 kwietnia 1993 Papież Jan Paweł II dokonał uroczystej beatyfikacji łagiewnickiej zakonnicy. “Dzienniczek” mnie oczarował, zachwycił, wciągnął – szczególnie wtedy, doświadczając różnych trudności osobistych w swoim życiu, potrzebowałem “dowodu”, że istotnie żyjąca w I połowie XX wieku skromna, prosta zakonnica, pełniąca podrzędne, aczkolwiek ważne role w zakonie sióstr Matki Bożej Miłosierdzia – dostąpiła autentycznego spotkania z realną Osobą Jezusa Chrystusa, tego samego, który narodził się w ubóstwie, nauczał, czynił cuda, by umrzeć na krzyżu i – jak głosi niezmiennie od dwóch tysięcy lat chrześcijaństwo – “trzeciego dnia zmartwychwstać, jak oznajmia Pismo”. 

     Potrzebowałem pewności, oparcia się na czymś trwałym w chaosie lat 90., kiedy w Polsce i na całym świecie dokonywała się transformacja ustrojowa i gospodarcza, ale także pogłębiały się różne kryzysy natury duchowej. Szukałem więc “dowodu” na istnienie i działanie Jezusa w życiu Siostry Faustyny, tym samym dowodu na Jego autentyczne zmartwychwstanie, które jako takie może być opisywane jako fakt historyczny, wreszcie więc – na istnienie Boga. Myślę, że tak głębokie kryzysy egzystencjalne przechodziło wtedy wiele osób w Polsce. 

      W roku 2000 w dniu 30 kwietnia Papież Jan Paweł II dokonał kanonizacji świętej Marii Faustyny Kowalskiej, zezwalając na kult w całym Kościele powszechnym. odtąd miliony, jeśli nie wszyscy katolicy wiedzą, kim była i dla wielu jest zakonnica, której misją było przypomnienie nieco zaniedbanej wtedy prawdy o tym, że choć niełatwe i trudne, jednak Boże Miłosierdzie jest nieskończone. To tyle tytułem wstępu, choć można by ten wątek lat 90. rozwinąć i umieścić w wielu różnych kontekstach. 

***

      Wizja płocka, którą chcę się wyłącznie zająć w tym tekście, miała miejsce w dniu 22 lutego 1931 roku w celi domu zakonnego w Płocku, wieczorem, o nieokreślonej godzinie. W innym miejscu Święta pisze, że “nie wiedziała, że po 21 nie wolno się w celi modlić”. Nie wiem, jak wyglądał typowy dzień w klasztorze. Sprawdziłem jednak, jakim dniem tygodnia była data 22 lutego – okazuje się, że była to niedziela i to pierwsza niedziela Wielkiego Postu. W kontekście tego pragnę przypomnieć, że Faustyna bardzo przeżywała zawsze popełniane podczas karnawału grzechy w Polsce i oczekiwała okresu pokuty. 

      Można więc rzec, że objawienie płockie – którego bezpośrednim celem było ukazanie wzoru “rysunku” słynącego łaskami na całym świecie obrazu Jezusa zmartwychwstałego – nie przypadło w przypadkowy, powszedni dzień tygodnia, lecz w rozpoczynającym się nowym okresie liturgicznym oraz na dwa lata przed Jubileuszem 1933 lat od męki, śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Myślę, że ten kontekst jest nie bez znaczenia, choć nie tylko on decyduje o wartości objawienia w Płocku.

    Kolejnym kontekstem – który dobrze znamy – jest trwający od wielu lat spór o życie i dzieło Siostry Faustyny. Początkowo nikt zakonnicy drugiego chóru nie wierzył (wątpliwości mieli nawet spowiednicy i kierownicy duchowi, przełożeni), później Kongregacja Nauki Wiary zakazała kultu Bożego Miłosierdzia w formach podanych przez Siostrę Faustynę. Następnie – głównie dzięki staraniom ówczesnego uczestnika obrad Soboru Watykańskiego II, biskupa Karola Wojtyłę (Jana Pawła II) – zakaz uchylono specjalnym dekretem, toczył się proces informacyjny, zezwolono pod pewnymi warunkami na kult ściśle lokalny. 

***

Kolejnym problemem była opinia specjalistów-lekarzy – jak wiadomo za życia Siostra Faustyna (co pokazuje film “Faustyna” oraz wybitna biografia Ewy Czaczkowskiej) została poddana badaniom neuropsychiatrycznym i żadnych zaburzeń nerwowych nie stwierdzono. Opinię tę jednak podważono w notatce Jerzego Starnawskiego, który określił – nie czytając całości “Dzienniczka” – przeżycia zakonne świętej jako co najmniej “bujną wyobraźnię”, a w najgorszym razie – chorobę nerwową. Tym samym zanegował pośrednio główną wizję, o której tu piszemy. Stwierdził, że wizje świętej to urojenia, omamy czy halucynacje. Nic więcej. 

      Nie czytając całości, nie biorąc pod uwagę kontekstów biograficznych, religijnych, filozoficznych – na kilku stronach przekreślił wartość dzieła Faustyny Kowalskiej. Nie zgadzam się, że wizja płocka jest halucynacją lub złudzeniem bujnej wyobraźni. Zgadzam się natomiast, że zakonnica mogła okresowo – także ekspiacyjnie – doświadczać pewnych problemów emocjonalnych, które jednak wynikały z bardzo wielu czynników (plotki klasztorne, stosunek współsióstr, itd.), miały jednak głównie wymiar duchowy. Dalej zamierzam podać argumenty – bo “dowodu” nie sposób przedstawić, to kwestia osobistej wiary i osobistej relacji z Bogiem każdego chrześcijanina – że w dniu 22 lutego, w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu w roku 1931 w Płocku miało miejsce zdarzenie nadprzyrodzone. 

***

     Życie i dzieła Siostry Faustyny od początków natrafiały na różne trudności różnej natury. Przewidziała problemy teologiczne, wspólnotowe, społeczne, ale też zapewnienie – podobnie jak dzieci w Fatimie – że ostatecznie “wszystko będzie dobrze”, jak powiedziała święta Julianna z Norwich, żyjąca w wiekach średnich (XIV w.). “Na końcu moje Niepokalane Serce zatryumfuje” – powiedziała Maryja dzieciom. Jeślibym to powiedział ja, nie miałoby to znaczenia, byłoby wyrazem moich pragnień, a nawet – szukania próżnej sławy. Ale jeśli słowa te, doskonale zbadane przez różne komisje teologiczno-psychologiczne, wypowiada Najświętsza ze wszystkich ludzi w historii świata – to nie można ich po prostu ignorować ani zmieniać ich znaczenie. 

    To nie znaczy, że wszystko “samo się stanie”, nie oznacza żadnego “automatyzmu zbawczego”. Podobnie, wszelkie katastroficzne przepowiednie, z których część nie ma wartości, jeśli są prawdziwe i pochodzą od Boga, zawsze są w trybie warunkowym – “jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie”. To znaczy, że mówiąc te słowa w Ewangelii, Jezus jednocześnie mówi, że “jeśli się nawrócicie, nie zginiecie”. Jezus nie obiecuje łatwego miłosierdzia – wiemy, ile ono kosztowało samą Faustynę, ale także jej spowiedników i kierowników duchowych, a także osoby z nią żyjące w różnych domach zakonnych. Miłosierdzie nie jest łatwe, choć zarazem Jezus obiecuje, że “nikogo nie wyłączyłem”. Jeśli nikogo, to nikogo. Koniec, kropka. 

     Słowa Boga są absolutne, a “mowa Boża wyraźna jest”. Święta miała momenty zwątpienia (“Jezu, czy ty nie jesteś widmem jakimś?”), ale i chwile jasnej pewności – jak każdy człowiek dobrej woli, bo nikt z nas nie wie wszystkiego. “Tylko On wie wszystko!” – wołał Jan Paweł II w 1979 roku podczas pielgrzymki w Krakowie na Błoniach, gdzie apelował: “Otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi! Nie lękajcie się! Otwórzcie drzwi wszelkich systemów społecznych, politycznych, ekonomicznych, prawnych! Nie lękajcie się…” – każdy, kto tam był, pamięta tę żarliwość przyszłego świętego, gdy głosił ewangelię “wszelkiemu stworzeniu”. Nawet najgorszym z najgorszych, jak lekarz, który najpierw musi ratować najbardziej chorych i których życie – w tym przypadku życie wieczne – wisi na włosku. 

    W tym szkicu raz jeszcze, nieco szerzej przyjrzę się słynnemu zapisowi objawienia w Płocku wizerunku Jezusa Miłosiernego, na podstawie którego powstał oryginalny obraz – który Faustynie się nie spodobał od strony estetycznej – a następnie przynajmniej dwa kolejne, które są znane na całym świecie. Rzeczywiście, oryginalny obraz, który według niektórych ludzi dobrej woli jest “tym prawdziwym”, estetycznie niestety jest słabszy od późniejszych, których Święta Faustyna już nie mogła zobaczyć. Sądzę, że gdyby ujrzała późniejsze wersje obrazu, nie doświadczyłaby takiego rozdźwięku między Oryginałem a obrazem malowanym ludzką ręką (“Któż wymaluje Cię tak pięknym, jaki Jesteś?”).

    Przytoczmy tedy krótki, jakby dla Faustyny zupełnie “naturalny” (jak zapis ze zwykłego spotkania w parku w pamiętniku osoby świeckiej) opis objawienia Obrazu, który obecnie znajduje się chyba we wszystkich sanktuariach, świątyniach, kościołach i kaplicach na świecie. 

“Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady. W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. – Po chwili powiedział mi Jezus: „Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie.” (Dz. 47).

     Tyle. To znaczy? To znaczy, że w tym jednym akapicie, w kilkunastu zdaniach święta Faustyna Kowalska twierdzi, że “ujrzała” (użyła takiego właśnie słowa) “Pana”. Używa słów prostych, zrozumiałych, jakby dla niej oczywistych, styl nie jest barokowy, ale też nie jest ubogi znaczeniowo. Jako literaturoznawca, który zajmuje się językiem “Dzienniczka” od wielu lat mogę stwierdzić, że jest to opis bezbłędny pod względem ortograficznym, gramatycznym, sprawny, choć nie idealny stylistycznie i bardzo pojemny semantycznie. Ale po kolei. Prześledźmy cały opis słowo w słowo. 

     Jak wiemy, pierwszy rękopis zakonnica spaliła. Spowiednik jako pokutę zlecił odtworzenie z pamięci już zniszczonych stronic i kontynuowanie na bieżąco pamiętnika. Stąd tok tekstu linearny nie odpowiada chronologii zdarzeń. Święta musiała odtwarzać przeszłość (istotne zdarzenia, wstąpienie do klasztoru, opis pierwszych doświadczeń i codzienności), a zarazem zapisywać nowe spostrzeżenia, co dla absolwentki zaledwie kilku klas szkoły powszechnej nie mogło być zadaniem łatwym. 

     Odtwarzając zdarzenia stosuje zwykle określenia czasowe takie, jak “w pewnej chwili”, “od tej chwili” – rzadko lub wcale nie podaje dokładnych dat, szczególnie dat miesięcznych, a tym bardziej – dziennych. Tu jest inaczej – Faustyna po trzech lub więcej latach od spotkania ze Zmartwychwstałym pamięta dzienną datę objawienia. Piszę “po trzech latach”, ponieważ druga i ostateczna wersja pamiętnika duchowego zaczęła powstawać od roku 1934, więc już po Jubileuszu roku 1933. Musiało być to więc przeżycie, które bardzo zapisało się w sercu i duszy zakonnicy. 

     Opis dalej podaje tylko istotne szczegóły – pora wieczorna (choć nieokreślona co do godziny, co nie ma znaczenia), miejsce – cela, święta nie pisze, w jakiej pozycji ciała się znajdowała (czy klęczała, stała, siedziała), bo nie jest to w tym momencie istotne. Jest cała skupiona na “Panu”, którego nie “zobaczyła”, czy “spostrzegła”, ale – ujrzała. Przypomina się opis ewangeliczny: “Ujrzał i uwierzył”. I słowa Jezusa do niedowierzającego Tomasza: “Uwierzyłeś, bo Mnie ujrzałeś”. To bardzo istotny detal. 

     Następnie zakonnica pisze, że “wpatrywała się” w Jezusa – wpatrywać się, to intensywnie obserwować, jakby w tym celu, aby wszystko dokładnie zapamiętać, żeby potem móc przywołać w pamięci wzrokowej, opisać malarzom wygląd zewnętrzny Pana. Odbywało się to w “milczeniu” – nie od razu usłyszała słowa wypowiadane na głos przez Jezusa. “Wymaluj obraz, według rysunku, który widzisz” – oczywiście nie osobiście, lecz Bóg znając mądrość i niewątpliwą inteligencję wybranej apostołki Miłosierdzia nie musiał konkretyzować, kto ma ostatecznie fizycznie namalować pierwszy oryginał Obrazu. 

    Dalej święta dowiaduje się, że obraz ma być “podpisany” – w tradycji ikonograficznej ani malarze się nie podpisywali pod dziełami religijnymi, ani też żaden obraz, przynajmniej z tych, jakie mogła w dzieciństwie widzieć w kościołach Faustyna nie był nigdy podpisany. Tu inaczej – sam obraz jakby nie wystarcza – potrzebne jest Słowo i tym jest zdanie oznajmiając w trybie wykrzyknikowym, jakby akt strzelisty – “Jezu, ufam Tobie”. 

   Jezus “wznosi prawą rękę do błogosławieństwa” (więc nie w geście “królewskim” z palcem wskazującym), a “druga dotyka szaty na piersiach”. Ukryte serce nie oznacza ani braku emocji (co obecnie zarzucają wizerunkowi tradycjonaliści), ani braku miłości, ani – jak mówią psychologowie – żadnych ukrytych emocji. Spełnia to rolę realistyczną – ostatecznie nie widziałem nigdy człowieka z sercem na powierzchni ciała. Faustyna nie waha się napisać wręcz “na piersiach” – serce, jakby ukryte przed złem świata, jakby nie chcące się narzucać człowiekowi, który ma wolną wolę, jest na swoim miejscu – we wnętrzu świątyni Ducha Świętego.

   Szata na piersiach jest “uchylona” – nie całkiem odsłonięta, lecz właśnie lekko uchylona, a stamtąd, z ukrytego (jak za życia ziemskiego) wychodzą dwa promienie – jeden barwy czerwonej, drugi – i tu jest istotny szczegół: nie “biały”, lecz “blady”. Biała jest cała szata Jezusa, promień oznaczający wodę, która wypłynęła po przebiciu serca włócznią, jest taki, jak kolor wody – woda nie jest biała, jest przezroczysta, właśnie blada (widzenie odbywa się w celi zapewne nieoświetlonej światłem elektrycznym, może właśnie dlatego wieczorem, kiedy kontrast postaci Chrystusa jest wyraźniejszy niż gdyby wizja miała miejsce w świetle dnia). 

    Dlatego wszelkie interpretacje “patriotyczne”, choć czynione w dobrej wierze są raczej chybione – Jezus nie żąda od Faustyny “intronizacji”, wyraźnie mówi, że napis nie ma brzmieć “Chrystus, Król Miłosierdzia”, a obraz ma być namalowany fizycznie, a nie metaforycznie w “duszy zakonnicy”, jak początkowo myśleli spowiednicy. Stąd promienie, choć pewne podobieństwo jest, nie oznaczają barw narodowych Polski, choć skądinąd Jezus gdzie indziej stwierdza, że “Polskę szczególnie umiłowałem”. 

     Decydującym – przynajmniej dla piszącego te słowa – argumentem jest to, że Faustyna, która nie czytała nawet Pisma świętego, ani tym bardziej prac teologicznych czy religioznawczych doskonale oddała swój stan ducha podczas całego, trwającego zapewne kilka minut objawienia: “dusza moja przejęta była bojaźnią, ale i radością wielką”. 

     Jest to opis antycypujący późniejsze o wiele lat ustalenia wybitnych religioznawców, m.in. M. Eliadego, a szczególnie R.Otto, który w swym fundamentalnym dziele opisał stan dusz doświadczających “teofanii” (czyli dosłownie: “objawienia/ukazania się Boga/Bósta”) właśnie jako z jednej strony “tremens” (nie lęk, ani strach, lecz płynące z odczucia majestatu poczucie “bojaźni” w sensie także biblijnym jako uczucie bardzo pozytywne, szacunek i uwielbienie wielkości Boga), a z drugiej – “fascinosum”, czyli odczucie nie tyle potocznie rozumianej dziś “fascynacji”, lecz ekstatycznej radości, nie dającej się wytłumaczyć psychologicznie, ani tym bardziej – na gruncie psychologii klinicznej. Faustyna na pewno nie wiedziała o ustaleniach wspomnianych badaczy, niezależnie dochodzących do podobnych wniosków. To dość poważny argument przeciwko tezie Starnawskiego, że wizja płocka to wytwór wyobraźni. 

     Dalej mamy już polecenie, a raczej nie tyle rozkaz, ani nawet życzenie, lecz “pragnienie”, więc bardziej “prośbę” niż nakaz, imperatyw, aby ten obraz był czczony najpierw lokalnie, a potem na całym świecie. Jest to naturalna i zgodna z praktyką Kościoła kolejność. Obietnice, które pojawiają się na samym końcu wizji, dotyczą nie tylko “życia wiecznego” (choć przede wszystkim), ale już także “pokonania nieprzyjaciół”, którymi równie dobrze mogą być tradycyjnie złe duchy, jak i ludzie złej woli.

 ***

     Opis urojonego objawienia w Płocku różniłby się znacznie od tego, który znajduje się w “Dzienniczku”, gdyby prawdziwa była teza Jerzego Starnawskiego, psychiatry z KUL, który postawił Siostrze Faustynie diagnozę ciężkiej choroby nerwowej, jaką jest choroba afektywna dwubiegunowa, dawniej nazywana “psychozą maniakalno-depresyjną” (albo krócej: “cyklofrenią”). 

    Za pomocą AI sporządziłem parafrazę przytoczonego opisu wizji mistycznej, zakładając, że sztuczna inteligencja jest na poziomie wczesnym, do którego werbalnie niekiedy regresują chorzy psychicznie i nerwowo. 

    Parafraza w trybie “hard” – to maksymalna unikalność w stosunku do oryginału, więc najwięcej zmian formalnych przy zachowaniu sensu całości – w programie do parafrazowania i sumaryzowania tekstów opartym na AI NeuralWriter. Parafraza lub przeformułowanie to oddanie tego samego tekstu innymi słowami bez utraty znaczenia samego tekstu. Innymi słowy, przekazujemy znaczenie tekstu naszymi własnymi słowami. 

      Często zdarza się, że sparafrazowany tekst lepiej oddaje jego znaczenie niż słowa oryginału i w rzeczywistości w ten sposób tworzymy kopię tekstu, która różni się znaczeniem od oryginału, np. gdy opowiadamy usłyszaną historię własnymi słowami, parafrazujemy ją, ale znaczenie pozostaje takie samo. Uczniowie często parafrazują, ponieważ nie są w stanie przekazać znaczenia dokładnie takiego, jak oryginał. Dawniej podkreślano, że należy uczyć się na pamięć i dokładnie cytować (np. w przypisach) czyjeś wypowiedzi – dziś piszemy raczej własnymi słowami, parafrazując mniej lub bardziej adekwatnie do znaczenia oryginału. Oto parafraza stworzona przez AI: 

Wieczorem w mojej celi zobaczyłam Pana Jezusa w białej szacie, jedną rękę wzniesioną w błogosławieństwie, a drugą dotykającą szaty na Jego piersi. Z zakrzywienia szaty na Jego piersi wychodziły dwa wielkie promienie światła, jeden czerwony, a drugi blady. Patrzyłam na Pana w milczeniu, duszę moją napełniał strach, a zarazem wielka radość. Po chwili Jezus powiedział do mnie.”Zrób obrazek podobny do tego, który widziałaś i napisz 'Jezu, wierzę w Ciebie’. Chcę, aby ten obrazek został uhonorowany najpierw w twojej kaplicy, a potem na całym świecie.” 

     Jak nietrudno zauważyć, parafraza stworzona przez AI jest znacznie gorsza od oryginału. Jeśli przyjąć, że sztuczna inteligencja (AI) znajduje się obecnie na poziomie mowy powiedzmy przeciętnego 3-5 latka, a jak twierdzą psychiatrzy – chorzy umysłowo regresują nawet do wczesnego wieku dziecięcego (co przypomina też czasem mowę ludów pierwotnych) – to musimy stwierdzić, że przeprowadzony tu eksperyment ligwistyczny ma głęboki sens. AI, które jest w powijakach, pokazało “nieświadomie”, jak mógłby wyglądać opis spotkania Faustyny ze Zmartwychwstałym, gdyby operowała językiem na poziomie dzieci. Język Faustyny nie był zatem nie tylko właściwy chorym, ale przejawia wysokie walory artystyczno-estetyczne, niedostępne chorym psychicznie i nerwowo osobom. 

    To samo zresztą niedawno stwierdziła lekarka-psychiatra, która specjalizuje się w tematyce właśnie cyklofrenii. Chorzy na tę chorobę są dość podobni do siebie i zachowują się zupełnie inaczej niż wynika z relacji świadków w procesie informacyjnym. Gdyby Faustyna miała nie autentyczną wizję, tylko maniakalne omamy, to nie użyłaby w opisie słowa “rysunek” – “wymaluj obraz według rysunku, który widzisz” – tylko na przykład napisałaby, że “mam namalować obraz, bo miałam wizję”. Co więcej, gdyby jakakolwiek chora nerwowo (mniejsza na jaką chorobę) zakonnica w klasztorze doświadczyłaby urojonej bądź nawet rzeczywistej wizji, to nie potrafiłaby tego zachować w dyskrecji, co jest w Dzienniczku cechą podstawową. 

    Chorzy chętnie zwierzają się ze swych urojeń, omamów, halucynacji, tworzą różne traktaty teologiczne, niemal – obnażają się emocjonalnie przed innymi. Nie są w stanie też zachować dla siebie powierzanych im sekretów. Nie znają pojęcia “tajemnica”, “sekret”, dyskrecja, milczenie, tabu, reguła – wszystko wszystkim chętnie – jak małe dzieci – opowiadają, nieraz ubarwiając swe opowieści, dodając coś, aby wypaść lepiej albo zatajając wstydliwe kwestie. Nie stwierdzam tutaj żadnej z opisanych pokrótce zasad zachowania się osób chorych nerwowo, zwłaszcza szczególnie na cyklofrenię w fazie maniakalnej, kiedy chory nie dość, że jest towarzyski, to jest nadkontaktowy – potrafi być maksymalnie wylewnym, jak po spożyciu alkoholu, nieraz to doprowadza do poważnych skutków społecznych, a nawet – złamania prawa. 

     Chorzy z manią mówią wszystko, jak leci, nic nie potrafią zachować dla siebie. Ten obraz zupełnie nie pasuje do osoby Siostry Faustyny – zawsze zachowywała sekrety, a swoje wewnętrzne przeżycia traktowała jako prywatne doświadczenia, o których mogli wiedzieć jedynie spowiednicy, kierownicy duchowi czy przełożeni. To bardzo istotny szczegół – pomijając już inne obecne w fazie hipomaniakalnej cechy, jak brak pokory, szukanie siebie i swej sławy, próżność świata – poczucie bycia centrum wszechrzeczy. Faustyna w ogóle nie spełnia ani jednego kryterium psychiatrycznego, jeśli podejdziemy do sprawy poważnie, obiektywnie i bez zakładania albo wykluczania czegokolwiek z góry. Liczy się prawda i nie ma co się tego bać. Jestem pewien, że ostateczna prawda o życiu i dziele Świętej Faustyny będzie radosna. 

   Również hipoteza jednego z publicystów katolickich, niedawno opublikowana w “Tygodniku Powszechnym – że “Faustyna spotykała się tak naprawdę z własnym wewnętrznym, sobowtórowym alter-ego” – z którą polemizowała już najwybitniejsza jak dotąd autorka biografii Świętej Faustyny, Ewa Czaczkowska, w świetle tego, co ustaliłem – nie wytrzymuje elementarnej krytyki merytorycznej. Owszem, słynne “róże czerwone w garnku zamiast ziemniaków” i to w zimie, mogły być wyobraźnią, co przed komisją teologiczną zeznała pewnie pod przysięgą siostra zakonna, która wtedy razem z Faustyną gotowała te ziemniaki. Garnek był zapewne zbyt duży i zbyt ciężki dla schorowanej już wtedy Świętej. 

     Również inne wizje – zresztą spowiednicy Faustyny nakazali jej podkreślić w tekście wszystko to, co na pewno jest wyobraźnią – mogły wynikać z tak zwanej “mistyki naturalnej”. Okazało się, że na wyraźne żądanie kierowników duchowych bardzo wiele opisów różnych wewnętrznych wizji wykreśliła. I podkreśliła tylko te, co do których nie miała ani cienia wątpliwości, że nie są jej fantazją. 

    Nie ma tu de facto więc sprzeczności – pewne wizje mogły być wyobrażone, niemniej wizja płocka, którą się tu zajmujemy – niemal na pewno jest autentyczna. Zresztą sama autorka przyznała, że “widzeń zewnętrznych mam niewiele”, zewnętrznych, czyli takich, których źródło nie znajduje się w osobie widzącej, lecz pochodzi z duchowej, obiektywnej Rzeczywistości. To wszystko trzeba umieć odróżniać, na przykład zgodnie z maksymą św. Tomasza z Akwinu, który uczył, aby “często rozróżniać” (to nie znaczy z kolei – dzielić włos na czworo). 

*** 

    Na dobitkę, nie jest możliwe napisanie takiego arcydzieła, jakim jest “Dzienniczek. Miłosierdzie Boże w duszy mojej” bez podłączenia, że tak powiem, do wyższych źródeł inspiracji. To nie znaczy, że tekst “Dzienniczka” został podyktowany, podobnie jak dawniej rozumiano stworzenie Pisma Świętego i do dziś wielu ludzi o dobrych intencjach szczerze wierzy, że autorzy po prostu “słyszeli” (albo widzieli) gotowy tekst, od razu na “czysto”, którego nie trzeba poprawiać, redagować ani przepisywać. To osobny temat – inspiracja autorów natchnionych. 

     Moim zdaniem, Jezus polecił napisanie “Dzienniczka” Faustynie z kilku powodów: 

a/ nikt nie czytał wtedy z katolików świeckich Biblii (w średniowieczu było to nawet zakazane), mimo, że istniały już wtedy przekłady na języki narodowe (słynny, ale zbyt poetycki przekład ks. J. Wujka z epoki kontrreformacji, Biblia gdańska i rzecz jasna wielkie dzieło na 1000-lecie chrztu Polski, czyli “Biblia Tysiąclecia” wydana w latach 60., nad którą pracował autobus biblistów, tłumaczy z języków oryginalnych i teologów. To będzie omówione osobno, bo jest niezmiernie interesujące. 

b/ jeśli katolicy czytali nawet Nowy Testament bez wiedzy historycznej, znajomości kontekstów starożytnych zwyczajów żydowskich (etc.), nie rozumieli wiele z tego, co czytają;

c/ pewne wypowiedzi Jezusa w Ewangeliach (zakładając, że są autentyczne i dość wiernie przytoczone przez ewangelistów) miały jedynie odniesienie do jemu współczesnych czasów, a nie znaczenie uniwersalne, można więc je dziś traktować jako jedynie konteksty historyczne. Wypowiedzi przytaczane w tej swoistej “Ewangelii XX wieku”, jaką dla wielu teologów i zwykłych wierzących stanowi “Dzienniczek” odnoszą się już tylko głównie do czasów współczesnych Autorce tychże bezcennych zapisów, także jeśli przypiszemy im wyłącznie historyczno-literackie znaczenie.

    W każdym razie “Dzienniczek” nie został ani sfałszowany (jak sądzą krytycy całego Dzieła Miłosierdzia), ani dosłownie podyktowany – “zrób, co w Twej mocy, a ja uzupełnię resztę”. Jezus mówi wyraźnie, że jest jednak więc coś w mocy każdego z nas, każdego człowieka “bonae voluntatis” na świecie. “Beze Mnie nic uczynić nie możecie” znaczy więc, że cokolwiek choćbyśmy zaczęli, to nie dokończymy bez łaski z nieba. To nie znaczy, że mamy nic nie robić, siedzieć i czekać, aż “Jezus Tym się zajmie”. Niestety, modna obecnie modlitwa-akt strzelisty, czyli “Jezu, Ty się tym zajmij”, choć sama w sobie prawdziwa, bo przecież nie wszystko jest w naszej mocy, dla wielu ludzi służyć może jako usprawiedliwienie bierności. Nie mnie to jednak oceniać. 

***

    Mowę (i coraz częściej w czasach dostępu do edytorów tekstu także pismo) chorych psychicznie określa się w tradycyjnej psychiatrii mainem “schizofazji” (dosł. “sałata słowna”; łac. schizophasia); jest to bardzo poważny objaw psychopatologiczny, świadczący o znacznym rozkojarzeniu myślenia chorych szczególnie na schizofrenię, ale obecny także w innych zaburzeniach psychicznych. Mowa osób w stanie cyklofrenii w fazie hipomaniakalnej (a tym bardziej – w ostrym epizodzie manii) nie jest zmieniona jakościowo (treściowo, znaczeniowo, sens jest zachowany, a chory nie traci kontaktu z rzeczywistością), ale ilościowo – chory dużo mówi, choć często przeskakuje z tematu na temat, nie potrafi utrzymać wątku (“poślizg poznawczy”), bo skojarzenia idą w różne strony – ciężko wtedy utrzymać temat w rozmowie czy temat w formie pisemnej. 

    W schizofazji słowa wypowiadane przez pacjenta nie układają się w logiczny ciąg i są chaotycznie przemieszane. Termin „schizofazja” wprowadził do medycyny Emil Kraepelin, autor określenia “dementia praecox”, czyli “otępienie wczesne”, którego nazwę Eugene Bleurer zmienił w 1911 roku na “Gruppe der Schizophrenien”, dosłownie – “zespół schizofrenii” (w liczbie mnogiej, bo nie ma jednej, wzorcowej schizofrenii). 

    Podsumowując – język, jaki został użyty do napisania “Dzienniczka” nie spełnia ani jednego z podanych wyżej kryteriów “rozszczepienia mowy”. Jest to język nie tylko naturalnie harmonijny, ale wręcz zdumiewający wartościami estetycznymi “naddanymi”, zwłaszcza u osoby, która ukończyła zaledwie kilka klas szkoły powszechnej (co było częste u dzieci wiejskich, które musiały wrócić do domu i pomagać w prowadzeniu gospodarstwa). Zaburzoną chronologię można tłumaczyć tym, że pierwotna wersja tekstu została zniszczona, urwane zdania – faktem, że święta musiała pisać w tajemnicy i przerywała pisanie, gdy ktoś wchodził do jej celi. Skarżyła się, że nie “mam nawet dobrego pióra” i że robią się kleksy – prawdziwa zmora jeszcze uczniów lat 80., zanim nie zezwolono w szkole na używanie długopisów. 

***

     Sprawdziłem też kontekst historyczny na dzień Objawienia w Płocku. Otóż według źródeł w dniu, kiedy “wieczorem Faustyna była w celi”, czyli 22 lutego 1931 w krakowskim Domu Katolickim odbywał się wiec protestacyjny przeciw szerzącej się już wtedy i stale nasilającej w prasie, w literaturze i w teatrze pornografii. W wiecu tym uczestniczyli m.in. bp Adam Stefan Sapieha i Karol Rostworowski. 

     Zapewne ów kontekst historyczny jest jakoś istotny – ważne jest to, co się w dniu 22 lutego 1931 roku działo na demonstracji w Krakowie przeciw rozpoczynającej się, a potem rozlanej na całą Polskę fali erotyki, a niebawem – twardej, ohydnej pornografii, którą promowano potem w latach 60 w czasie “rewolucji obyczajowej” na całym świecie, jednak szczególnie w “cywilizowanym” świecie Zachodu i całej strefy euroatlantyckiej. Jak wiadomo, Faustyna szczególnie mocno podkreślała niszczące człowieka “grzechy zmysłowe”, z tym, że można to odczytywać różnie – z jednej strony luzowanie obyczajów miało realnie w świecie miejsce, z drugiej – ówczesny Kościół nieco czasami zbytnio koncentrował się na “tych grzechach”. 

     Niewiele osób spośród krytyków pontyfikatu papieża Benedykta XVI wie, że jako jeszcze młody kapłan i uczestnik obrad Soboru Watykańskiego II należał do frakcji liberalnej, któa chciała bardzo daleko idących reform, dostosowania się do świata nowoczesnego, który w naukach humanistycznych określa się jako “późny modernizm”. Kardynał Ratzinger był nawet za znacznym “poluzowaniem” rzeczywiście wtedy zbyt surowej etyki w zakresie życia rodzinnego i małżeńskiego z dopuszczeniem do “miękkiej” przeciwkoncepcji włącznie. Gdy jednak na własne oczy zobaczył, co się dzieje w ramach rzekomo postępowej “rewolucji seksualnej” drugiej połowy lat 60., zaczął rewidować swoje nastawienie i nabył sporo krytycyzmu wobec forsowanych przez zwłaszcza skrajną frakcję liberalno-lewicową zmian. Nazywanie Benedykta XVI z tego powodu, że zaczął krytycznie oceniać współczesność mianem “pancernego kardynała” jest tyleż krzywdzące, co głupie. Nikt nie pamięta, dlaczego przyszły papież zmienił spojrzenie na świat – po prostu był przerażony tym, co wyprawiano w latach 60. 

     Grzech ma nie tylko zmysłowy charakter, mówimy wszak “myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem”. Moim zdaniem, dziś nawet gorsze jest nie to, co źle zrobiliśmy, ile to, czego dobrego nie uczyniliśmy. Można więc podzielić grzechy na “dodatnie” (coś, czego nie powinno być) i grzechy “ujemne” – nie zrobienie czegoś, co należy do naszych obowiązków, a nawet – zmarnowanie okazji do czynienia dobra, które co prawda nie jest naszym obowiązkiem (np. wynikłym z umowy o pracę, dawniej też się mówiło o obowiązkach “stanu”), ale zaniedbanie go może komuś zaszkodzić. Nieudzielenie pomocy znajduje się nawet w prawie karnym i jest karalne.

  Tym bardziej obowiązuje to w sumieniu wszystkich chrześcijan, szczególnie katolików, skoro twierdzimy, że to w Kościele powszechnym jest przechowywana Prawda, sakramenty i że “poza Kościołem nie ma zbawienia”. To dar, ale i szczególne zobowiązanie – bo jeśli faktycznie mamy skarb, to jeśli go zaniedbamy, będziemy surowiej sądzeni niż inni chrześcijanie, a tym bardziej wyznawcy innych religii, a nawet ludzie niewierzący, lecz jednak pełni dobrej woli i przestrzegający prawa stanowionego przez ludzi. 

***

     Siostra Faustyna ponoć często widziała Jezusa jako małe Dziecko, które okazywało jej swoją wdzięczność i radość. Na przykład w czasie Mszy świętej w Boże Narodzenie 1937 roku ujrzała Dzieciątko Jezus stojące przy niej na rogu klęcznika i trzymające się jej ramienia. Po Komunii świętej ujrzała Jezusa takiego samego w swoim sercu i czuła Go przez cały dzień fizycznie (Dz. 343). Siostra Faustyna doświadczała również mistycznej łączności z cierpieniem i śmiercią Chrystusa. Na przykład w Wielki Piątek 1938 roku ujrzała Ukrzyżowanego Jezusa na ołtarzu i usłyszała Jego głos: Pragnę wejść do twojego serca (Dz. 1052). Po Komunii świętej odczuwała ogromny ból i rany na swoim ciele, które były odzwierciedleniem ran Chrystusa.

   Siostra Faustyna miała być również świadkiem chwały i mocy Zmartwychwstałego Pana. Na przykład w Niedzielę Miłosierdzia 1935 roku ujrzała Jezusa ubranego w białą szatę z ranami na dłoniach i nogach, ale promieniującego światłem. Jezus powiedział jej: Dziś otwieram morze miłosierdzia dla całego świata (Dz. 420). Siostra Faustyna prosiła Go o wiele łask dla siebie i dla innych ludzi. Siostra Faustyna miała również okazję ujrzeć Jezusa jako Króla Wszechrzeczy, który panuje nad niebem i ziemią. Na przykład w czasie modlitwy przed Najświętszym Sakramentem ujrzała Jezusa na tronie otoczonego aniołami i świętymi. Jezus powiedział jej: Jestem Królem nieba i ziemi (Dz. 83).

***

      Czym są halucynacje w kontekście mistyki religijnej? Halucynacje wzrokowe są to fałszywe doznania związane z narządem wzroku, które polegają na widzeniu przedmiotów, ludzi, zwierząt lub innych kształtów, które nie istnieją w rzeczywistości. Halucynacje wzrokowe mogą być proste (np. widzenie błysków, cieni) lub złożone (np. widzenie sylwetek ludzi, zwierząt) i mogą towarzyszyć im halucynacje innych zmysłów (np. słuchowe, węchowe). Halucynacje wzrokowe i wizje mistyczne to nie jest to samo, choć mogą być czasem  trudne do odróżnienia. Halucynacje wzrokowe to fałszywe doznania związane z narządem wzroku, które powstają bez zadziałania jakiegoś bodźca sprawczego i są odbierane jako realne przez osobę je doświadczającą. 

    Wizje mistyczne to doznania związane z religią lub duchowością, które mają charakter nadprzyrodzony lub transcendentny i są odbierane jako prawdziwe przez osobę je doświadczającą. Halucynacje wzrokowe mogą być objawem różnych stanów chorobowych lub zaburzeń psychicznych, takich jak schizofrenia, depresja psychotyczna, padaczka, nowotwory mózgu czy niewydolność wątroby. Mogą być też wywołane przez zażywanie substancji psychoaktywnych (np. LSD, meskalina), odstawienie alkoholu lub narkotyków, wysoką gorączkę lub niedostateczną ilość snu. 

    Wizje mistyczne mogą być związane z głębokim doświadczeniem religijnym lub duchowym, takim jak modlitwa, medytacja, kontemplacja czy ekstaza. Aby odróżnić halucynacje wzrokowe od wizji mistycznych, należy zwrócić uwagę na kilka czynników, takich jak:

  • halucynacje wzrokowe mogą mieć dowolną treść, często niezwiązaną z religią lub duchowością, a wizje mistyczne mają zazwyczaj treść religijną lub duchową, związaną z Bogiem, aniołami, świętymi czy demonami.
  • halucynacje wzrokowe mogą pojawić się w dowolnym momencie dnia lub nocy, bez żadnego powodu lub bodźca wyzwalającego, a wizje mistyczne często pojawiają się w określonym kontekście religijnym lub duchowym, np. podczas modlitwy, medytacji czy pielgrzymki.
  • wizje mistyczne mogą być odbierane jako symboliczne lub metaforyczne i mogą być poddawane ocenie lub interpretacji przez osobę je doświadczającą lub autorytety religijne.

      Można mieć zarówno halucynacje, jak i wizje mistyczne. Niektóre osoby mogą doświadczać halucynacji związanych z zaburzeniami psychicznymi lub innymi przyczynami, a jednocześnie mieć wizje mistyczne związane z ich religią lub duchowością. Niektóre osoby mogą też mylić halucynacje z wizjami mistycznymi lub odwrotnie. 

     Wizje mistyczne to doznania związane z religią lub duchowością, które mają charakter nadprzyrodzony lub transcendentny i są odbierane jako prawdziwe przez osobę je doświadczającą. Wizje mistyczne są prawdziwe dla osób, które je doświadczają i wierzą w ich znaczenie i pochodzenie. Wizje mistyczne mogą być też uznane za prawdziwe przez innych ludzi, którzy podzielają tę samą religię lub duchowość. Wizje mistyczne należą do sfery osobistej i mogą być różnie interpretowane przez różne osoby. Jednak wizji mistycznej nie można zmierzyć, udowodnić lub zweryfikować za pomocą metod empirycznych. 

     Jest to bardziej kwestia osobistej relacji z Bogiem, odwaga “rzucenia się na głębię”, bez oglądania się na zachowanie innych (w Łodzi w katedrze Faustyna pisze, jak po opuszczeniu zabawy tanecznej, “padła krzyżem na środku, nie zwracając na nikogo uwagi”), a stało się to po opuszczeniu balu z zachowaniem dyskrecji (“pozorując ból głowy”), gdzie doznała pierwszego spotkania z ubiczowanym Jezusem – “i znikło sprzed moich oczu towarzystwo, umilkła wdzięczna muzyka, pozostał tylko Jezus i ja”. 

     Również “halucynacje” raczej nie trzymają w rękach fizycznych brulionów Dzienniczka, ani nie powodują, że z obrazu umęczonej twarzy Jezusa na firance w celi klasztornej, będą kapać rzeczywiste łzy. Wszystko, co opisałem, w ogóle nie pasuje do obrazu chorych nerwowo i psychicznie, szczególnie do schizofrenii, depresji psychotycznej czy zaburzeń dwubiegunowych. Jeśli doświadczała rzeczywiście jakichś “objawów” (“przez całą Mszę walczyłam z myślami bluźnierczymi”, itd.), jak to skrótowo – więc krzywdząco – oznaczają lekarze, to było to oczyszczenie przez “noc ciemną” ducha i zmysłów, którą w XVI wieku opisał św. Jan od Krzyża, wyraźnie zaznaczając, że nie jest to tylko “acedia” (duchowa depresja mnichów), ani melancholia – w sensie dzisiejszej “depresji.” 

      Nie znaczy, to, że święci czy mistycy nie mogą zachorować nerwowo. Znaczy to tylko, że Faustyna zapisała prawdę o tym, co się zdarzyło w Płocku 22 lutego 1931 roku, podczas balu czy wielokrotnie, gdy potem w konteście życia zakonnego (i nigdzie poza tym) ukazywał się jej Jezus. 

      Jeszcze jednym argumentem jest to, że sama Faustyna miała wątpliwości (“Jezu, czy nie jesteś widmem jakimś?”), co przypomina pewien rodzaj stanu ducha, jaki mieli apostołowie po przyjściu Jezusa do wieczernika – niewiarę z radości: “A gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli”. Jest taki stan, gdy ewidentnie dzieje się coś tak pięknego, że w pierwszej chwili nie wierzymy jakby z radości (“no nie wierzę, to niemożliwe, zbyt piękne…”), aby nie doznać rozczarowania, którego pełen jest świat. Jestem pewien, że prawdziwe są słowa Pana, który powiedział, że “błogosławiony ten, kto we Mnie nie zwątpi”. Błogosławiony znaczy tyle, co szczęśliwy…

***

    Myślę, że podane tutaj argumenty na rzecz autentyczności objawienia Jezusa Miłosiernego można by mnożyć, ustawiać w kontekście zarówno całej biografii Świętej, jak i ówczesnej sytuacji w Polsce, Europie, na świecie, ale nawet – lokalnie, wszak Płock to prawie geograficzny środek Polski z najstarszą katedrą. 

     Kontekstów może być więcej – opis osoby, która doświadcza “omamów” byłby zupełnie inny, pełen zbędnych detali, albo z drugiej strony – zbyt ogólnikowy, nieuporządkowany, słownictwo zapewne kwieciste, “barokowe”, a całość sprawiałaby wrażenie sztuczności, teatralności czy dziwaczności. Z innych miejsc wiemy, że Faustyna nie miała świadomości, że tylko jej dane były te wszystkie przeżycia – myślała, że “tak mają tylko wielcy święci”. Może to też świadczyć o tym, że wizja nie zaskoczyła Faustyny – nie była “nagła”, była bardzo ludzka, choć jednocześnie niesłychanie wzniosła. Spotkała Tego, który ją właśnie wybrał, bo Pan wybiera kogo, chce, a często właśnie osoby słabsze, schorowane, z “nizin społecznych”, jak się dawniej mawiało. 

     Temat oczywiście nie jest zamknięty, lecz sądzę, że zarówno psychiatrzy negujący całkowicie autentyczność wizji płockiej (oraz wszystkich pozostałych), jak i skupieni wokół – skądinąd ważnej sprawy “intronizacji Jezusa w sercach Polaków” – krytycy, zarzucający Siostrze Faustynie “fałszywe miłosierdzie”, zbytnią pobłażliwość czy wręcz działanie zwodnicze – nie mają racji, choć te trudności miały i musiały się w historii kultu Bożego Miłosierdzia pojawić; były zresztą zapowiedziane w wielu miejscach tego wybitnego dokumentu katolickiej mistyki, jaki stanowi od niemal stulecia “Dzienniczek” świętej Siostry Faustyny Marii Kowalskiej ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia.  

Postać Chrystusa z wizji Świętej Faustyny.Rafał Sulikowski

/Borówiec, kwiecień 2023 r./

***

 

.

 

Zaszufladkowano do kategorii Życie i dzieło Siostry Faustyny | Dodaj komentarz

Nie do wiary…

***
W dniach 30 kwietnia – 2 maja 2011 w moim życiu zdarzyło się coś tak nieprawdopodobnego, że nie zapomnę reakcji badającego mnie 2 maja rano w pon. na krakowskiej okulistyce przy ul. Kopernika lekarza-okulisty. Po przeczytaniu kartki z ostrego dyżuru przy ul. Fiołkowej 6 z sobotniego badania za pomocą poszerzenia źrenic atropiną i ponownym zbadaniu – siedział z pół minuty w całkowitej ciszy, tak, że słyszałem własne tętno. Potem wezwał drugą lekarkę, bo w takim był szoku. Lekarka zbadała mnie dokładnie i pamiętam jej słowa: „Panie doktorze, ja tu też nic takiego nie widzę…”
Od tamtych zdarzeń, wielokrotnie opisywanych przeze mnie i publikowanych, gdzie się tylko dało, mija właśnie 12 lat. Za pomocą sztucznej inteligencji sprawdziłem, co to właściwie za choroba oczu tak nagle zniknęła jak kamfora i aż dotąd nie powróciła.
Oto co na moje pytanie odpowiedział ChatGPT:
„Zwyrodnienie naczyń krwionośnych w oczach jest chorobą, która polega na uszkodzeniu naczyń krwionośnych w siatkówce oka. Siatkówka jest warstwą tkanki znajdującą się wewnątrz oka i jest odpowiedzialna za przetwarzanie światła na sygnały nerwowe, które następnie są przekazywane do mózgu w celu interpretacji obrazu.
Zwyrodnienie naczyń krwionośnych w oczach może prowadzić do powstawania uszkodzeń na siatkówce, które mogą powodować zaburzenia widzenia lub nawet prowadzić do utraty wzroku. Choroba ta często jest wynikiem chorób takich jak cukrzyca, nadciśnienie tętnicze, miażdżyca, zwyrodnienie plamki żółtej oraz wiele innych chorób, które wpływają na układ krwionośny.
Wczesne wykrycie zwyrodnienia naczyń krwionośnych w oczach jest kluczowe dla zachowania dobrego zdrowia oczu i uniknięcia poważniejszych powikłań. Regularne badania okulistyczne mogą pomóc w wykryciu choroby na wczesnym etapie i zapobiec jej postępom.”
Z kolei wyszukiwarka Bing, też oparta na algorytmach AI, sprawdziła źródła:
„Zwyrodnienie naczyń krwionośnych to choroba zwyrodnieniowa naczyń krwionośnych, która może dotyczyć różnych narządów i tkanek w organizmie człowieka. Najczęściej występuje w wieku podeszłym i jest związana z procesem starzenia się organizmu. W przypadku naczyń krwionośnych choroba ta może prowadzić do miażdżycy, która jest jedną z najczęstszych przyczyn chorób układu krążenia. Objawy zwyrodnienia naczyń krwionośnych zależą od miejsca wystąpienia choroby i mogą obejmować m.in. bóle kończyn, zawroty głowy, zaburzenia widzenia czy problemy z oddychaniem ¹².”
A co do oczu, to AI odpowiedziała mi tak:
„Zwyrodnienie naczyń krwionośnych w oku to choroba oczu, która dotyczy naczyń krwionośnych w siatkówce oka. Zwyrodnienie plamki żółtej to jedna z postaci zwyrodnienia naczyń krwionośnych w oku, która jest związana z uszkodzeniem siatkówki i prowadzi do pogorszenia się wzroku.
Choroba ta zwykle rozpoczyna się po 50 roku życia i prowadzi do uszkodzenia centralnej części siatkówki, czyli plamki żółtej. Rozróżnia się dwie postacie choroby: suchą i wysiękową. Leczenie zwyrodnienia plamki żółtej ma na celu zatrzymanie postępu choroby i łagodzenie objawów.”
/Źródło: Konwersacja za pomocą usługi Bing, 30.04.2023
(1) Plamka żółta – choroby z nią związane i ich leczenie – wylecz.to. https://wylecz.to/…/zwyrodnienie-plamki-zwiazane-z…/.
(2) Zwyrodnienie plamki żółtej – rodzaje, objawy, leczenie. https://portal.abczdrowie.pl/zwyrodnienie-plamki-zoltej.
(3) Zapalenie naczyń krwionośnych – wylecz.to. https://wylecz.to/uklad…/zapalenie-naczyn-krwionosnych/.
(4) 7 domowych sposobów na wzmocnienie naczyń krwionośnych – Krok do Zdrowia. https://krokdozdrowia.com/7-domowych-sposobow-na…/.
Tyle wie na podstawie wielu danych z sieci sztuczna inteligencja. Prosto mi tłumaczyli jeszcze w 2006 roku na okulistyce, że naczynia wrastają w gałkę oczną (rogówkę) i że to trzeba leczyć. Oczywiście, zlekceważyłem, zapomniałem, nie miałem czasu i inne problemy zdrowotne na głowie. Jednak już wtedy, gdy pojechałem do słynnych Witkowic, aby mi wyjęli odłamek muru z oka, zauważyli początki choroby i powiedzieli, że to koniecznie trzeba leczyć, bo „może być groźne”.
Podkreślić też trzeba, że po pierwsze – od dziecka mam ostrą krótkowzroczność, że od 1998 nosiłem soczewki kontaktowe, które nie zawsze są bezpieczne (zwłaszcza niewłaściwie używane), a od 2004 roku paliłem sporo papierosów (do dwóch paczek na dobę). Na dobitkę, w latach 2007-2011 pracowałem ciężko fizycznie, nosząc ponad 20-kilogramowe pojemniki z jedzeniem w firmie cateringowej, obsługującej cały szpital uniwersytecki przy pięknej i zadrzewionej ulicy Kopernika w królewskim Krakowie…
Dlatego nigdy w żadnej chorobie nie trać ani grama nadziei.
Ja jej w ogóle nie miałem, albo bardzo słabą. A jednak słowo stało się ciałem…
Fałszywa diagnoza? Dwa razy – w 2006 w Witkowicach i 30 kwietnia 2011 na Fiołkowej? Silna autosugestia? To spróbuj kogoś nią wyleczyć z tej lub innych chorób… Szczerze życzę powodzenia!
Gdybym został wtedy uleczony ze schizofrenii, którą mam od poczęcia (choć dowiedziałem się o tym na V roku studiów, gdy miałem 24 lata), to chyba dziś pewnie żyłbym w jakimś krakowskim zakonie.
Tylko ludziom się odmawia. Bogu, Jezusowi z Nazaretu, Maryi i wszystkim świętym ani aniołom w niebiosach – nie.
/rs/
Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz