***
Dziś, teraz, gdy czytasz te słowa, ktoś w Polsce, nie wiem, na przykład w Aleksandrowie kujawskim jeszcze nie wie, że jutro będzie już na tamtym świecie. W każdy weekend, zwłaszcza długi, ginie kilkadziesiąt osób na drodze, połowa to piesi. Mimo apeli policji ludzie jeżdżą za szybko. Ja też tak jeździłem. Dałem spokój. Zwolniłem. I tak wszystkiego i wszędzie nie zdążę. Nie zdążę wszystkiego spisać, zwiedzić, oglądnąć, posłuchać, przeczytać. Człowiek jest w stanie poznać tylko największe arcydzieła ludzkości w każdej dziedzinie i to jest droga, a nie zajmowanie się panią Tokarczuk, której dano Nobla za światopogląd i politykę, a nie za „artystyczne wartości” jej książek, quasi-powieści, które są nudne jak flaki z olejem już po pierwszej stronie czytania. Wiem, bo pisałem o niej najpierw magisterium, a potem jeden rozdział w dysertacji. Podobnie nudnie piszą pozostali „współcześni” pisarze – Chwin przynudza, Huelle też, a Stasiuk to już w ogóle nie są powieści, przynajmniej takie, jakie ludzie chętnie by czytali. Czy w tym kontekście dziwne jest, że tłumaczy się autobusy powieści zagranicznych, zwłaszcza czeskich, ale także modne są dzieła skandynawskie, rosyjskie, ukraińskie i w ogóle – słowiańskie. Wszak, „my, Sławianie lubim sielanki”. No, ale w ogóle „Słowianin” to ktoś kto staje się sławny „słowem”, czyli umie na tyle retorycznie przekonywać, nawet tłumy słuchacza, że jest na topie. Oczywiście, retoryka może być użyta do złych celów, co widzieliśmy w XX wieku. Teraz liczą się powieści religion-fiction (np. blasfemiczna lekko „Masakra profana”, ale lekko i fajnie napisana), typu „Kod da Vinci” z mocną historią symboliki świata, także różne fantasy, science-fiction jakby w dobie kryzysu nauki jakby mniej, ale za to nadal „zwykłe”, ale dobrze napisane powieści obyczajowo-społeczne, a nawet – wskrzeszana powoli wszechwiedząca narracja powieści realistycznych II poł. XIX wieku…Tylko, kto ma jeszcze oprócz zawodowców czas, siły i spokój, aby siąść z książką w jesienny wieczór koło płonącego drewna i zatopić się w lekturze, wciągnąć się w nią, dać się jej porwać, niemal – utopić. Czy polska literatura wciąga i zmienia życie? Nie. Obecna nie, a na pewno nie ta, która jest na liście lektur na uniwersyteckich polonistykach…
Teraz rynek weryfikuje książki, grafiki czy muzykę. Myślę, że po prostu nie trzeba pisać „pod redaktora”, tylko „pod człowieka”, zwykłego Jasia Kowalskiego, który wraca z pracy zjarany jak sto nieszczęść, nie ma jeszcze-już dzieci i może sobie poczytać, co chce, a nie to, co mu się wmawia, że jest „arcydzielne”. Ja jednak mam zamiar przeczytać, posłuchać i oglądnąć największe arcydzieła z całego świata. Nie chcę czytać wszystkiego na „jakiś temat” albo wycinkowo (np. wszystko z polskiego Romantyzmu z lat 1822-1832, etc.), tylko generalnie. I myślę, że to byłaby dobra droga dla obecnych i przyszłych studentek polonistyki i w ogóle studiów humanistycznych.
A sercem humanistyki nie jest filozofia ani religioznawstwo – sercem jej była i jest porządna historia, czyli fakty – co, kiedy, gdzie, przez kogo i w jakim celu się zdarzyło. Wbrew pozorom w dobie 5G nie ma problemu z natychmiastowym ustaleniem, co się gdzieś zdarzyło. Trzeba natomiast sprawdzać fakty w co najmniej trzech niezależnych źródłach. Jak wiemy, są aż cztery ewangelie synoptyczne. Wystarczyłyby trzy i mamy prawie dowód, że niezależnie spisane, głoszą historyczny, a nie przenośny dowód istnienia i działalności Jezusa. Dziś trzeba na nowo przywrócić Jezusa historycznego, bo już odradzają się stare, odgrzewane kotlety rodem z XIX wieku o prawzorach opowieści ewangelicznych z Egiptu, o tym, że w każdej wschodniej religii „dziewica rodziła syna” (o czym wspomina Bułhakow) i tak dalej.
A Jezus po prostu istniał i tyle. Pamiętajcie czasem o tym, grillując…
