Piekielny dramat Rozalii, czyli prosty przepis jak zniszczyć ludzkie życie…

Postać Rozalii Celakówny jest bardzo popularna w pewnych, zwłaszcza silnie tradycjonalistycznych kręgach Kościoła katolickiego. Niektóre środowiska, których celem jest intronizacja Chrystusa na Króla Polski, postulują wręcz wyniesienie jej na ołtarze i obwołanie świętą. Przyjrzyjmy się bliżej i bardzo dokładnie jej przedwcześnie zakończonemu życiu (żyła 43 lata) i nie dajmy się zwieść presji owych środowisk.

Zamierzam udowodnić, że Celakówna cierpiała na jedno z dość popularnych zaburzeń psychicznych i częściowo umysłowych, co nie przeszkadzało jej jednak dość dobrze funkcjonować w pracy w szpitalu krakowskim w charakterze sanitariuszki i salowej i w Kościele, z którym była wręcz organicznie związana.

Jej choroba ma prozaiczne przyczyny, dające niezwykłe bogactwo objawów psychiatrycznych: to mieszanka nerwicy natręctw, depresji, w której były momenty podniesionego patologicznie nastroju oraz częściowo zaburzeń schizoafektywnych, w których okresowo doświadczała omamów słuchowych oraz pseudo-halucynacji wzrokowych. Jej życie jest tragicznym przykładem, jak ze zwykłego dziecka, ciekawego świata można zrobić psychiczny wrak za pomocą przedsoborowego, niewłaściwego nauczania kościelnego, które promowało rygoryzm i surowość jako źle pojętą sprawiedliwość, żywcem wziętą ze Starego Testamentu.

Pamiętajmy, że diagnozowanie osób zmarłych jest dyskusyjne – to samo było w przypadku innych mistyków czy świętych, proroków czy apostołów, niemniej niemal na pewno Rozalia Celakówna odbiegała w sposób patologiczny od normy psychicznej. Jej nerwica na podłożu kościelnym (tzw. nerwica eklezjogenna – nowy typ nerwicy, dziś często diagnozowanej – przebiegała w dramatyczny sposób: od nadmiernej, wręcz skrajnej pobożności, przez głosy schizofreniczne aż po wewnętrzne wizje piekła i szatanów, czyhających na jej młodą duszę, przekonaną, że “jest największą grzesznicą”. Prawdopodobny, choć wyparty bardzo silnie kompleks “grzechów cielesnych”, nie dopuszczany do świadomości jako “największe zło”, dawał patologiczne wyrzuty sumienia i stałe poczucie winy, owocujące skrajną depresją z myślami samobójczymi włącznie.

To, co wyczytałem w jednej z jej biografii jest przerażające. Przykład: ktoś Rozalię, mającą już 19 lat, zapytał, kiedy wychodzi za mąż, na co jej ojciec omal nie uderzył pytającego, mówiąc, żeby “nigdy przy dziecku nie wymawiał takich słów i nie mówił o takich rzeczach”. Przy dziecku, które ma 19 lat! I o takich rzeczach! Jakich mianowicie!?

Patologię rodziny Celakówny widać jak na dłoni: surowe wychowanie, karanie za najmniejsze przewinienia, uwięzienie w domu, zakaz wychodzenia, klasztorne stosunki między rodzicami i rodzeństwem, ciężka praca na roli, środowisko wiejskie, silnie patriarchalne z dominującą figurą “ojca”, zagniewanego programowo i na zapas.

Ciężki poród, który omal nie zakończył się śmiercią mamy Rozalki, podobnie jak przebyte ciężkie choroby dzieciństwa – świnka, odra, dyfteryt – odbiły się na zdrowiu jako całości życia młodej kobiety. Dojrzewanie odbywało się w atmosferze podejrzliwości – Rozalia musiała nawet jako nastolatka ‘spowiadać się’ rodzicom z lekcji w szkole. Tłumienie aż po niemal psychiczną kastrację seksualności – postrzeganie ciała i seksu jako domeny grzechu, diabła i moralnego bagna. Do tego przyczynił się epizod z próbą molestowania, po której to traumie Rozalia “znienawidziła mężczyzn”. Nienawiść ta, postrzegana z jednej strony jako grzech, a zarazem pewnego rodzaju paradoksalną cnotę doprowadziła do całkowitej dewastacji młodej, dojrzewającej, wchodzącej dopiero w świat, a raczej żyjącej jakby naprzeciw świata psychice.

Oczywiście ludowa, sąsiedzka mitologia religijna próbowała już za jej życia zrobić z niej kolejną zmagającą się ze swym libido świętą i nie zauważała ewidentnej patologii. Biograf Celakówny zachwyca się na przykład tym, że w domu rodzinnym służącej “czytano tylko pobożne książki”, konkretnie – żywoty świętych. I dla równowagi…Sienkiewicza. No, tak inne lektury były zbyt frywolne jak na młodą, niewinną duszę. Kolejny zachwyt biograf, ewidentnie przenoszący na papier swoją platoniczną fascynację postacią Celakówny, wypowiada, gdy twierdzi, że “Rozalia jeździła do Krakowa nie, żeby zobaczyć Wawel, muzem czy pójść na rynek. Nie! Ona jeździła, aby pójść do spowiedzi!”. Może przykładów już wystarczy choć zapewniam, że podobnych kwiatków jest więcej i to bardziej pikantnych intelektualnie.

Oto Rozalia twierdzi, że najlepsze, co można zrobić dla swego Pana, to wyrzec się absolutnie wszystkich światowych i życiowych przyjemności. Bóg niczego innego nie pragnie, tylko napawania się dymem ludzkich cierpień i skrajnej ascezy, a szczególną rozkosz sprawia mu wyrzeczenie się przez ludzi przyjemności, szczególnie oczywiście erotycznej, którą wcześniej sam stworzył. Po prostu ojciec Rozalki bał się, że córka „przyjdzie z brzuchem” i to samo dotyczyło innych niezbyt zamożnych rodzin wtedy. W razie ‘wtopy’ infamia sąsiedzka była pewna i dyshonor na wieki. Obsesja, wręcz histeria na punkcie seksu wtedy w Kościele przedsoborowym była pełnoobjawowa: wszystko, co wiązało się, choćby pośrednio z seksem, było z automatu złe, a na zasadzie prawa, żewyparte powraca w innej formie – wrażliwe natury dostawały histerii, nerwicy anankastycznej(obsesyjno-kompulsywnej), w skrajnych przypadkach omamów, urojeń i halucynacji.

Jest niemal pewne, że wszystkie słyszane i spisane potem w autobiograficznych zapiskach “głosy” pochodziły z głowy Celakówny i nie miały nic wspólnego ze światem nadprzyrodzonym, podobnie jak widziane obrazy, “wizje” i rzekome objawienia. Wszystko odbywało się w jej głowie i tam rozgrywał się jej dramat, wyreżyserowany przez “ojca”, tyle, że tego ziemskiego, biologicznego, a nie metafizycznego. Podobne brednie, jak te, które fragmentarycznie wyczytałem z cytowanej biografii (nazwisko autora przemilczę), jeszcze do dziś snują się po kątach różnych zapadłych parafii, zakrystii i plebani.

Jest szokiem dla mnie, że już w czasach, kiedy stosuje się leczenie psychotropowe, nadal część Kościoła święcie wierzy, że takie postacie, jak Rozalia czy Faustyna Kowalska są jakoś oddzielone od “zwykłych”, pogardzanych przez środowiska kościelne pacjentów psychiatrycznych, że mają jakąś pieczęć, która je wynosi poza zwyczajne prawa psychologii klinicznej, że są jakoś uprzywilejowane.

Pamiętajmy też, że ówcześnie diagnostyka psychiatryczna raczkowała. Poza tym w przypadku osób duchownych oraz ludzi związanych blisko z potężnym wtedy Kościołem, panowała zmowa psychiatrów, aby nie stawiać żadnych diagnoz i uznawać ewidentne nawet przypadki patologii jako normę. Czyniono tak po prostu w obawie przed Kościołem i w trosce o dalszą karierę lekarską. Czy wyobrażacie sobie Państwo, że w latach 20-tych, przed Soborem, jakiś psychiatra nazwie wizje Rozalii “urojeniami” albo co gorsza – halucynacjami? Taki lekarz następnego dnia, o ile by go dożył, musiałby zamknąć praktykę i odwołać swoją diagnozę. Sprawa toczyła się wszak o sprawy nie tylko światopoglądowe, ale wręcz metafizyczne. Nie było więc mowy, żeby pisano w zaświadczeniach prawdę, a tym bardziej  – całą prawdę.

Kiedy cofniemy się na moment do wczesnego dzieciństwa, które – zdaniem Freuda i wielu jego uczniów – stanowi newralgiczny punkt rozwoju osobowości, widzimy, jak wpajano małej Rozalce brednie w rodzaju, że “anioł stróż zawsze stoi przy tobie i widzi wszystko i zna wszystkie twoje myśli”. Jak się nietrudno domyśleć, taka i podobna indoktrynacja wywołała w dorosłym życiu (ale nie dojrzałym, bo Rozalia pozostała dużą dziewczynką w rozwoju) urojenia odsłonięcia – poczucie, że “Bóg wszystko widzi i nic się przed nim nie ukryje”. Takie urojenia dziś leczy się powszechnie w szpitalach dla nerwowo chorych za pomocą leków oraz psychoterapii. W czasach Rozalii nie było to jeszcze możliwe.

Co bardziej inteligentne pacjentki z powszechnymi w schizofrenii urojeniami tego typu przechodziły prywatną psychoanalizę, nawet jeżdżąc za granicę. Rozalia jako pochodząca z niższej klasy społecznej nie miała żadnych szans. To, że przeżywając takie omamy w ogóle jako tako spełniała swoje obowiązki zawodowe i tak świadczy o niezwykłej sile psyche, której jeszcze dziś, my ludzie nie doceniamy. Nieustannie popularne są nadal prywatne projekcje i przeniesienia na zewnątrz – “nie wierzę, że te głosy pochodzą z mego wnętrza, one na pewno są od Boga…” – myśli niemal każdy pacjent.

Ciekawe w tym jest to, że nie była to osoba zupełnie upośledzona i wykazywała nawet poczucie humoru oraz przejawy co najmniej przeciętnej inteligencji. Niestety, jej siły ducha i własna wola zostały scedowane na wolę rodziców najpierw (“co postanowili, tak się musiało stać”), a potem wolę spowiedników, która oczywiście w jej mniemaniu była wolą samego Jahwe. Tak zupełnie ubezwłasnowolniona była według mojej wiedzy spośród córek Kościoła jedynie święta Faustyna, której depresję świetnie opisał psychiatra Jerzy Strojnowski z KUL.

Kompletny brak woli własnej Rozalii, rozumianej błędnie jako “grzeszna samowola”, wyrażał się w ogólnym osłabieniu, awolicji i niezdolności podejmowania najprostszych decyzji życiowych. Na przykład rodzice nie chcieli, aby wyprowadzała się z domu, mimo, że dawno ukończyła dwadzieścia lat. Ponieważ bała się ich gniewu i kary, bardzo przeżyła rozstanie z rodziną. Do końca życia miała ciężkie skrupuły związane z samowolnym, jak mniemała, opuszczeniem gniazda rodzinnego. Żeby je zracjonalizować, sądziła, że to “Bóg tak chce”. Wtedy jej odpowiedzialność malała, bo zawsze mogła się usprawiedliwić, że “tak chciał Jahwe”. Tyle, że jest niemal pewne, że Jahwe jako stwórca wszechrzeczy raczej mało przejmuje się decyzjami życiowymi jakiejś biednej dziewczyny ze wsi podhalańskiej, której rodzice zrobili zaiste wszystko, aby uczynić z niej kalekę życiową i okaleczyć z wszelkiego człowieczeństwa, którego miarą jest właśnie własna, wolna i silna wola.

Kończąc ten szkic, trzeba powiedzieć wyraźnie, że nawet jeśli przypadek Rozalii Celakówny nastręcza badaczom pewne trudności diagnstyczne, niemal na pewno oznacza to, że mamy do czynienia z ciężkim przypadkiem przewlekłej schizofrenii religijnej, zakrytej i obudowanej kulturą kościelną i ukrytej w ten sposób przed specjalistami.

Wokół Kościoła i dziś kręci się mnóstwo osób, których stan psychiczny zdecydowanie implikuje natychmiastową pomoc psychiatryczną, a w wielu przypadkach – hospitalizację. We wspólnotach charyzmatycznych spotkać można i dziś, mimo tak świetnych możliwości, jakie daje medycyna, ludzi pogubionych, wewnętrznie złamanych, pozbawionych swej jaźni i poczucia ciągłości linii życia. Ludzie ci, z załamaną osią czasu, potrzebują nie modlitwy ani wody święconej, ale fachowej pomocy medycznej. Dopóki będziemy oddzielać opisany przypadek Rozalii jako “wyjątkowy”, będziemy nieświadomie stygmatyzować “normalnych” pacjentów. Dziś byłaby tylko jedną z wielu tysięcy pacjentek, chodzących na terapię i starających się stanąć na własnych nogach. Jednak bez tej pomocy nie miała żadnych szans, więc zmarła przedwcześnie. Jest ostrzeżeniem zza grobu dla tych wszystkich, którzy nadal wierzą dosłownie w to, co głosi coraz bardziej dziś krzykliwy Kościół przedsoborowy. I stanowi przykład dobitny, jak patologiczne i toksyczne rodzicielstwo może zniszczyć dziecku całe późniejsze, młode życie, jakże przedwcześnie zakończone…

O Rafał Sulikowski

Rafał Sulikowski, *1976 w Krakowie, absolwent polonistyki UJ, miłośnik muzyki, autor muzyki elektronicznej - dotąd około 100 utworów instrumentalnych, które wciąż powstają. Gra na syntezatorach, gitarze, śpiewa i publikuje swoje interpretacje w serwisach typu ising.pl, od 2016 roku kompozytor muzyki niszowej. Przez 20 lat w Krakowie bardzo zaangażowany w prace Akdemickiego Chóru "Organum", za co w 2009 został odznaczony srebrnym medalem Polskiego Związku Chórów i Orkiestr za całokształt pracy społecznej na niwie muzycznej. Żonaty, mieszka i pracuje niedaleko Poznania.
Ten wpis został opublikowany w kategorii Bez kategorii. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *