Mamy do czynienia nie z rzetelną, opartą na źródłach zewnętrznych historiografią, ale z wielką apologią, mającą cechy “historioidalne”, a nie historyczne i z wielką pomyłką, która mogła zmylić wielu wiernych katolików, albo co gorsza – z celową i świadomie napisaną z premedytacją dezinformacją. Przykre, że do dziś są grupy (jak Bractwo Piusa X czy grupa Ultramontes, broniąca “prawdziwego katolicyzmu”, będąca edytorem tej broszury w2016 roku), dla których tekst, który omówię szczegółowo, stanowi jedyną pochodnię oświaty w życiu i poza nim nie czytali żadnej bardziej obiektywnej historii religii, wiary czy duchowości. A kiedy przeczytamy ten tekst i zestawimy z pisanymi przez niżej usytuowanych biskupów czy księży – musi objawić nam się poznawcza groza. Jeśli bowiem ten tekst w tylu sprawach w najlepszym razie się myli, to jak bardzo muszą się mylić pozostałe, tworzone nie tylko równolegle, ale później, w oparciu o to opracowanie.
Czytając ten tekst sprzed stu lat, ma się wrażenie, jakbyśmy odwiedzali muzeum lub skansen, albo odbywali szokującą podróż w przeszłość. Świat namalowany przez papieża jest całkowicie niewiarygodny już w tym, w czym miał się on specjalizować – miał ogarnąć tylko i aż dzieje religii katolickiej, ale i nawet tego nie dokonał. Zamiast tego dał zupełnie oderwany od rzeczywistości historycznej przykład laurkowej i bardzo pocukrowanej interpretacji swojej wiary, którą pragnął zwyczajnie narzucić innym i zaprowadzić siłowo katolicyzm na całym świecie. Tekst zaczyna się pomaptycznie i górnolotnie i tak jest w wielu miejscach następujących:
“Krótka Historia Religii POCHWALONA I ZALECONA przez OJCA ŚW. PIUSA X” – tak oto zaczyna się krótka, licząca niecałe 50 stron broszurka, wydana kilka lat temu przez wydawnictwo “Ultramontes”. Jest to praca historyczna dotycząca religii chrześcijańskiej, ściślej: jej katolickiej interpretacji. Pius X wypowiada się jako papież, więc zgodnie z dogmatem o nieomylności w sprawach wiary, powinien napisać rzetelną, zgodną ze stanem faktycznym historię swojej dziedziny. Dziełko to ukazało się sto lat temu, czyli zaledwie pięć pokoleń wstecz. Czy podołał zadaniu?
Zaglądnijmy do środka.
“Wszystko to stwierdza historia Religii, która, rzec można, jest zarazem historią całej ludzkości. Z tego pokazuje się jasno, że wszystkie inne, tak zwane religie, poza tą jedną, prawdziwą i objawioną od Boga, o której tu mowa, są wynalazkami ludzkimi i zboczeniami od prawdy, pełnymi baśni, kłamstwa i niedorzeczności, z zachowaniem gdzieniegdzie niejakich okruszyn Religii objawionej.”
W hermetycznym i stabilnym świecie katolickim okresu modernizmu, który wyłania się z kart broszurki Piusa X, następcy Piusa IX – inicjatora I Soboru Watykańskiego, przerwanego wojną o Piemont, ale tego, który zdążył sformułować niesławną zasadę nieomylności papieży w sprawach wiary i obyczaju – nie ma miejsca na rozwój, zmianę czy wątpliwości. Wszystko jest jasne – nie ma potrzeby stawiania żadnych pytań, trzeba ślepo wierzyć w to, co urząd nauczycielski Kościoła “podaje do wierzenia”, gotowe, jak obiad na tacy. Nie ma możliwości swobodnej debaty teologicznej czy społecznej, nie mówiąc o polityce.
Wtedy to rodziły się pierwsze ruchy robotnicze, które protestowały przeciw wyzyskowi. Nie wspomina słowem o społecznej nauce Kościoła, bo jej zwyczajnie nie było – Kościół i jego hierarchia wywodzili się z wysoko postawionych grup arystokratycznych, nie mających pojęcia o społecznych “nizinach”, którymi gardzono jako “dołami” albo wręcz marginesem. Ruchy robotnicze były pierwszym masowym zdarzeniem i Kościół pragnął jak najdłużej ich istnienie utrzymać w tajemnicy i na dystans. Książęta Kościoła izolowano zresztą w procesie najcżęściej prywatnej, kościelnej, bardzo tendencyjnej i wybiórczej edukacji tak, żeby nigdy nie dowiedzieli się, że ich wygodny i bezpieczny świat nie jest całym światem, że nie są żadnym centrum ani ośrodkiem, wokół którego ma toczyć się historia.
Pius jako dobry retor zaczyna bardzo górnolotnie, pisząc o kwestiach tak ogólnych i na takim poziomie abstrakcji, że są one właściwie “nieobalalne”. Chroniąc się za autorytetem kościelnym przypisuje wszystkie zasługi jedynie Kościołowi rzymskiemu, poza którym oczywiście nie ma zbawienia. Potępia w czambuł inne odłamy chrześcijaństwa i wszelkie inne – jak pisze – “tak zwane religie”, które prowadzą – jego zdaniem – do potępienia. Tradycja od apostołów przekazana jest w“pierwotnej czystości” (“(…) każdy łatwo zrozumie, jak wielkiej wagi jest Tradycja, czyli Boskie Podanie. Jest ono tym słowem Bożym, które Apostołowie zaczerpnęli z ust samego Jezusa Chrystusa i które przechodząc potem przez nieprzerwany szereg następców Apostołów, doszło aż do nas w pierwotnej swej czystości.”). Ani słowa o językach oryginalnych Biblii, o przekładach Septuaginty na grekę, o przekładzie Wulgaty na łacinę, o przekładach na poszczególne języki narodowe, w tym polski za sprawą słynnego tłumaczenia staropolskiego X. Wujka.
Przecież znamy z przedszkola zabawę w “głuchy telefon” – słowo na wejściu zmienia się wposzczególnych etapach przekazywania, by mieć zupełnie inny sens i znaczenie na wyjściu. Ale papież takimi technicznymi sprawami rzecz jasna nie może się interesować. Zbyt wysoko siedzi i stamtąd widok jest bardzo ogólny, zdolny wchłonąć wszystko w jedną, monolityczną wersję historii swego Kościoła.
Ten ścisły integryzm lat pierwszych XX wieku, kiedy rodził się ewolucjonizm i panowała moda na modernizm (nowoczesność) nie może dziwić – jest typową reakcją obronną na “zły świat”, który odszedł od jedynie prawdziwej wiary, ośmielając się poddawać w wątpliwość katolicką naukę o stworzeniu. Jaka to nauka? Idźmy dalej.
Papież dosłownie interpretuje, a raczej kopiuje bezrefleksyjnie naukę Starego Testamentu o pochodzeniu człowieka. Nie obchodzi go rodzący się ewolucjonizm, choć na pewno o nim słyszał. Nie potrafi sobie wyobrazić, że człowiek mógł powstać samoistnie, bez interwencji z zewnątrz. Filozofia Bergsona, jego pojęcie “elan vital”, wewnętrznej siły zmieniającej świat też nie przemawia mu do serca – świat się z perspektywy watykańskiej nie zmienia. Panuje statyzm i idee platońsko-perypatetyckie – świat jest statyczny, nieruchomy, niezmienny, człowiek powstał natychmiast, od razu jako dorosły, czyli nie mógł mieć pępka. Jednakowoż nieuważni malarze popełniali przez stulecia znaczący lapsus – na wszystkich obrazach Adam i Ewa mają pępki. Tego – na swoje szczęście – Pius X nie zauważył chodząc po wielkich korytarzach watykańskiego pałacu.
Przepisując w swej książeczce dosłownie interpretowaną historię biblijną, za dobrą monetę bierze wszystko, co przynosi literalna egzegeza. Ani słowa o powstającej wtedy w bólach krytyce biblijnej, o gatunkach i rodzajach literackich w Biblii, o krytyce psychologicznej, genetycznej i historycznej. Wszystko jest takie, jak stoi w Biblii, a jedynym organem, który zna właściwe znaczenie niejednoznacznych fragmentów jest tylko “święta Matka Kościół”, jak wtedy mawiano. Ta święta Matka, która dopuszczała się dosłownie masakry pogan i analfabetów z podbijanych od czasów Konstantyna terenów – jest nieomylna, ma więc atrybuty boskie, więc nie w Boga, ale w Kościół musiał wierzyć przeciętny śmiertelnik za czasów Piusa X.
Już nie chodziło o żywo dyskutowane w średniowieczu uniwersalia, kwestię dowodów na istnienie Boga – to wszystko papież przemilczał, zapewne mając większość czytelników za durniów, ale to, że byli oni analfabetami stanowi niemałą “zasługę” właśnie Kościoła, który przez wieki wpędzał ludzi w analfabetyzm, zabraniając samodzielnej lektury Biblii (o jej wyjaśnianiu nie wspominając), a conajmniej nie zrobił nic, aby wyciągnąć masy z pierwotnego analfabetyzmu. Zwykli ludzie nie mieli żadnych szans z selekcją edukacyjną, uskutecznianą w Kościele. Uczyć mogli się tylko wybrani – reszta do roboty, wznosić katedry i pałace biskupie.
Tak niestety było, ale o tym dowiadujemy się dopiero z prac niezależnych, powojennych historyków, krytycznie oceniających działalność Kościoła w świecie od IV w. począwszy aż po neotomizm w XIX wieku. Wtedy, gdy dyskutowano prawa termodynamiki i doboru naturalnego, Pius X pisał, że wąż skusił Ewę, żeby zerwała jabłko z drzewa i tym samym wpędziła ludzkość, której jeszcze nie było, do otchłani piekielnych. Nie zająka się ani razu, czy ta historia nie jest sfałszowana, bo świadectw fałszowania Nowego Testamentu jest dziś co nie miara. Jeśli fałszowano pisma nowotestamentalne, to równie dobrze można było sfałszować dzieje ST.
Dziś już wiemy, że ludzkość nie może pochodzić od jednej pary i jest to odkrycie ponad wszelką wątpliwość. Ludzkość zaczyna się w kilku albo kilkunastu miejscach Afryki, więc nie w Mezopotamii, gdzie tradycyjnie lokowano ziemski raj. Biologia genetyczna i ewolucyjna dokładnie potrafi wskazać początki jakiejś odmiany przedludzi, potem ich migracje i krzyżówki. Nikt o zdrowych zmysłach dziś nie zaneguje ogólnej wizji powstania ludzkości, jaką przynoszą nauki ewolucyjne, wspomagane najnowszą technologią komputerową i genetyką molekularną.
Jako papież Kościoła modernistycznego nie mógł nie dostrzegać istnienia alternatywnej wobec jego własnej wizji świata. Przemilczał jednak taktownie wszystko, co negatywne w dziejach Kościoła. Napisał, że jeden czy dwóch “złych papieży”, nie szkodzi wobec tylu świętych wyniesionych przez Kościół na ołtarze. To jednak, że gros spośród kanonizowanych też miało sporo za uszami, papieża nie interesuje. On chce cementować, chronić tożsamość, więc musi być jednolity, jednostronny i tendencyjny. Dziełko ma cele apologetyczne, więc musi siłą rzeczy być bardzo wybiórcze i selektywne – wyrzuca wszystko, co nie pasuje do światopoglądu nie tyle chrześcijańsko-ewangelicznego, co specyficznie “rzymskokatolickiego” i wszystko, co przeczyłoby uwznioślonej historii Kościoła.
Myślicie Państwo, że to kuriosum było jedyne? Takich dziełek, pisanych niekiedy naprawdę w pełnej nieświadomości prawdziwych dziejów Kościoła, było masę – pisane przez niedouczonych księży, albo częściowo douczonych świeckich, prezentowało poziom o wiele niższy niż omawiana broszura. Jeśli papież pisze na żenującym poziomie o swej własnej dziedzinie, to czego oczekiwać od zwykłychautorów, zwłaszcza, że Kościół zawsze chronił dostępu do swoich tajemnic i nieudostępniał archiwów, bibliotek i cały czas przecież działała inkwizycja oraz ILP, czyli indeks dzieł zakazanych. Nadal na indeksie były dzieła Kopernika, nie mówiąc o innych filozofach i naukowcach. Indeks zniesiono dopiero po II wojnie, na fali II Soboru Watykańskiego, podobnie i inkwizycję przemianowano najpierw na Święte Oficjum, a potem dopiero na Kongregację Nauki Wiary, działającą do dziś.
Jest to tak kuriozalne, że wstyd o tym pisać, bo proponowany nadal i dziś poziom debaty o początkach świata, człowieka, dziejach religii i ich różnorodności, jest naprawdę żenujący. Poza kilkoma odważnymi teologami na świecie nie ma nikogo, kto by odkrył całą prawdę o Kościele. Zbyt wiele materiałów zniszczono. Zbyt wiele ukryto, sfałszowano, źle przetłumaczono. Działa tu wspomniany “głuchy telefon” – to, co miał mówić Jezus, przeszło przez tyle uszu i oczu, przez tyle wersji zapisanych, że dziś z Ewangelii pozostały zdania o miłości nieprzyjaciół, dobrym życiu i nadziei na zbawienie. Po prostu pisanie historii rozciągającej się sześć tysięcy lat wstecz i kilka tysięcy kilometrów w przestrzeni nie jest możliwe, nie było możliwe nawet przy tak ostrej selekcji, jakiej dokonał Pius X.
Jest to bardzo estetyczne dzieło, bardzo dobrze napisane pięknym językiem, bardzo przekonującemniej wnikliwych czytelników. Tyle, że tylko w części prawdziwe. A jeśli w części, toznaczy w omawianej tematyce – wcale. Nie da się opisać w jednym tomie bogactwa historii samego tylko Kościoła, nie mówiąc o chrześcijaństwie jako szerszej całości i o innych religiach. Nawet opisanie samego tylko katolicyzmu potrydenckiego, tak szanowanego przez Piusa X, nie było już wtedy możliwe.
Zamykając to rozważanie, trzeba powiedzieć, że pełnej prawdy nie dowiemy się pewnie nigdy. Może tak musi być. I może to jest ostania szansa Kościoła, że znowu zamknie archiwa, wykluczy niezależnych badaczy i dzięki nowemu
integryzmowi jakoś przetrwa. Może do Paruzji, kto wie…?
