Tradyceusze – wyznawcy „pustego nieba”.

Tradyceusze – jak obrzydzić ludziom Kościół do reszty…?

Wreszcie udało mi się dotrzeć do sedna wszechrzeczy. Świat ludzki dzieli się na tych, którzy są pewni (fundamentaliści, fanatycy), że „życie się nie kończy nawet, gdy mózg przestaje działać), na poszukujących (nie wiem, ale się dowiem, albo i nie) i na tych, którzy są pewni albo raczej pewni, że świadomość po śmierci, wszystkie lęki, nadzieje, słowa, wspomnienia, obrazy, melodie – trafia szlag i że przechodzimy do upragnionej na wschodzie nicości, różnie nazywanej i inaczej opisywanej niż na Zachodzie.

Niektórzy ludzie tak się boją śmierci, a raczej anihilacji, unicestwienia swego „ego”, swego „Ja”, że wolą choćby uwierzyć w piekło niż pogodzić się z nicością. Dla niektórych ludzi piekło jest lepsze niż nicość. Skoro nie mam szans na niebo (zresztą należy raczej mówić o niebach, nie jednym „niebie”, bo Jezus wyraźnie powiedział, że w „domu Ojca mego mieszkań jest wiele”, a nie powiedział, że jest jakaś wspólna izba, gdzie każdy kontaktuje się z każdym. Ponadto Paweł z Tarsu został wzięty „aż do trzeciego nieba”, a przysłowie mówi, że „ktoś jest w siódmym niebie”. Ale to dygresja – wróćmy do piekła…

Jakie mogą być pozaobjawieniowe (najczęściej „piekło” widzieli analfabeci, dzieci, ludzie szukający podniesienia statusu społecznego w ten prosty sposób) źródła „wiary w piekło”. Różne. Może to być projekcja skrzywdzonych, życzących „pomsty z nieba”, czyli źródłem satysfakcji „zbawionych z potępienia grzeszników”. By the way – dlaczego „grzesznik” jest rodzaju męskiego? Wszak nie mówimy „grzesznica” – jedyne użycie jest w słowie: „jawnogrzesznica” w Biblii, a ponadto nie mówimy z kolei: „jawnogrzesznik”. To ciekawe…

Grzech jest rodzaju męskiego – nie kobiety zaczęły mordować, gwałcić czy kraść. Raczej testosteron męski. Wojny, wyzysk – wszystko mężczyźni. Może dlatego Jezus był mężczyzną. Mistycy mawiali, że kobiety są święte, stają się przez sam fakt przekazania życia i śmierci dalej.

Ale znowu wpadłem w poślizg poznawczy (częste u mnie) i wróćmy znowu do piekła… To dziś wstydliwy temat – ostatecznie wierzymy w niebiosa, w Bog, ale oprócz tradycjonalistów, którzy wyznają „puste niebo” i „prawie pełne piekło” – tak jakby to była skończona przestrzeń, którą w ogóle da się zapełnić – nikt z normalnych main-streamowych katolików w piekło, opętania, anatemy, klątwy papieskie nie wierzy. W Kościele – to już dziś wiem – są dwie duchowości tylko: piekielna (tradycjonaliści, te różne cholerne „bractwa”, opus dei, etc. jeden pies) i niebiańska (Łagiewniki, Wadowice, Jan XXIII, Jan Paweł II, Franciszek). Oczywiście, nie muszę mówić chyba, po której stronie barykady stanąłem. Świadomie i dobrowolnie, w reakcji na coraz bardziej radykalne grupy trydenckie, które robią ze świętej Eucharystii barokowy teatr, pełen kadzideł, które mają działanie narkotyzujące, obrazów, z których groźnie patrzy obrócony w grobie ks. Piotr Skarga – jeden z pierwszych katolickich hejterów, jak na owe czasy. Ruchy intronizacyjne i trydenckie się mylą prawie we wszystkim – operują jakimiś koszmarkowatymi pojęciami „fałszywe miłosierdzie”, niszczą kult Bożego Miłosierdzia – który nota bene powstał na niewyobrażalnych wprost cierpieniach duchowych, psychicznych i fizycznych prostej zakonnicy, którą oskarża się teraz o…modernizm. A nawet jakby, to co? Modernim to tyle, co unowocześnienie, przystosowanie. Organizmy, które się nie potrafią przystosować do nowych czasów giną. Dlaczego miałoby być inaczej w duchowości? I to dzielenie ludzi na zbawionych i „wszelkiej maści heretyków, schizmatyków, odszczepieńców, ekskomunikowanych, etc.). No zgroza mnie ogarnia…

Powstał darwinizm duchowy – silni (ortodoksyjni, ultrakatoliccy) to zbawieni, słabi – „heretycy”, schizmatycy, antychryści: potępieni. tradycjonaliści obrażają Boga i Jezusa, przypisując mu to, czego nie powiedział i zmieniając znaczenie – na rygorystyczne – tego, co mówił. Jezus mówił wyraźnie: „Syn Boży przyszedł, aby świat zbawić”. Świat oznacza „wszystkich” Jezusa trydenci zmienili na Króla, najlepiej Polski, choć już dawno jest święto Chrystusa Króla Wszechświata (a jako żywo, Polska raczej jest we wszechświecie, oświećcie mnie tradycyjni). I najlepsze jest to, że tradyceusze – dobra nazwa, nawiązująca do faryzeuszy – nie wierzą w obecność Jezusa w Ecuharystii, często nieświadomie, więc zastępuję te wahania sporami technicznymi – a „czy wolno na stojąco, a czy do ust czy na rękę, a ile razy, a czy po seksie z mężem wolno mi do komunii, etc.” Jezu, przywróć im wreszcie rozum…

Skręcili za bardzo na prawo. Nie znaczy to, że popieram aborcję, choć w kwestii eutanazji daję możliwość wyjątków, jeśli cierpienie przekracza granice ludzkiej wyobraźni – tak jak się usypia psy, tak i trzeba ulżyć chorym. Oczywiście, chory musi wyrazić zgodę świadomie i dobrowolnie, nie namówiony przez nikogo.

Jestem zdruzgotany ofensywą wiary w wiarę, wiary w sobór Trydencki, wiary kulturowej – a obrazki święte, no przedszkole dosłownie. Naprawdę brakuje mi słów. Oczywiście, wolna wola! Można się cofać nie tylko w rozwoju do średniowiecza – kto chce niech się cofnie nawet do jaskini i na drzewa. Ale nie ma zgody na krzyki, wściekłość, na suponowanie komuś czegoś – nie ma dyskusji z tradyceuszami! Bo albo Bóg wszystkich zbawi, albo wszystko szlag trafi. I na koniec, drodzy tradyceusze – chcecie iść do waszego ulubionego piekła – zawsze lepiej być niż nie być, choćby w Gehennie – ale nie ciągnijcie tam ludzi, którzy nie chcą wojen, nie chcą zła na Ziemi, chcą pokoju, rozwoju, dobrobytu, miłosierdzia dla wszystkich, którzy się starają żyć lepiej. Czasem mam wrażenie, że tradyceusze bardziej wierzą w diabła niż w Boga. No, Bóg to nie takie pewne, no bo przecież nie było Adama, a zło na świecie jest pewne, więc pewnie diabelska sprawka. Może diabelska, może po prostu ludzka słabość, ludzkie błędy, także genetyczne, które paradoksalnie przez mutacje pchają świat w rozwoju. I na koniec – „heresio” po grecku znaczy tylko „swobodne poszukiwanie”. Nie było pierwotnie pejortatywne. Polecam więcej czytać, mniej spekulować. Kieruję to także do siebie…

O Rafał Sulikowski

Rafał Sulikowski, *1976 w Krakowie, absolwent polonistyki UJ, miłośnik muzyki, autor muzyki elektronicznej - dotąd około 100 utworów instrumentalnych, które wciąż powstają. Gra na syntezatorach, gitarze, śpiewa i publikuje swoje interpretacje w serwisach typu ising.pl, od 2016 roku kompozytor muzyki niszowej. Przez 20 lat w Krakowie bardzo zaangażowany w prace Akdemickiego Chóru "Organum", za co w 2009 został odznaczony srebrnym medalem Polskiego Związku Chórów i Orkiestr za całokształt pracy społecznej na niwie muzycznej. Żonaty, mieszka i pracuje niedaleko Poznania.
Ten wpis został opublikowany w kategorii przeklęte problemy. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *