***

Tajemnica życia siostry Faustyny nadal pozostaje niewyjaśniona. Dawniej, krótko po śmierci, nie uważano jej za świętą, chociaż w zapiskach przewidziała swoją beatyfikację i kanonizację, próbując opisać nowoczesną transmisję telewizyjną, oczywiście w słowach, które jej wtedy były dostępne. Na skutek nieporozumień Kongregacja Nauki Wiary na wiele lat zakazała prywatnego kultu siostry Faustyny. Zarzucano jej pewne quasi-protestanckie wątki w Dzienniczku – na przykład prymat łaski nad dobrymi uczynkami, słowa o tym, że “nic nie dzieje się bez woli Bożej” zbytnio odnosiły się do teorii predestynacji, którą wyznawcy Kalvina uznali za prawdę; zbyt mały nacisk położyła – zdaniem Kongregacji – na kult maryjny, chociaż objawienia maryjne były również jej udziałem; także na kult poprzedzających jej życie świętych i mistyków wszystkich czasów.
Dopiero Sobór Watykański II, który doprowadził do odwilży w Kościele, a nawet według niektórych jego uczestników do prawdziwej wiosny Kościoła na skutek działań i starań Karola Wojtyły zrehabilitował życie i dzieło świętej Faustyny, a Kongregacja cofnęła zakaz z roku 58. Dość długo trwał proces beatyfikacyjny, a wcześniej informacyjny o heroiczności cnót, stąd dopiero w ‘93 roku, więc 55 lat po śmierci odbyła się uroczysta beatyfikacja w dniu 18 kwietnia, a w 7 lat później 30 kwietnia 2000 roku miała miejsce uroczysta kanonizacja siostry Faustyny.
Wydawało się, że przeszkody zostały pokonane i że odtąd Kult Miłosierdzia będzie się rozszerzał w Kościele. Niestety, śmierć Jana Pawła II przyćmiła również świętą z Łagiewnik, którą między innymi on sam wypromował. Zdaniem piszącego te słowa Benedykt XVI kładł nacisk przede wszystkim na sprawiedliwość Bożą, a dopiero na drugim miejscu na jego miłosierdzie. To spowodowało, że w Kościele za czasów Benedykta XVI głowę podniosły niestety takie ruchy, jak lefebryści, Bractwo Piusa X czy skrajni tradycjonaliści spod znaku Mszy trydenckiej, postawy przodem do ołtarza, a tyłem do wiernych kapłana, Komunii tylko pod jedną postacią i tylko w postawie klęczącej, do ust. Wszystkie te konserwatywne i restauracyjne akty spowodowały, że dzisiaj Kościół niemal jest pęknięty na dwie części; w Polsce tak zwany “kościół łagiewnicko-wadowicki, a na północy Polski kościół toruński, który kontynuuje tradycje surowości, ascezy, rygoru i dyscypliny w odniesieniu szczególnie do dzieci i młodzieży; kładzie nacisk na surow, twarde wychowanie, które ma rzekomo przygotować do trudów życia, a tak naprawdę dodaje tylko niepotrzebnego cierpienia dzieciom młodzieży, ludziom młodym i starszym, o aspektach finansowych nie wspominając.
Mam wrażenie że Kult świętej Faustyny przeżywa kryzys; co rusz na kanale YouTube można spotkać jak grzyby po deszczu mnożące się kanały dotyczące tradycyjnego katolicyzmu, oskarżające Świętą Faustynę o modernizm, nowinki, przesadne miłosierdzie tak, jakby miłosierdzie mogło być przesadne, a przecież wyraźnie napisała święta, że miłosierdzie jest bez granic; gdyby było przesadne, to by znaczyło, że przekracza jakieś granice. Jeżeli jednak miłosierdzie jest bezgraniczne, to żadne granice nie istnieją i nie mogą być przekroczone ani nie mogą tego Miłosierdzia zatrzymać. Tak naprawdę wydaje się, że jest dokładnie na odwrót – wyznawcy tradycyjnego katolicyzmu tylko w nazwie są sprawiedliwi, a w gruncie rzeczy promują fałszywą sprawiedliwość, pojmowaną jako odwet, zemsta, gniew, negatywne emocje i żądanie, żeby Bóg podporządkował się sprawiedliwości i potępił wszystkich grzeszników, a wiernych Jemu, “prawdziwych katolików” zaprowadził do nieba. Oczywiście, jest to nadużycie Bożej sprawiedliwości, ponieważ nie jest ona z tego świata i wcale nie polega na wyrównywaniu rachunków, jakichś porachunkach i tego typu sprawach, wziętych z prawa ludzkiego i niedoskonałych sądów ludzkich.
Tymczasem Faustyna wcale nie głosiła przesadnego Miłosierdzia; wszak opisuje swoją wizytę w piekle, które oczywiście można czytać psychodynamicznie i interpretować sposób psychoanalityczny, ale można również czytać w sposób dosłowny; być może faktycznie istnieje piekło również jako miejsce niemal fizyczne; jednak opis piekła Faustyny zbyt przypomina piekło średniowieczne, wystylizowane na salę tortur bardziej niż na więzienie, w którym oddaje się ostatni grosz, o którym mówił Jezus. Święta Faustyna nie głosiła łatwego Miłosierdzia, bo sama musiała cierpieć za grzeszników, a to znaczy, że miłosierdzie kosztuje, potrzeba ofiary, ascezy, jałmużny i uczynków miłosierdzia. Czyn jest najważniejszy, dopiero później są słowa mówione i pisane, a modlitwa na samym końcu, jak już nie działa ani czyn ani słowa. Faustyna stwierdziła, że każdy grzech może być przebaczony, ale pod pewnymi warunkami. Trzeba zaznaczyć, że o “grzechu przeciwko Duchowi Świętemu” w ogóle nie wspominała i w ogóle charakterystyczne jest to, o czym święta nie pisała; na przykład, nigdzie nie pisała o egzorcyzmach, którymi tak się ludzie teraz fascynują; nigdzie nie napisała o opętaniach, nie uczestniczyła w jakichś spektaklach demonicznych, którymi fascynują się ludzie na niskim stopniu rozwoju duchowego.
Tak naprawdę Faustyna nie wprowadziła żadnej nowości do nauczania Kościoła, ponieważ Święto Miłosierdzia istniało już wcześniej (o czym zresztą krytycy mówili już za jej życia), znane było nabożeństwo do Serca Jezusa, które również z wizji wyszło; Kościół zawsze mniej czy bardziej akcentował postawę Miłosierdzia – na przykład w XIX wieku bardzo modne były akcje charytatywne pod kościołem, w których brała udział arystokracja, skarbonki na rzecz dzieł miłosierdzia dla domów dla bezdomnych, dla upadłych dziewcząt i tak dalej. Jedną z pierwszych kas dla biednych w Krakowie było dzieło ks. Piotra Skargi, ikony tradycyjnego katolicyzmu. Jest charakterystyczne, że Faustyna pisze o miłosierdziu w samym sercu grzechu, jakim był zakład poprawczy i wychowawczy dla upadłych dziewcząt, a to nie mogło być łatwe, o czym można przekonać się niemal na każdej stronie Dzienniczka.
Z trzeciej strony krytyka Faustyny nadchodzi od ateistów i psychiatrycznie zorientowanych wierzących takich, jak na przykład Artur Sporniak, który twierdzi, że Faustyna rozmawiała ze swoim wewnętrznym alter ego, właściwie jakby sobowtórem upostaciowanym i stylizowanym na Jezusa, z tym wyjątkiem, że serce jest ukryte, a nie jest na wierzchu. Również Jerzy Starnawski stwierdził (w opinii dla potrzeb beatyfikacji), że Faustyna po prostu chorowała psychicznie na chorobę zwaną cyklofrenią, czyli chorobę dwubiegunową afektywną, nazywaną dawniej psychozą maniakalno-depresyjną. Ewa Czaczkowska jako autorka przełomowej biografii o Świętej Faustynie polemizowała ze Sporniakiem, niemniej jednak prawda może leżeć pośrodku. Jest niewątpliwe, że wizja z Płocka z 1931 roku jest autentyczna, o czym piszący te słowa napisał artykuł dla katolika.pl pod tytułem “Cela w Płocku”. Natomiast również mamy do czynienia z wizjami wewnętrznymi, wyobrażonymi z użyciem władz duszy takich, jak fantazja (na przykład wizja róż zamiast ziemniaków w garnku) czy uciszenie burzy, którą archetypowo przedstawiono w Ewangelii. Oczywiście, bardzo dużo przeżyć tak zwanych wizji jest tylko kwestią wyobraźni; natomiast wizja płocka pokazuje, że tam rzeczywiście Faustyna mogła spotkać żyjącego w 2000 lat wcześniej Jezusa, który nakazał jej misję głoszenia światu całemu Miłosierdzia.
Jezus podkreślał, że nie ma takich słów ani nie ma takiego języka, którym można by wypowiedzieć całkiem miłosierdzie Boże. Prosił, aby kapłani nie zajmowali się niczym innym, tylko głosili Miłosierdzie Boże, które jest bez granic, lecz czy kapłani i Kościół posłuchali Jezusa? Mam wrażenie, że misja Faustyny powiodła się tylko częściowo – tysiące uzdrowionych, pocieszonych, może nawet miliony i Dzienniczek, który przebił Mickiewicza, Lema i Kochanowskiego razem wziętych, jeśli chodzi o przekłady na języki zagraniczne; wiele filmów o Faustynie, bardzo wiele doktoratów, magisteriów teologicznych. Kult Miłosierdzia znany już na całym świecie i to wszystko dzięki prostej zakonnicy, która ukończyła zaledwie cztery klasy szkoły podstawowej, a napisała arcydzieło literackie i mistyczne. Można w nim oczywiście widzieć neoromantyzm, nawiązywanie do fantastyki romantycznej, być może były to niezrealizowane zdolności literackie. Niemniej jednak Dzienniczek Faustyny wskazuje, że chociaż chorowała na jakąś chorobę i nie ma sensu wspierać się, szczegółowo, czy to była cyklofrenia czy to była depresja powikłana psychotycznie, czy jeszcze coś innego; cierpiała psychicznie, ale pojęcie choroby psychicznej bywa mylące. Można mówić raczej o cierpieniu psychicznym, moralnym, duchowym, intelektualnym i tutaj nie ma wątpliwości, że cierpiała na natrętne myśli, okresowo na podniesienie i obniżenie nastroju, wahała się od skrajnej rozpaczy, kiedy widziała grzechy świata aż do słów, że “to wszystko dla mnie jest stworzone”, że wszystko od niej zależy i że chce nawet po śmierci rozpocząć swoją misję, która dopiero z tamtego świata przyniesie światu uzdrowienie.
Tak więc zarzuty zarówno ze strony tradycjonalistów katolickich, jak i ateistów psychiatrów, a także oczywiście próby rozwikłania zagadki Faustyny przez otwartych, liberalnych katolików się wzajemnie uzupełniają i raczej nie wygląda na to, abyśmy kiedykolwiek udowodnili, że Faustyna była chora, więc wyobraziła sobie Jezusa ani, że Faustyna była zdrowa i rzeczywiście spotkała samego Chrystusa. Mogło być jeszcze inaczej: Faustyna rzeczywiście mogła cierpieć psychicznie na objawy podobne do tego, co przeżywają pacjenci zakładów psychiatrycznych, ale jednocześnie właśnie zgodnie z tradycją romantyczną szaleństwo, obłęd są bramą realizacji duchowej i w ten sposób właśnie dzięki temu, że cierpiała psychicznie, została uznana za godną, aby odwiedzali ją mieszkańcy niebios i aby stała się piórem w ręku Boga.
Niestety, dzisiaj Kościół idzie w kierunku restrykcyjności, opresyjności w kierunku przeszłości, nie planuje naprzód – nikt nie mówi o tym, że za 10 lat będzie równy jubileusz 2000 lat od śmierci Jezusa Chrystusa. Kościół zafiksował się na przeszłości i dopóki nie zostawi przeszłości historykom Kościoła, nie pójdzie do przodu i będzie stale kręcić się w kółko, wypisując w komentarzach i na forach swoje własne prywatne poglądy, zamiast po prostu głosić miłosierdzie, które przyniósł Jezus Chrystus. I żeby była jasna sprawa, miłosierdzie musiało kosztować Jezusa najgorszą z możliwych śmierci, czyli przez uduszenie Tak więc nie ma czegoś takiego jak “łatwe miłosierdzie” czy “fałszywe miłosierdzie”, bo fałszywe miłosierdzie to po prostu sprzeczność – albo fałszywe albo miłosierdzie. Naturą Miłosierdzia jest to że, przebacza zło; jest tedy naturalne, że jak ktoś uczynił zło musi mu to być rozpuszczone, żeby ten człowiek nie stracił życia. Oczywiste jest to, że miłosierdzie nie jest banalne, że jest wypracowane przez świętą Faustynę przez wielkie cierpienia fizyczne, psychiczne i duchowe i w tym sensie mówienie o “fałszywym miłosierdziu” jest w pewnym sensie obrażaniem zarówno Boga, jak i świętej Faustyny, którą on sam wybrał, a mógł wybrać kogo chciał i nikomu nic do tego.
W tych może za ostrych słowach kończąc ten wpis po prostu wyrażam swój smutek i zarazem sprzeciw wobec tego, że Kościół chyba zapomniał już o Łagiewnikach i przeniósł się całkowicie do Torunia albo do Medjugorie, gdzie przecież bardzo wielu ludzi doznało łaski, ale też bardzo wiele zła się tam wydarza. Zawsze Kościół będzie tylko kościołem, a ludzie tylko ludźmi, nie wymagajmy więc od ludzi tu na Ziemi żeby już być doskonali. Nigdy nie oceniajmy człowieka na tej podstawie jak go widzimy w danej chwili. Zastanówmy się kim był wcześniej, jaką miał przeszłość, a przede wszystkim trzeba ujrzeć tego człowieka, jakim będzie w przyszłości za 10-15 czy 30 lat. Taka perspektywa sprawia, że ogarniając całość życia ludzkiego można człowiekowi pomóc, można mu dać nadzieję, bo jeżeli oceniasz człowieka na tej podstawie, jaką daje teraźniejszość “tu i teraz”, to bardzo zawężasz jego potencjalny horyzont. Pamiętaj, nie jest ważne, kim człowiek był, a nawet tym, kim jest teraz, ale kim się stanie, kim się stać może i w tym sensie jest to bardzo ważne, żeby dawać ludziom drugą, ale i trzecią, piątą szansę aż do 77 razy A przecież liczba “77” dla Jezusa oznaczała po prostu nieskończoność, ale i możliwa na naszą miarę doskonałość.
***
