Wychowałem się w rodzinie inteligencko-artystycznej, jakich było wiele w moim rodzinnym mieście, Krakowie. W domu było dobrze, a stan wojenny i biedę przeżyliśmy jako tako dzięki pomocy jednej z parafii holenderskiej, której parafianka co miesiąc przysyłała nam pokaźną paczkę najlepszej żywności, której nie było w Polsce. Mimo, że pochodzę z pełnej rodziny, nie było zwyczaju rodzinnej modlitwy ani rozmów na temat wiary i religii. Byłem niedzielnym katolikiem, który chodził do kościoła, bo musiał, a nie chciał z własnej woli.
Nie zapomnę I Komunii Świętej, kiedy po przyjęciu Ciała Jezusa doznałem chwili absolutnej radości, pokoju i szczęścia, jakiego świat dać nie może. Potem jednak uciekałem z Mszy i zamiast w niej uczestniczyć, jechałem rowerem do lasu.
Kiedy w 1990 roku skradziono mi rower, więc na skutek rodzinnej awantury zwróciłem się po raz pierwszy do Jezusa. W szafie znalazłem stary, zakurzony obraz-reprodukcję wizerunku Chrystusa z Całunu Turyńskiego. Płacząc, oddałem mu swoje życie. Niestety, przez kolejne 35 lat byłem uzależniony od autoerotyzmu, przez 20 lat od nikotyny, a w 2000 roku psychiatrzy postawili mi diagnozę schizofrenii paranoidalnej. Rozpoczęło się długie leczenie, wiele pobytów w szpitalach, godziny marnowane w czekaniu w kolejce w ambulatoriach.
Mimo to udało mi się ukończyć doktorat i ożenić się, przeprowadzić do Poznania i tu żyć i pracować jako kierowca. Po godzinach pisałem sporo tekstów, publikując je w różnych miejscach, przeważnie w sieci. Gdy je czytam dziś, ogarnia mnie wstyd, bo były to teksty niemal skrajnie lewicowe, wręcz – anarchistyczne. Szukałem oryginalnych teorii, aby się wylansować, robiłem stale autopromocję, pnąc się za wszelką cenę na szczyt sławy i próżnej chwały tego świata. Nadal chodziłem do kościoła, ale tylko ze względu na silną wiarę mojej żony, Beaty. Jechałem prosto i coraz szybciej autostradą do piekła, uciekając od przeszłości i goniąc za nieokreśloną przyszłością.
***
Byłem ateistą, antyteistą, a nawet nihilistą, żyjąc tak, jakby Boga nie było. Szukałem wszędzie tylko przyjemności i to najniższego rzędu, przez 35 lat byłem uzależniony od seksu i mimo, że chodziłem do spowiedzi, jednak nic to nie zmieniało i za każdym razem była recydywa.
Urodziłem się w 1976 roku w Krakowie, zostałem ochrzczony dopiero, gdy miałem pół roku z powodu poporodowej choroby mojej mamy, która musiała być leczona w szpitalu. Od zerówki zacząłem uczęszczać na katechezę do salki przykościelnej na Piaskach Starych w Krakowie przy kościele pod wezwaniem Najświętszego Serca Pana Jezusa. Pamiętam obrazki religijne wklejane do zeszytu i siostrę zakonną, która na gitarze śpiewała nam “Cześć Maryi, cześć jej, chwała Pannie Świętej cześć / śpiewaj, śpiewaj Ziemio cała, cześć Jej spiesz się nieść”. Bardzo spodobała mi się ta piosenka, a moją pierwszą modlitwą, którą nauczyła mnie babcia, była modlitwa do anioła stróża: “Aniele stróżu, boży mój, ty zawsze przy mnie stój / rano, wieczór, we dnie, w nocy bądź mi zawsze ku pomocy. Strzeż duszy, ciała mego, doprowadź mnie do życia wiecznego”.
Potem nauczyłem się tak zwanego “paciorka” oraz innych modlitw, nie rozmawiano jednak ze mną na głębsze tematy religijne. Podczas Pierwszej Komunii świętej, którą przyjąłem w 1985 roku w dzień po urodzinach Jana Pawła II – poczułem niewyobrażalną radość, pokój i szczęście. Po pierwszym przyjęciu Ciała Chrystusa jednak dość szybko oddaliłem się od Kościoła i oszukiwałem rodziców, że idę do kościoła, podczas gdy jechałem rowerem na wycieczkę. W 1989 roku zaczęły się problemy z seksualnością, typowe dla nastolatków, aczkolwiek nieusprawiedliwione, które trwały przez trzy i pół dekady i to nawet już po zawarciu związku małżeńskiego. Bardzo się tego wstydziłem i wyznawałem na każdej spowiedzi, a kapłani pocieszali mnie, że kiedyś z tego wyjdę i udzielali rozgrzeszenia. Tylko raz na spowiedzi otrzymałem ostrą reprymendę w Sanktuarium Bożego Miłosierdzia w Łagiewnikach, nie można bowiem nadużywać dobroci i Miłosierdzia Boga. Jezus powiedział Faustynie: “Biada duszy, która tego nadużyje.” Brnąłem w ciemność i w otchłań bezdenną. Poszedłem na studia literackie, ukończyłem doktorat z literatury współczesnej, ożeniłem się i przeprowadziłem do innego miasta, lecz z powodu niepełnosprawności psychicznej – nie znalazłem pracy w swoim zawodzie nauczycielskim, ani na uczelni, tylko jako kierowca- dostawca.
W 1990 roku mając 14 lat po raz pierwszy próbowałem oddać swoje życie Jezusowi wyciągnąłem znaleziony w jakiejś szafie w domu stary, znany i słynny wizerunek Jezusa z całunu Turyńskiego i zacząłem się modlić. W 2003 roku kiedy moja choroba była już bardzo zaawansowana, lekarze psychiatrzy postawili mi diagnozę schizofrenii paranoidalnej. Po raz drugi próbowałem oddać życie Jezusowi na spotkaniach wspólnoty charyzmatycznej “Nowe Jeruzalem” w Krakowie przy klasztorze Ojców augustianów, blisko Skałki, czyli narodowego panteonu. Jednak nadal nic albo niewiele się zmieniało w moim życiu wewnętrznym, które zapadało się jak w czarną dziurę. Cierpiałem na natrętne myśli, depresję i urojenia, lecz mimo to interesowałem się religią, ale interpretowaną na swój własny sposób. Dziś krytycznie oceniam to, co dzieje się czasem w czasie spotkań modlitewnych różnych wspólnot charyzmatycznych, szczególnie tych skłaniających się ku protestantyzmowi. W owym czasie jednak wciągały mnie nadmiernie optymistyczne książki pisane przez pastorów, oferujących ludziom już tu i teraz niemal raj duchowy i materialny.
W pewnej chwili trafiłem na “Dzienniczek” Siostry Faustyny, który mnie zachwycił i zachwyca do dzisiaj; początkowo jednak szukałem tam tylko niezwykłości, szczególnie cudów i objawień, nie miałem jednak nadziei, że to, co napisała Święta jest prawdą. Stałem się czcicielem Bożego Miłosierdzia, które jednak niekiedy mocno nadużywałem, zapominając, że istnieje też sprawiedliwość, wina i kara, służąca poprawie i przemianie życia i jego odnowie moralnej. Samo słowo “moralność” starałem się wykreślić ze swego słownika, błędnie jednak sprowadzałem je tylko do sfery tak delikatnej, jaką jest intymne życie człowieka.
W 2000 roku rozpoczęto leczenie farmakologiczne; kilka razy musiałem iść do szpitala psychiatrycznego, lecz kilka lat wcześniej na obozie bibiljnym w 1993 roku w Rybnie pomorskim nad jednym z jezior mazurskich po raz pierwszy spotkałem Boga, który objawił mi się w kościele parafialnym w czasie nocnego czuwania jako łagodna chwała i Wszechmoc, co było odczuwalne. Na chwilę wszystkie moje objawy psychiatryczne zniknęły jak kamfora, później jednak znowu powróciły ze zdwojoną siłą.
Nie zapomnę również snu, w czasie którego zobaczyłem idącego po falach morza w moją stronę Jezusa z wizerunku objawionego Faustynie w celi klasztoru w Płocku 22 lutego 1931 roku. Oczywiście Jezus nie było widać ram obrazu, ale wiedziałem dobrze, że to On. Nie powiedział do mnie ani słowa, lecz poczułem absolutne szczęście wszechogarniającej miłości, pokoju i radości. Trwało to jednak bardzo krótko, a po przebudzeniu moje objawy znowu na jakiś czas się wycofały. Podczas leczenia farmakologicznego zostałem ateistą. Później mój ateizm przerodził się w otwartą walkę z Kościołem. Pisałem szkalujące Kościół teksty do hejterskiego portalu “thefad”. Teksty te były jawnie niesprawiedliwe, tendencyjne i jednostronne. Oprócz tego napisałem też dużo wartościowych tekstów, opowiadań, które opublikowałem w różnych czasopismach literackich.
Nie zmienia to jednak faktu, że dalej miałem poglądy skrajnie lewicowe, wręcz anarchistyczne sprzeciwiające się każdej władzy. Nie uznawałem nad sobą żadnych autorytetów moralnych, szczególnie w dziedzinie seksualności.
W międzyczasie 1 maja 2011 roku podczas beatyfikacji Jana Pawła II ustąpiła nagle, trwale i całkowicie choroba zwyrodnieniowa naczyń krwionośnych w moich oczach, którą zdiagnozowano w 2006 roku. Badanie z 30 kwietnia 2011 wskazało na zaawansowane zwyrodnienie naczyń krwionośnych, to znaczy naczynia zaczęły wrastać w rogówkę, co groziło ślepotą. Dnia 2 maja 2011 podczas takiego samego badania zwyrodnienie zniknęło. Stało się to za sprawą Jana Pawła II. Napisałem świadectwo do kurii krakowskiej, które przetłumaczono na język włoski i wysłano do archiwum watykańskiego. Pisałem też o tym dla portalu Fronda.pl i deon.pl. Nikt mi jednak nie chciał uwierzyć, bo wszyscy myśleli, że to wynik choroby psychicznej. Mimo tego cudu nadal szukałem swoich oryginalnych teorii teologicznych, ośmielając w swej bezgranicznej pysze podważać dogmaty o Zwiastowaniu czy cudownym zmartwychwstaniu Jezusa i wniebowstąpienia, a także zdrowie psychiczne Chrystusa. Brnąłem nie tylko w niewiarę, ale w pewnym momencie nie wierzyłem dosłownie już w nic. Nawet byłem gorszy od ateistów, którzy jednak nie wierzą w Boga, ale w coś tam wierzą. Ja w pewnym momencie przestałem wierzyć w cokolwiek i w kogokolwiek.
Mijały lata, a mój stan duchowy i psychiczny, kolejne leki powodowały duże skutki uboczne, co wzmagało jeszcze cierpienie. Podczas całego leczenia rzadko chodziłem do spowiedzi, lecz nie opuszczałem żadnej mszy świętej. Bałem się panicznie tego, że nie dostanę rozgrzeszenia i zostanę ekskomunikowany, dlatego nie widząc poprawy moralnej, zrezygnowałem na długo ze spowiedzi. Usprawiedliwiałem swoje zachowanie, myśli i słowa mówione i pisane chorobą. Cały czas tworzyłem własne teorie, myślałem non-stop, próbowałem się modlić i odczuwałem ciągle zmęczenie, ciężko pracując jako dostawca w firmie cateringowej.
Gorąco popierałem papieża Franciszka, gdyż podobał mi się jego liberalizm i wiara lekka, łatwa i przyjemna. Moje życie było jednym, wielkim chaosem, zagubieniem i spadaniem w bezdenną otchłań, z której nie było wyjścia. Tak bardzo chciałem sławy, że próbowałem tworzyć oryginalne teorie teologiczne, filozoficzne, a jako doktor nauk humanistycznych czułem do tego prawo. Z tego, co napisałem w życiu, a jest to kilkaset tekstów, większość z nich nie nadaje się nawet do żadnej krytyki. Oczywiście, zdarzały się lepsze teksty, jednak nadal były one mocno lewicujące. Szukałem sławy, seksu, nałogowo słuchałem muzyki rozrywkowej, a moja religijność była lekka, łatwa i przyjemna. Wybierałem sobie z Ewangelii i z Biblii to, co mi się podobało, podobnie z Tradycji i z Magisterium Kościoła.
Teraz wiem, że co najmniej od XVIII wieku ludzkość jest okłamywana i trwa zacięta walka z chrześcijaństwem, szczególnie rzymskokatolickim. Młodzi odchodzą z Kościoła z powodu rzekomo surowej moralności małżeńskiej. W innych religiach etyka seksualna była i jest nadal jeszcze bardziej surowa. Chrześcijaństwo zawsze musi bronić życia, a natura tak chciała – czy się to komuś podoba, czy nie – że akty seksualne zawsze potencjalnie służą prokreacji, nie tylko zjednoczeniu, a tym bardziej rozładowaniu napięcia czy zwykłej rozkoszy. Jednak nawet i najmniej surowa ze wszystkich religii etyka katolicka jest uznawana za “niedzisiejszą” i “nieżyciową”.
Owszem, dawniej panował niekiedy zbyteczny rygoryzm, ale podyktowany był on wiarą i troską o wieczny los ludzkiej duszy. “Jeżeli będziecie żyli według ciała, czeka was śmierć”. Te słowa są doskonałą puentą dla mojego dotychczasowego życia, które zmieniło się radykalnie po jednorazowym oglądnięciu w Internecie Mszy w nadzwyczajnym rycie rzymskim, odprawionej przez nieżyjącego już ojca Kaczkowskiego. Wiem teraz, że charyzmatyczne msze święte o “uzdrowienie” są fałszem, bo każda Msza święta może potencjalnie być dla kogoś uzdrowieniem albo uwolnieniem od grzechu, a nie ma uzdrowienia bez odpuszczenia win i kar doczesnych.
Zapomniano także o tym, że spowiedź święta przynosi jedynie odpust częściowy i dopiero po spełnieniu warunków można uzyskać odpust całkowity dla siebie lub kogoś zmarłego. I dopiero całkowity odpust uwalnia od kar doczesnych (najczęściej poczucie winy, czasem niepowodzenia życiowe) i pośmiertnego oczyszczenia w purgatorium.
Przychodzi taki moment w życiu, choćby – jak u świętego Augustyna – że późno, ale następuje opamiętanie. Dla piszącego te słowa właśnie ta chwila nadeszła. I oby nie była stracona. Czego innym i sobie bardzo życzę.
rafał sulikowski
