Wstęp
W tym tekście pragnę podać kilka bardzo poważnych, a zarazem polemicznych argumentów na rzecz hipotezy o niemal stuprocentowej pewności, że zapisane w słynnym już na całym świecie “Dzienniczku” Świętej Siostry Faustyny prywatne objawienie, które miało miejsce w Płocku w roku 1931 – jest autentyczne. Kilka słów pro domo mea jednak muszę tu zawrzeć.
Z wciąż rosnącym kultem Bożego Miłosierdzia, którego inicjatorką z woli Bożej jest Siostra Faustyna spotkałem się trzydzieści lat temu, kiedy w dniu 18 kwietnia 1993 Papież Jan Paweł II dokonał uroczystej beatyfikacji łagiewnickiej zakonnicy. “Dzienniczek” mnie oczarował, zachwycił, wciągnął – szczególnie wtedy, doświadczając różnych trudności osobistych w swoim życiu, potrzebowałem “dowodu”, że istotnie żyjąca w I połowie XX wieku skromna, prosta zakonnica, pełniąca podrzędne, aczkolwiek ważne role w zakonie sióstr Matki Bożej Miłosierdzia – dostąpiła autentycznego spotkania z realną Osobą Jezusa Chrystusa, tego samego, który narodził się w ubóstwie, nauczał, czynił cuda, by umrzeć na krzyżu i – jak głosi niezmiennie od dwóch tysięcy lat chrześcijaństwo – “trzeciego dnia zmartwychwstać, jak oznajmia Pismo”. Potrzebowałem pewności, oparcia się na czymś trwałym w chaosie lat 90., kiedy w Polsce i na całym świecie dokonywała się transformacja ustrojowa i gospodarcza, ale także pogłębiały się różne kryzysy natury duchowej. Szukałem więc “dowodu” na istnienie i działanie Jezusa w życiu Siostry Faustyny, tym samym dowodu na Jego autentyczne zmartwychwstanie, które jako takie może być opisywane jako fakt historyczny, wreszcie więc – na istnienie Boga. Myślę, że tak głębokie kryzysy egzystencjalne przechodziło wtedy wiele osób w Polsce.
W roku 2000 w dniu 30 kwietnia Papież Jan Paweł II dokonał kanonizacji świętej Marii Faustyny Kowalskiej, zezwalając na kult w całym Kościele powszechnym. odtąd miliony, jeśli nie wszyscy katolicy wiedzą, kim była i dla wielu jest zakonnica, której misją było przypomnienie nieco zaniedbanej wtedy prawdy o tym, że choć niełatwe i trudne, jednak Boże Miłosierdzie jest nieskończone. To tyle tytułem wstępu, choć można by ten wątek lat 90. rozwinąć i umieścić w wielu różnych kontekstach.
***
Wizja płocka, którą chcę się wyłącznie zająć w tym tekście, miała miejsce w dniu 22 lutego 1931 roku w celi domu zakonnego w Płocku, wieczorem, o nieokreślonej godzinie. W innym miejscu Święta pisze, że “nie wiedziała, że po 21 nie wolno się w celi modlić”. Nie wiem, jak wyglądał typowy dzień w klasztorze. Sprawdziłem jednak, jakim dniem tygodnia była data 22 lutego – okazuje się, że była to niedziela i to pierwsza niedziela Wielkiego Postu. W kontekście tego pragnę przypomnieć, że Faustyna bardzo przeżywała zawsze popełniane podczas karnawału grzechy w Polsce i oczekiwała okresu pokuty.
Można więc rzec, że objawienie płockie – którego bezpośrednim celem było ukazanie wzoru “rysunku” słynącego łaskami na całym świecie obrazu Jezusa zmartwychwstałego – nie przypadło w przypadkowy, powszedni dzień tygodnia, lecz w rozpoczynającym się nowym okresie liturgicznym oraz na dwa lata przed Jubileuszem 1933 lat od męki, śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Myślę, że ten kontekst jest nie bez znaczenia, choć nie tylko on decyduje o wartości objawienia w Płocku.
***
Kolejnym kontekstem – który dobrze znamy – jest trwający od wielu lat spór o życie i dzieło Siostry Faustyny. Początkowo nikt zakonnicy drugiego chóru nie wierzył (wątpliwości mieli nawet spowiednicy i kierownicy duchowi, przełożeni), później Kongregacja Nauki Wiary zakazała kultu Bożego Miłosierdzia w formach podanych przez Siostrę Faustynę. Następnie – głównie dzięki staraniom ówczesnego uczestnika obrad Soboru Watykańskiego II, biskupa Karola Wojtyłę (Jana Pawła II) – zakaz uchylono specjalnym dekretem, toczył się proces informacyjny, zezwolono pod pewnymi warunkami na kult ściśle lokalny.
***
Kolejnym problemem była opinia specjalistów-lekarzy – jak wiadomo za życia Siostra Faustyna (co pokazuje film “Faustyna” oraz wybitna biografia Ewy Czaczkowskiej) została poddana badaniom neuropsychiatrycznym i żadnych zaburzeń nerwowych nie stwierdzono. Opinię tę jednak podważono w notatce Jerzego Starnawskiego, który określił – nie czytając całości “Dzienniczka” – przeżycia zakonne świętej jako co najmniej “bujną wyobraźnię”, a w najgorszym razie – chorobę nerwową. Tym samym zanegował pośrednio główną wizję, o której tu piszemy. Stwierdził, że wizje świętej to urojenia, omamy czy halucynacje. Nic więcej.
Nie czytając całości, nie biorąc pod uwagę kontekstów biograficznych, religijnych, filozoficznych – na kilku stronach przekreślił wartość dzieła Faustyny Kowalskiej. Nie zgadzam się, że wizja płocka jest halucynacją lub złudzeniem bujnej wyobraźni. Zgadzam się natomiast, że zakonnica mogła okresowo – także ekspiacyjnie – doświadczać pewnych problemów emocjonalnych, które jednak wynikały z bardzo wielu czynników (plotki klasztorne, stosunek współsióstr, itd.), miały jednak głównie wymiar duchowy. Dalej zamierzam podać argumenty – bo “dowodu” nie sposób przedstawić, to kwestia osobistej wiary i osobistej relacji z Bogiem każdego chrześcijanina – że w dniu 22 lutego, w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu w roku 1931 w Płocku miało miejsce zdarzenie nadorzyrodzone.
***
Przytoczmy zatem bardzo zwięzły, krótki (co już samo w sobie daje do myślenia) opis spotkania z Jezusem zmartwychwstałym. Oto co dosłownie zapisała zakonnica po trzech latach od wizji płockiej. Opis ten zna na pamięć chyba każdy czciciel i czcicielki Bożego Miłosierdzia.
Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady. W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. Po chwili powiedział mi Jezus: wymaluj obraz według rysunku, który widzisz z podpisem: Jezu ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie. Obiecuję, że dusza, która czcić będzie ten obraz, nie zginie. Obiecuję także, już tu na ziemi zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, a szczególnie w godzinę śmierci. Ja sam bronić ją będę jako swej chwały. (Dz 47-48).
***
Tyle. To znaczy? To znaczy, że w tym jednym akapicie, w kilkunastu zdaniach święta Faustyna Kowalska twierdzi, że “ujrzała” (użyła takiego właśnie słowa) “Pana”. Używa słów prostych, zrozumiałych, jakby dla niej oczywistych, styl nie jest barokowy, ale też nie jest ubogi znaczeniowo. Jako literaturoznawca, który zajmuje się językiem “Dzienniczka” od wielu lat mogę stwierdzić, że jest to opis bezbłędny pod względem ortograficznym, gramatycznym, sprawny, choć nie idealny stylistycznie i bardzo pojemny semantycznie. Ale po kolei. Prześledźmy cały opis słowo w słowo.
Jak wiemy, pierwszy rękopis zakonnica spaliła. Spowiednik jako pokutę zlecił odtworzenie z pamięci już zniszczonych stronic i kontynuowanie na bieżąco pamiętnika. Stąd tok tekstu linearny nie odpowiada chronologii zdarzeń. Święta musiała odtwarzać przeszłość (istotne zdarzenia, wstąpienie do klasztoru, opis pierwszych doświadczeń i codzienności), a zarazem zapisywać nowe spostrzeżenia, co dla absolwentki zaledwie kilku klas szkoły powszechnej nie mogło być zadaniem łatwym.
Odtwarzając zdarzenia stosuje zwykle określenia czasowe takie, jak “w pewnej chwili”, “od tej chwili” – rzadko lub wcale nie podaje dokładnych dat, szczególnie dat miesięcznych, a tym bardziej – dziennych. Tu jest inaczej – Faustyna po trzech lub więcej latach od spotkania ze Zmartwychwstałym pamięta dzienną datę objawienia. Piszę “po trzech latach”, ponieważ druga i ostateczna wersja pamiętnika duchowego zaczęła powstawać od roku 1934, więc już po Jubileuszu roku 1933. Musiało być to więc przeżycie, które bardzo zapisało się w sercu i duszy zakonnicy.
Opis dalej podaje tylko istotne szczegóły – pora wieczorna (choć nieokreślona co do godziny, co nie ma znaczenia), miejsce – cela, święta nie pisze, w jakiej pozycji ciała się znajdowała (czy klęczała, stała, siedziała), bo nie jest to w tym momencie istotne. Jest cała skupiona na “Panu”, którego nie “zobaczyła”, czy “spostrzegła”, ale – ujrzała. Przypomina się opis ewangeliczny: “Ujrzał i uwierzył”. I słowa Jezusa do niedowierzającego Tomasza: “Uwierzyłeś, bo Mnie ujrzałeś”. To bardzo istotny detal.
Następnie zakonnica pisze, że “wpatrywała się” w Jezusa – wpatrywać się, to intensywnie obserwować, jakby w tym celu, aby wszystko dokładnie zapamiętać, żeby potem móc przywołać w pamięci wzrokowej, opisać malarzom wygląd zewnętrzny Pana. Odbywało się to w “milczeniu” – nie od razu usłyszała słowa wypowiadane na głos przez Jezusa. “Wymaluj obraz, według rysunku, który widzisz” – oczywiście nie osobiście, lecz Bóg znając mądrość i niewątpliwą inteligencję wybranej apostołki Miłosierdzia nie musiał konkretyzować, kto ma ostatecznie fizycznie namalować pierwszy oryginał Obrazu.
Dalej święta dowiaduje się, że obraz ma być “podpisany” – w tradycji ikonograficznej ani malarze się nie podpisywali pod dziełami religijnymi, ani też żaden obraz, przynajmniej z tych, jakie mogła w dzieciństwie widzieć w kościołach Faustyna nie był nigdy podpisany. Tu inaczej – sam obraz jakby nie wystarcza – potrzebne jest Słowo i tym jest zdanie oznajmiając w trybie wykrzyknikowym, jakby akt strzelisty – “Jezu, ufam Tobie”.
Jezus “wznosi prawą rękę do błogosławieństwa” (więc nie w geście “królewskim” z palcem wskazującym), a “druga dotyka szaty na piersiach”. Ukryte serce nie oznacza ani braku emocji (co obecnie zarzucają wizerunkowi tradycjonaliści), ani braku miłości, ani – jak mówią psychologowie – żadnych ukrytych emocji. Spełnia to rolę realistyczną – ostatecznie nie widziałem nigdy człowieka z sercem na powierzchni ciała. Faustyna nie waha się napisać wręcz “na piersiach” – serce, jakby ukryte przed złem świata, jakby nie chcące się narzucać człowiekowi, który ma wolną wolę, jest na swoim miejscu – we wnętrzu świątyni Ducha Świętego. Szata na piersiach jest “uchylona” – nie całkiem odsłonięta, lecz właśnie lekko uchylona, a stamtąd, z ukrytego (jak za życia ziemskiego) wychodzą dwa promienie – jeden barwy czerwonej, drugi – i tu jest istotny szczegół: nie “biały”, lecz “blady”. Biała jest cała szata Jezusa, promień oznaczający wodę, która wypłynęła po przebiciu serca włócznią, jest taki, jak kolor wody – woda nie jest biała, jest przezroczysta, właśnie blada (widzenie odbywa się w celi zapewne nieoświetlonej światłem elektrycznym, może właśnie dlatego wieczorem, kiedy kontrast postaci Pana jest wyraźniejszy niż gdyby wizja miała miejsce w świetle dnia).
Dlatego wszelkie interpretacje “patriotyczne”, choć czynione w dobrej wierze są raczej chybione – Jezus nie żąda od Faustyny “intronizacji”, wyraźnie mówi, że napis nie ma brzmieć “Chrystus, Król Miłosierdzia”, a obraz ma być namalowany fizycznie, a nie metaforycznie w “duszy zakonnicy”, jak początkowo myśleli spowiednicy. Stąd promienie, choć pewne podobieństwo jest, nie oznaczają barw narodowych Polski, choć skądinąd Jezus gdzie indziej stwierdza, że “Polskę szczególnie umiłowałem”.
Decydującym – przynajmniej dla piszącego te słowa – argumentem jest to, że Faustyna, która nie czytała nawet Pisma świętego, ani tym bardziej prac teologicznych czy religioznawczych doskonale oddała swój stan ducha podczas całego, trwającego zapewne kilka minut objawienia: “dusza moja przejęta była bojaźnią, ale i radością wielką”.
Jest to opis antycypujący późniejsze o wiele lat ustalenia wybitnych religioznawców, m.in. M. Eliadego, a szczególnie R.Otto, który w swym fundamentalnym dziele opisał stan dusz doświadczających “teofanii” (czyli dosłownie: “objawienia/ukazania się Boga/Bósta”) właśnie jako z jednej strony “tremens” (nie lęk, ani strach, lecz płynące z odczucia majestatu poczucie “bojaźni” w sensie także biblijnym jako uczucie bardzo pozytywne, szacunek i uwielbienie wielkości Boga), a z drugiej – “fascinosum”, czyli odczucie nie tyle potocznie rozumianej dziś “fascynacji”, lecz ekstatycznej radości, nie dającej się wytłumaczyć psychologicznie, ani tym bardziej – na gruncie psychologii klinicznej. Faustyna na pewno nie wiedziała o ustaleniach wspomnianych badaczy, niezależnie dochodzących do podobnych wniosków. To dość poważny argument przeciwko tezie Starnawskiego, że wizja płocka to wytwór wyobraźni.
Dalej mamy już polecenie, a raczej nie tyle rozkaz, ani nawet życzenie, lecz “pragnienie”, więc bardziej “prośbę” niż nakaz, imperatyw, aby ten obraz był czczony najpierw lokalnie, a potem na całym świecie. Jest to naturalna i zgodna z praktyką Kościoła kolejność. Obietnice, które pojawiają się na samym końcu wizji, dotyczą nie tylko “życia wiecznego” (choć przede wszystkim), ale już także “pokonania nieprzyjaciół”, którymi równie dobrze mogą być tradycyjnie złe duchy, jak i ludzie złej woli.
***
Myślę, że podane tutaj argumenty na rzecz autentyczności objawienia Jezusa Miłosiernego można by mnożyć, ustawiać w kontekście zarówno całej biografii Świętej, jak i ówczesnej sytuacji w Polsce, Europie, na świecie, ale nawet – lokalnie, wszak Płock to prawie geograficzny środek Polski z najstarszą katedrą. Kontekstów może być więcej – opis osoby, która doświadcza “omamów” byłby zupełnie inny, pełen zbędnych detali, albo z drugiej strony – zbyt ogólnikowy, nieuporządkowany, słownictwo zapewne kwieciste, “barokowe”, a całość sprawiałaby wrażenie sztuczności, teatralności czy dziwaczności. Z innych miejsc wiemy, że Faustyna nie miała świadomości, że tylko jej dane były te wszystkie przeżycia – myślała, że “tak mają tylko wielcy święci”. Może to też świadczyć o tym, że wizja nie zaskoczyła Faustyny – nie była “nagła”, była bardzo ludzka, choć jednocześnie niesłychanie wzniosła. Spotkała Tego, który ją właśnie wybrał, bo Pan wybiera kogo, chce, a często właśnie osoby słabsze, schorowane, z “nizin społecznych”, jak się dawniej mawiało.
Temat oczywiście nie jest zamknięty, lecz sądzę, że zarówno psychiatrzy negujący całkowicie autentyczność wizji płockiej (oraz wszystkich pozostałych), jak i skupieni wokół – skądinąd ważnej sprawy “intronizacji Jezusa w sercach Polaków” – krytycy zarzucający Siostrze Faustynie “fałszywe miłosierdzie”, zbytnią pobłażliwość czy wręcz działanie zwodnicze – nie mają racji, choć te trudności miały i musiały się w historii kultu Bożego Miłosierdzia pojawić; były zresztą zapowiedziane w wielu miejscach tego wybitnego dokumentu katolickiej mistyki, jaki stanowi od niemal stulecia “Dzienniczek”.
Rafał Sulikowski
