Wstęp
Życie i dzieła Siostry Faustyny od początków natrafiały na różne trudności różnej natury. Przewidziała problemy teologiczne, wspólnotowe, społeczne, ale też zapewnienie – podobnie jak dzieci w Fatimie – że ostatecznie “wszystko będzie dobrze”, jak powiedziała święta Julianna z Norwich, żyjąca w wiekach średnich (XIV w.). “Na końcu moje Niepokalane Serce zatryumfuje” – powiedziała Maryja dzieciom. Jeślibym to powiedział ja, nie miałoby to znaczenia, byłoby wyrazem moich pragnień, a nawet – szukania próżnej sławy. Ale jeśli słowa te, doskonale zbadane przez różne komisje teologiczno-psychologiczne, wypowiada Najświętsza ze wszystkich ludzi w historii świata – to nie można ich po prostu ignorować ani zmieniać ich znaczenie.
To nie znaczy, że wszystko “samo się stanie”, nie oznacza żadnego “automatyzmu zbawczego”. Podobnie, wszelkie katastroficzne przepowiednie, z których część nie ma wartości, jeśli są prawdziwe i pochodzą od Boga, zawsze są w trybie warunkowym – “jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie”. To znaczy, że mówiąc te słowa w Ewangelii, Jezus jednocześnie mówi, że “jeśli się nawrócicie, nie zginiecie”. Jezus nie obiecuje łatwego miłosierdzia – wiemy, ile ono kosztowało samą Faustynę, ale także jej spowiedników i kierowników duchowych, a także osoby z nią żyjące w różnych domach zakonnych. Miłosierdzie nie jest łatwe, choć zarazem Jezus obiecuje, że “nikogo nie wyłączyłem”. Jeśli nikogo, to nikogo. Koniec, kropka.
Słowa Boga są absolutne, a “mowa Boża wyraźna jest”. Święta miała momenty zwątpienia (“Jezu, czy ty nie jesteś widmem jakimś?”), ale i chwile jasnej pewności – jak każdy człowiek dobrej woli, bo nikt z nas nie wie wszystkiego. “Tylko On wie wszystko!” – wołał Jan Paweł II w 1979 roku podczas pielgrzymki w Krakowie na Błoniach, gdzie apelował: “Otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi! Nie lękajcie się! Otwórzcie drzwi wszelkich systemów społecznych, politycznych, ekonomicznych, prawnych! Nie lękajcie się…” – każdy, kto tam był, pamięta tę żarliwość przyszłego świętego, gdy głosił ewangelię “wszelkiemu stworzeniu”. Nawet najgorszym z najgorszych, jak lekarz, który najpierw musi ratować najbardziej chorych i których życie – w tym przypadku życie wieczne – wisi na włosku.
***
W tym szkicu raz jeszcze, nieco szerzej przyjrzę się słynnemu zapisowi objawienia w Płocku wizerunku Jezusa Miłosiernego, na podstawie którego powstał oryginalny obraz – który Faustynie się nie spodobał od strony estetycznej – a następnie przynajmniej dwa kolejne, które są znane na całym świecie. Rzeczywiście, oryginalny obraz, który według niektórych ludzi dobrej woli jest “tym prawdziwym”, estetycznie niestety jest słabszy od późniejszych, których Święta Faustyna już nie mogła zobaczyć. Sądzę, że gdyby ujrzała późniejsze wersje obrazu, nie doświadczyłaby takiego rozdźwięku między Oryginałem a obrazem malowanym ludzką ręką (“Któż wymaluje Cię tak pięknym, jaki Jesteś?”).
Przytoczmy tedy krótki, jakby dla Faustyny zupełnie “naturalny” (jak zapis ze zwykłego spotkania w parku w pamiętniku osoby świeckiej) opis objawienia Obrazu, który obecnie znajduje się chyba we wszystkich sanktuariach, świątyniach, kościołach i kaplicach na świecie.
“Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady. W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. – Po chwili powiedział mi Jezus: „Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie.” (Dz. 47).
***
Opis urojonego objawienia w Płocku różniłby się znacznie od tego, który znajduje się w “Dzienniczku”, gdyby prawdziwa była teza Jerzego Starnawskiego, psychiatry z KUL, który postawił Siostrze Faustynie diagnozę ciężkiej choroby nerwowej, jaką jest choroba afektywna dwubiegunowa, dawniej nazywana “psychozą maniakalno-depresyjną” (albo krócej: “cyklofrenią”). To samo zresztą niedawno stwierdziła lekarka-psychiatra, która specjalizuje się w tematyce właśnie cyklofrenii. Chorzy na tę chorobę są dość podobni do siebie i zachowują się zupełnie inaczej niż wynika z relacji świadków w procesie informacyjnym. Gdyby Faustyna miała nie autentyczną wizję, tylko maniakalne omamy, to nie użyłaby w opisie słowa “rysunek” – “wymaluj obraz według rysunku, który widzisz” – tylko na przykład napisałaby, że “mam namalować obraz, bo miałam wizję”. Co więcej, gdyby jakakolwiek chora nerwowo (mniejsza na jaką chorobę) zakonnica w klasztorze doświadczyłaby urojonej bądź nawet rzeczywistej wizji, to nie potrafiłaby tego zachować w dyskrecji, co jest w Dzienniczku cechą podstawową.
Chorzy chętnie zwierzają się ze swych urojeń, omamów, halucynacji, tworzą różne traktaty teologiczne, niemal – obnażają się emocjonalnie przed innymi. Nie są w stanie też zachować dla siebie powierzanych im sekretów. Nie znają pojęcia “tajemnica”, “sekret”, dyskrecja, milczenie, tabu, reguła – wszystko wszystkim chętnie – jak małe dzieci – opowiadają, nieraz ubarwiając swe opowieści, dodając coś, aby wypaść lepiej albo zatajając wstydliwe kwestie. Nie stwierdzam tutaj żadnej z opisanych pokrótce zasad zachowania się osób chorych nerwowo, zwłaszcza szczególnie na cyklofrenię w fazie maniakalnej, kiedy chory nie dość, że jest towarzyski, to jest nadkontaktowy – potrafi być maksymalnie wylewnym, jak po spożyciu alkoholu, nieraz to doprowadza do poważnych skutków społecznych, a nawet – złamania prawa.
Chorzy z manią mówią wszystko, jak leci, nic nie potrafią zachować dla siebie. Ten obraz zupełnie nie pasuje do osoby Siostry Faustyny – zawsze zachowywała sekrety, a swoje wewnętrzne przeżycia traktowała jako prywatne doświadczenia, o których mogli wiedzieć jedynie spowiednicy, kierownicy duchowi czy przełożeni. To bardzo istotny szczegół – pomijając już inne obecne w fazie hipomaniakalnej cechy, jak brak pokory, szukanie siebie i swej sławy, próżność świata – poczucie bycia centrum wszechrzeczy. Faustyna w ogóle nie spełnia ani jednego kryterium psychiatrycznego, jeśli podejdziemy do sprawy poważnie, obiektywnie i bez zakładania albo wykluczania czegokolwiek z góry. Liczy się prawda i nie ma co się tego bać. Jestem pewien, że ostateczna prawda o życiu i dziele Świętej Faustyny będzie radosna.
Również hipoteza jednego z publicystów katolickich, niedawno opublikowana w “Tygodniku Powszechnym, głosząca, że “Faustyna spotykała się tak naprawdę z własnym wewnętrznym, sobowtórowym alter-ego” – z którą polemizowała już najwybitniejsza jak dotąd autorka biografii Świętej Faustyny, Ewa Czaczkowska – w świetle tego, co ustaliłem, nie wytrzymuje elementarnej krytyki merytorycznej. Owszem, słynne “róże czerwone w garnku zamiast ziemniaków” i to w zimie, mogły być wyobraźnią, co przed komisją teologiczną zeznała pewnie pod przysięgą siostra zakonna, która wtedy razem z Faustyną gotowała te ziemniaki. Garnek był zapewne zbyt duży i zbyt ciężki dla schorowanej już wtedy Świętej. Również inne wizje – zresztą spowiednicy Faustyny nakazali jej podkreślić w tekście wszystko to, co na pewno jest wyobraźnią – mogły wynikać z tak zwanej “mistyki naturalnej”. Okazało się, że na wyraźne żądanie kierowników duchowych bardzo wiele opisów różnych wewnętrznych wizji wykreśliła. I podkreśliła tylko te, co do których nie miała ani cienia wątpliwości, że nie są jej fantazją.
Nie ma tu de facto więc sprzeczności – pewne wizje mogły być wyobrażone, niemniej wizja płocka, którą się tu zajmujemy – niemal na pewno jest autentyczna. Zresztą sama autorka przyznała, że “widzeń zewnętrznych mam niewiele”, zewnętrznych, czyli takich, których źródło nie znajduje się w osobie widzącej, lecz pochodzi z duchowej, obiektywnej Rzeczywistości. To wszystko trzeba umieć odróżniać, na przykład zgodnie z maksymą św. Tomasza z Akwinu, który uczył, aby “często rozróżniać” (to nie znaczy z kolei – dzielić włos na czworo).
***
Na dobitkę, nie jest możliwe napisanie takiego arcydzieła, jakim jest “Dzienniczek. Miłosierdzie Boże w duszy mojej” bez podłączenia, że tak powiem, do wyższych źródeł łaski i inspiracji. To nie znaczy, że tekst “Dzienniczka” został podyktowany, podobnie jak dawniej rozumiano stworzenie Pisma Świętego i do dziś wielu ludzi o dobrych intencjach szczerze wierzy, że autorzy po prostu “słyszeli” (albo widzieli) gotowy tekst, od razu na “czysto”, którego nie trzeba poprawiać, redagować ani przepisywać. To osobny temat – inspiracja autorów natchnionych.
Moim zdaniem, Jezus polecił napisanie “Dzienniczka” Faustynie z kilku powodów:
a/ nikt nie czytał wtedy z katolików świeckich Biblii (w średniowieczu było to nawet zakazane), mimo, że istniały już wtedy przekłady na języki narodowe (słynny, ale zbyt poetycki przekład ks. J. Wujka z epoki kontrreformacji, Biblia gdańska i rzecz jasna wielkie dzieło na 1000-lecie chrztu Polski, czyli “Biblia Tysiąclecia” wydana w latach 60., nad którą pracował autobus biblistów, tłumaczy z języków oryginalnych i teologów. To będzie omówione osobno, bo jest niezmiernie interesujące;
b/ nikt z ludzi nie pamiętał, że istnieje Święto Miłosierdzia, co stwierdził sam Jezus;
c/ ludzie nie mieli żadnego teologicznego przygotowania do lektury tak poważnej literatury natchnionej, jaką stanowi Stary i Nowy Testament.
W każdym razie “Dzienniczek” nie został ani sfałszowany (jak sądzą krytycy całego Dzieła Miłosierdzia), ani dosłownie podyktowany – “zrób, co w Twej mocy, a ja uzupełnię resztę”. Jezus mówi wyraźnie, że jest jednak więc coś w mocy każdego z nas, każdego człowieka “bonae voluntatis” na świecie. “Beze Mnie nic uczynić nie możecie” znaczy więc, że cokolwiek choćbyśmy zaczęli, to nie dokończymy bez łaski z nieba. To nie znaczy, że mamy nic nie robić, siedzieć i czekać, aż “Jezus Tym się zajmie”. Niestety, modna obecnie modlitwa-akt strzelisty, czyli “Jezu, Ty się tym zajmij”, choć sama w sobie prawdziwa, bo przecież nie wszystko jest w naszej mocy, dla wielu ludzi służyć może jako usprawiedliwienie bierności. Nie mnie to jednak oceniać.
***
Mowę (i coraz częściej w dobie masowego dostępu do edytorów tekstu – także pismo) chorych psychicznie określa się w tradycyjnej psychiatrii mianem “schizofazji” (dosł. “sałata słowna”; łac. schizophasia); jest to bardzo poważny objaw psychopatologiczny, świadczący o znacznym rozkojarzeniu myślenia chorych szczególnie na schizofrenię, ale obecny także w innych zaburzeniach psychicznych. Mowa osób w stanie cyklofrenii w fazie hipomaniakalnej (a tym bardziej – w ostrym epizodzie manii) nie jest zmieniona jakościowo (treściowo, znaczeniowo, sens jest zachowany, a chory nie traci kontaktu z rzeczywistością), ale ilościowo – chory dużo mówi, choć często przeskakuje z tematu na temat, nie potrafi utrzymać wątku (“poślizg poznawczy”), bo skojarzenia idą w różne strony – ciężko wtedy utrzymać temat w rozmowie czy temat w formie pisemnej.
W schizofazji słowa wypowiadane przez pacjenta nie układają się w logiczny ciąg i są chaotycznie przemieszane. Termin „schizofazja” wprowadził do medycyny Emil Kraepelin, autor określenia “dementia praecox”, czyli “otępienie wczesne”, którego nazwę Eugene Bleurer zmienił w 1911 roku na “Gruppe der Schizophrenien”, dosłownie – “zespół schizofrenii” (w liczbie mnogiej, bo nie ma jednej, wzorcowej schizofrenii).
Podsumowując, należy stwierdzić, język, jaki został użyty do spisania “Dzienniczka” nie spełnia ani jednego z podanych wyżej kryteriów “rozszczepienia mowy”. Jest to język nie tylko naturalnie harmonijny, ale wręcz zdumiewający wartościami estetycznymi “naddanymi”, zwłaszcza u osoby, która ukończyła zaledwie kilka klas szkoły powszechnej (co było częste u dzieci wiejskich, które musiały wrócić do domu i pomagać w prowadzeniu gospodarstwa). Zaburzoną chronologię można tłumaczyć tym, że pierwotna wersja tekstu została zniszczona, urwane zdania – faktem, że święta musiała pisać w tajemnicy i przerywała pisanie, gdy ktoś wchodził do jej celi. Skarżyła się, że nie “mam nawet dobrego pióra” i że robią się kleksy – prawdziwa zmora jeszcze uczniów lat 80., zanim nie zezwolono w szkole na używanie długopisów.
***
Czym są w istocie halucynacje wzrokowe? Halucynacje wzrokowe są to fałszywe doznania związane z narządem wzroku, które polegają na widzeniu przedmiotów, ludzi, zwierząt lub innych kształtów, które nie istnieją w rzeczywistości. Halucynacje wzrokowe mogą być proste (np. widzenie błysków, cieni) lub złożone (np. widzenie sylwetek ludzi, zwierząt) i mogą towarzyszyć im halucynacje innych zmysłów (np. słuchowe, węchowe). Halucynacje wzrokowe i wizje mistyczne to nie jest to samo, choć mogą być czasem trudne do odróżnienia. Halucynacje wzrokowe powstają bez zadziałania jakiegoś bodźca sprawczego i są odbierane jako realne przez osobę je doświadczającą.
Wizje mistyczne to doznania związane z religią lub duchowością, które mają charakter nadprzyrodzony lub transcendentny i są odbierane jako prawdziwe przez osobę je doświadczającą. Halucynacje wzrokowe mogą być objawem różnych stanów chorobowych lub zaburzeń psychicznych, takich jak schizofrenia, depresja psychotyczna, padaczka, nowotwory mózgu czy niewydolność wątroby. Mogą być też wywołane przez zażywanie substancji psychoaktywnych (np. LSD, meskalina), odstawienie alkoholu lub narkotyków, wysoką gorączkę lub niedostateczną ilość snu.
Wizje mistyczne mogą być związane z głębokim doświadczeniem religijnym lub duchowym, takim jak modlitwa, medytacja, kontemplacja czy ekstaza. Aby odróżnić halucynacje wzrokowe od wizji mistycznych, należy zwrócić uwagę na kilka czynników, takich jak:
- halucynacje wzrokowe mogą mieć dowolną treść, często niezwiązaną z religią lub duchowością, a wizje mistyczne mają zazwyczaj treść religijną lub duchową, związaną z Bogiem, aniołami, świętymi czy demonami.
- halucynacje wzrokowe mogą pojawić się w dowolnym momencie dnia lub nocy, bez żadnego powodu lub bodźca wyzwalającego, a wizje mistyczne często pojawiają się w określonym kontekście religijnym lub duchowym, np. podczas modlitwy, medytacji czy pielgrzymki.
- wizje mistyczne mogą być odbierane jako symboliczne lub metaforyczne i mogą być poddawane ocenie lub interpretacji przez osobę je doświadczającą lub autorytety religijne.
Można mieć zarówno halucynacje, jak i wizje mistyczne. Niektóre osoby mogą doświadczać halucynacji związanych z zaburzeniami psychicznymi lub innymi przyczynami, a jednocześnie mieć wizje mistyczne związane z ich religią lub duchowością. Niektóre osoby mogą też mylić halucynacje z wizjami mistycznymi lub odwrotnie.
Wizje mistyczne to doznania związane z religią lub duchowością, które mają charakter nadprzyrodzony lub transcendentny i są odbierane jako prawdziwe przez osobę je doświadczającą. Wizje mistyczne są prawdziwe dla osób, które je doświadczają i wierzą w ich znaczenie i pochodzenie. Wizje mistyczne mogą być też uznane za prawdziwe przez innych ludzi, którzy podzielają tę samą religię lub duchowość. Jednak wizji mistycznej nie można zmierzyć, udowodnić lub zweryfikować za pomocą metod empirycznych.
Jest to kwestia osobistej relacji z Bogiem, odwaga “rzucenia się na głębię”, bez oglądania się na zachowanie innych (w Łodzi w katedrze Faustyna pisze, jak po opuszczeniu zabawy tanecznej, “padła krzyżem na środku, nie zwracając na nikogo uwagi”), a stało się to po opuszczeniu balu z zachowaniem dyskrecji (“pozorując ból głowy”), gdzie doznała pierwszego spotkania z ubiczowanym Jezusem – “i znikło sprzed moich oczu towarzystwo, umilkła wdzięczna muzyka, pozostał tylko Jezus i ja”.
Również “halucynacje” nie trzymają w rękach fizycznych brulionów Dzienniczka, ani nie spowodują, że z obrazu umęczonej twarzy Jezusa na firance w celi klasztornej, będą kapać rzeczywiste łzy. Wszystko, co opisałem, w ogóle nie pasuje do obrazu chorych nerwowo i psychicznie, szczególnie do schizofrenii, depresji psychotycznej czy zaburzeń dwubiegunowych. Jeśli doświadczała rzeczywiście jakichś “objawów” (“przez całą Mszę walczyłam z myślami bluźnierczymi”, itd.), jak to skrótowo, więc krzywdząco oznaczają lekarze, to było to oczyszczenie przez “noc ciemną” ducha i zmysłów, którą w XVI wieku opisał św. Jan od Krzyża, wyraźnie zaznaczając, że nie jest to tylko “acedia” (duchowa depresja mnichów), ani melancholia – w sensie dzisiejszej “depresji.” Nie znaczy, to, że święci czy mistycy nie mogą zachorować. Znaczy to tylko, że Faustyna mówiła i napisała prawdę o tym, co się zdarzyło w Płocku 22 lutego 1931 roku, podczas balu czy wielokrotnie, gdy potem w konteście życia zakonnego (i nigdzie poza tym) ukazywał się jej Jezus.
Jeszcze jednym argumentem jest to, że sama Faustyna miała wątpliwości (“Jezu, czy nie jesteś widmem jakimś?”), co przypomina pewien rodzaj stanu ducha, jaki mieli apostołowie po przyjściu Jezusa do wieczernika – niewiarę z radości: “A gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli”. Jest taki stan, gdy ewidentnie dzieje się coś tak pięknego, że w pierwszej chwili nie wierzymy jakby z radości (“no nie wierzę, to niemożliwe, zbyt piękne…”), aby nie doznać rozczarowania, którego pełen jest świat. Jestem pewien, że prawdziwe są słowa Pana, który powiedział, że “błogosławiony ten, kto we Mnie nie zwątpi”. Błogosławiony znaczy tyle, co szczęśliwy…
***
Sprawdziłem też kontekst historyczny na dzień Objawienia w Płocku. Otóż według źródeł w dniu, kiedy “wieczorem Faustyna była w celi”, czyli 22 lutego 1931 w krakowskim Domu Katolickim odbywał się wiec protestacyjny przeciw szerzącej się już wtedy i stale nasilającej w prasie, w literaturze i w teatrze pornografii. W wiecu tym uczestniczyli m.in. bp Adam Stefan Sapieha i Karol Rostworowski. Na demonstracji w Krakowie mocno protestowano przeciw rozpoczynającej się, a potem rozlanej na całą Polskę fali erotyki, a niebawem – twardej, ohydnej pornografii, którą promowano potem w latach 60 w czasie “rewolucji obyczajowej” na całym świecie, jednak szczególnie w “cywilizowanym” świecie Zachodu i całej strefy euroatlantyckiej. Jak wiadomo, Faustyna szczególnie mocno podkreślała niszczące człowieka “grzechy zmysłowe”, z tym, że można to odczytywać różnie – z jednej strony luzowanie obyczajów miało realnie w świecie miejsce, z drugiej – ówczesny Kościół nieco czasami zbytnio koncentrował się na “tych grzechach”.
Niewiele osób spośród krytyków pontyfikatu papieża Benedykta XVI wie, że jako jeszcze młody kapłan i uczestnik obrad Soboru Watykańskiego II należał do frakcji liberalnej, któa chciała bardzo daleko idących reform, dostosowania się do świata nowoczesnego, który w naukach humanistycznych określa się jako “późny modernizm”. Kardynał Ratzinger był nawet za znacznym “poluzowaniem” rzeczywiście wtedy zbyt surowej etyki w zakresie życia rodzinnego i małżeńskiego z dopuszczeniem do “miękkiej” przeciwkoncepcji włącznie. Gdy jednak na własne oczy zobaczył, co się dzieje w ramach rzekomo postępowej “rewolucji seksualnej” drugiej połowy lat 60., zaczął rewidować swoje nastawienie i nabył sporo krytycyzmu wobec forsowanych przez zwłaszcza skrajną frakcję liberalno-lewicową zmian. Nazywanie Benedykta XVI z tego powodu, że zaczął krytycznie oceniać współczesność mianem “pancernego kardynała” jest tyleż krzywdzące, co głupie. Nikt nie pamięta, dlaczego przyszły papież zmienił spojrzenie na świat – po prostu był przerażony tym, co wyprawiano w latach 60.
Grzech ma nie tylko zmysłowy charakter, mówimy wszak “myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem”. Moim zdaniem, dziś nawet gorsze jest nie to, co źle zrobiliśmy, ile to, czego dobrego nie uczyniliśmy. Można więc podzielić grzechy na “dodatnie” (coś, czego nie powinno być) i grzechy “ujemne” – nie zrobienie czegoś, co należy do naszych obowiązków, a nawet – zmarnowanie okazji do czynienia dobra, które co prawda nie jest naszym obowiązkiem (np. wynikłym z umowy o pracę, dawniej też się mówiło o obowiązkach “stanu”), ale zaniedbanie go może komuś zaszkodzić. Nieudzielenie pomocy znajduje się nawet w prawie karnym i jest karalne. Tym bardziej obowiązuje to w sumieniu wszystkich chrześcijan, szczególnie katolików, skoro twierdzimy, że to w Kościele powszechnym jest przechowywana Prawda, sakramenty i że “poza Kościołem nie ma zbawienia”.
To dar, ale i szczególne zobowiązanie – bo jeśli faktycznie mamy skarb, to jeśli go zaniedbamy, będziemy surowiej sądzeni niż inni chrześcijanie, a tym bardziej wyznawcy innych religii, a nawet ludzie niewierzący, lecz jednak pełni dobrej woli i przestrzegający prawa stanowionego przez ludzi.
/rafał sulikowski/
Borówiec, 20-27 kwietnia 2023 r.
***

rafał sulikowski
Rafał Sulikowski

