To nie była halucynacja. Objawienie obrazu Miłosierdzia Bożego w Płocku. 

Wstęp

      Życie i dzieła Siostry Faustyny od początków natrafiały na różne trudności różnej natury. Przewidziała problemy teologiczne, wspólnotowe, społeczne, ale też zapewnienie – podobnie jak dzieci w Fatimie – że ostatecznie “wszystko będzie dobrze”, jak powiedziała święta Julianna z Norwich, żyjąca w wiekach średnich (XIV w.). “Na końcu moje Niepokalane Serce zatryumfuje” – powiedziała Maryja dzieciom. Jeślibym to powiedział ja, nie miałoby to znaczenia, byłoby wyrazem moich pragnień, a nawet – szukania próżnej sławy. Ale jeśli słowa te, doskonale zbadane przez różne komisje teologiczno-psychologiczne, wypowiada Najświętsza ze wszystkich ludzi w historii świata – to nie można ich po prostu ignorować ani zmieniać ich znaczenie. 

      To nie znaczy, że wszystko “samo się stanie”, nie oznacza żadnego “automatyzmu zbawczego”. Podobnie, wszelkie katastroficzne przepowiednie, z których część nie ma wartości, jeśli są prawdziwe i pochodzą od Boga, zawsze są w trybie warunkowym – “jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie”. To znaczy, że mówiąc te słowa w Ewangelii, Jezus jednocześnie mówi, że “jeśli się nawrócicie, nie zginiecie”. Jezus nie obiecuje łatwego miłosierdzia – wiemy, ile ono kosztowało samą Faustynę, ale także jej spowiedników i kierowników duchowych, a także osoby z nią żyjące w różnych domach zakonnych. Miłosierdzie nie jest łatwe, choć zarazem Jezus obiecuje, że “nikogo nie wyłączyłem”. Jeśli nikogo, to nikogo. Koniec, kropka. 

     Słowa Boga są absolutne, a “mowa Boża wyraźna jest”. Święta miała momenty zwątpienia (“Jezu, czy ty nie jesteś widmem jakimś?”), ale i chwile jasnej pewności – jak każdy człowiek dobrej woli, bo nikt z nas nie wie wszystkiego. “Tylko On wie wszystko!” – wołał Jan Paweł II w 1979 roku podczas pielgrzymki w Krakowie na Błoniach, gdzie apelował: “Otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi! Nie lękajcie się! Otwórzcie drzwi wszelkich systemów społecznych, politycznych, ekonomicznych, prawnych! Nie lękajcie się…” – każdy, kto tam był, pamięta tę żarliwość przyszłego świętego, gdy głosił ewangelię “wszelkiemu stworzeniu”. Nawet najgorszym z najgorszych, jak lekarz, który najpierw musi ratować najbardziej chorych i których życie – w tym przypadku życie wieczne – wisi na włosku. 

***

       W tym szkicu raz jeszcze, nieco szerzej przyjrzę się słynnemu zapisowi objawienia w Płocku wizerunku Jezusa Miłosiernego, na podstawie którego powstał oryginalny obraz – który Faustynie się nie spodobał od strony estetycznej – a następnie przynajmniej dwa kolejne, które są znane na całym świecie. Rzeczywiście, oryginalny obraz, który według niektórych ludzi dobrej woli jest “tym prawdziwym”, estetycznie niestety jest słabszy od późniejszych, których Święta Faustyna już nie mogła zobaczyć. Sądzę, że gdyby ujrzała późniejsze wersje obrazu, nie doświadczyłaby takiego rozdźwięku między Oryginałem a obrazem malowanym ludzką ręką (“Któż wymaluje Cię tak pięknym, jaki Jesteś?”).

        Przytoczmy tedy krótki, jakby dla Faustyny zupełnie “naturalny” (jak zapis ze zwykłego spotkania w parku w pamiętniku osoby świeckiej) opis objawienia Obrazu, który obecnie znajduje się chyba we wszystkich sanktuariach, świątyniach, kościołach i kaplicach na świecie. 

Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady. W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. – Po chwili powiedział mi Jezus: „Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie.” (Dz. 47).

***

        Opis urojonego objawienia w Płocku różniłby się znacznie od tego, który znajduje się w “Dzienniczku”, gdyby prawdziwa była teza Jerzego Starnawskiego, psychiatry z KUL, który postawił Siostrze Faustynie diagnozę ciężkiej choroby nerwowej, jaką jest choroba afektywna dwubiegunowa, dawniej nazywana “psychozą maniakalno-depresyjną” (albo krócej: “cyklofrenią”). To samo zresztą niedawno stwierdziła lekarka-psychiatra, która specjalizuje się w tematyce właśnie cyklofrenii. Chorzy na tę chorobę są dość podobni do siebie i zachowują się zupełnie inaczej niż wynika z relacji świadków w procesie informacyjnym. Gdyby Faustyna miała nie autentyczną wizję, tylko maniakalne omamy, to nie użyłaby w opisie słowa “rysunek” – “wymaluj obraz według rysunku, który widzisz” – tylko na przykład napisałaby, że “mam namalować obraz, bo miałam wizję”. Co więcej, gdyby jakakolwiek chora nerwowo (mniejsza na jaką chorobę) zakonnica w klasztorze doświadczyłaby urojonej bądź nawet rzeczywistej wizji, to nie potrafiłaby tego zachować w dyskrecji, co jest w Dzienniczku cechą podstawową. 

      Chorzy chętnie zwierzają się ze swych urojeń, omamów, halucynacji, tworzą różne traktaty teologiczne, niemal – obnażają się emocjonalnie przed innymi. Nie są w stanie też zachować dla siebie powierzanych im sekretów. Nie znają pojęcia “tajemnica”, “sekret”, dyskrecja, milczenie, tabu, reguła – wszystko wszystkim chętnie – jak małe dzieci – opowiadają, nieraz ubarwiając swe opowieści, dodając coś, aby wypaść lepiej albo zatajając wstydliwe kwestie. Nie stwierdzam tutaj żadnej z opisanych pokrótce zasad zachowania się osób chorych nerwowo, zwłaszcza szczególnie na cyklofrenię w fazie maniakalnej, kiedy chory nie dość, że jest towarzyski, to jest nadkontaktowy – potrafi być maksymalnie wylewnym, jak po spożyciu alkoholu, nieraz to doprowadza do poważnych skutków społecznych, a nawet – złamania prawa. 

       Chorzy z manią mówią wszystko, jak leci, nic nie potrafią zachować dla siebie. Ten obraz zupełnie nie pasuje do osoby Siostry Faustyny – zawsze zachowywała sekrety, a swoje wewnętrzne przeżycia traktowała jako prywatne doświadczenia, o których mogli wiedzieć jedynie spowiednicy, kierownicy duchowi czy przełożeni. To bardzo istotny szczegół – pomijając już inne obecne w fazie hipomaniakalnej cechy, jak brak pokory, szukanie siebie i swej sławy, próżność świata – poczucie bycia centrum wszechrzeczy. Faustyna w ogóle nie spełnia ani jednego kryterium psychiatrycznego, jeśli podejdziemy do sprawy poważnie, obiektywnie i bez zakładania albo wykluczania czegokolwiek z góry. Liczy się prawda i nie ma co się tego bać. Jestem pewien, że ostateczna prawda o życiu i dziele Świętej Faustyny będzie radosna. 

       Również hipoteza jednego z publicystów katolickich, niedawno opublikowana w “Tygodniku Powszechnym, głosząca, że “Faustyna spotykała się tak naprawdę z własnym wewnętrznym, sobowtórowym alter-ego” – z którą polemizowała już najwybitniejsza jak dotąd autorka biografii Świętej Faustyny, Ewa Czaczkowska – w świetle tego, co ustaliłem,  nie wytrzymuje elementarnej krytyki merytorycznej. Owszem, słynne “róże czerwone w garnku zamiast ziemniaków” i to w zimie, mogły być wyobraźnią, co przed komisją teologiczną zeznała pewnie pod przysięgą siostra zakonna, która wtedy razem z Faustyną gotowała te ziemniaki. Garnek był zapewne zbyt duży i zbyt ciężki dla schorowanej już wtedy Świętej. Również inne wizje – zresztą spowiednicy Faustyny nakazali jej podkreślić w tekście wszystko to, co na pewno jest wyobraźnią – mogły wynikać z tak zwanej “mistyki naturalnej”. Okazało się, że na wyraźne żądanie kierowników duchowych bardzo wiele opisów różnych wewnętrznych wizji wykreśliła. I podkreśliła tylko te, co do których nie miała ani cienia wątpliwości, że nie są jej fantazją. 

      Nie ma tu de facto więc sprzeczności – pewne wizje mogły być wyobrażone, niemniej wizja płocka, którą się tu zajmujemy – niemal na pewno jest autentyczna. Zresztą sama autorka przyznała, że “widzeń zewnętrznych mam niewiele”, zewnętrznych, czyli takich, których źródło nie znajduje się w osobie widzącej, lecz pochodzi z duchowej, obiektywnej Rzeczywistości. To wszystko trzeba umieć odróżniać, na przykład zgodnie z maksymą św. Tomasza z Akwinu, który uczył, aby “często rozróżniać” (to nie znaczy z kolei – dzielić włos na czworo). 

 

*** 

      Na dobitkę, nie jest możliwe napisanie takiego arcydzieła, jakim jest “Dzienniczek. Miłosierdzie Boże w duszy mojej” bez podłączenia, że tak powiem, do wyższych źródeł łaski i inspiracji. To nie znaczy, że tekst “Dzienniczka” został podyktowany, podobnie jak dawniej rozumiano stworzenie Pisma Świętego i do dziś wielu ludzi o dobrych intencjach szczerze wierzy, że autorzy po prostu “słyszeli” (albo widzieli) gotowy tekst, od razu na “czysto”, którego nie trzeba poprawiać, redagować ani przepisywać. To osobny temat – inspiracja autorów natchnionych. 

Moim zdaniem, Jezus polecił napisanie “Dzienniczka” Faustynie z kilku powodów: 

a/ nikt nie czytał wtedy z katolików świeckich Biblii (w średniowieczu było to nawet zakazane), mimo, że istniały już wtedy przekłady na języki narodowe (słynny, ale zbyt poetycki przekład ks. J. Wujka z epoki kontrreformacji, Biblia gdańska i rzecz jasna wielkie dzieło na 1000-lecie chrztu Polski, czyli “Biblia Tysiąclecia” wydana w latach 60., nad którą pracował autobus biblistów, tłumaczy z języków oryginalnych i teologów. To będzie omówione osobno, bo jest niezmiernie interesujące; 

b/ nikt z ludzi nie pamiętał, że istnieje Święto Miłosierdzia, co stwierdził sam Jezus;

c/ ludzie nie mieli żadnego teologicznego przygotowania do lektury tak poważnej literatury natchnionej, jaką stanowi Stary i Nowy Testament. 

      W każdym razie “Dzienniczek” nie został ani sfałszowany (jak sądzą krytycy całego Dzieła Miłosierdzia), ani dosłownie podyktowany – “zrób, co w Twej mocy, a ja uzupełnię resztę”. Jezus mówi wyraźnie, że jest jednak więc coś w mocy każdego z nas, każdego człowieka “bonae voluntatis” na świecie. “Beze Mnie nic uczynić nie możecie” znaczy więc, że cokolwiek choćbyśmy zaczęli, to nie dokończymy bez łaski z nieba. To nie znaczy, że mamy nic nie robić, siedzieć i czekać, aż “Jezus Tym się zajmie”. Niestety, modna obecnie modlitwa-akt strzelisty, czyli “Jezu, Ty się tym zajmij”, choć sama w sobie prawdziwa, bo przecież nie wszystko jest w naszej mocy, dla wielu ludzi służyć może jako usprawiedliwienie bierności. Nie mnie to jednak oceniać. 

***

      Mowę (i coraz częściej w dobie masowego dostępu do edytorów tekstu – także pismo) chorych psychicznie określa się w tradycyjnej psychiatrii mianem “schizofazji” (dosł. “sałata słowna”; łac. schizophasia); jest to bardzo poważny objaw psychopatologiczny, świadczący o znacznym rozkojarzeniu myślenia chorych szczególnie na schizofrenię, ale obecny także w innych zaburzeniach psychicznych. Mowa osób w stanie cyklofrenii w fazie hipomaniakalnej (a tym bardziej – w ostrym epizodzie manii) nie jest zmieniona jakościowo (treściowo, znaczeniowo, sens jest zachowany, a chory nie traci kontaktu z rzeczywistością), ale ilościowo – chory dużo mówi, choć często przeskakuje z tematu na temat, nie potrafi utrzymać wątku (“poślizg poznawczy”), bo skojarzenia idą w różne strony – ciężko wtedy utrzymać temat w rozmowie czy temat w formie pisemnej. 

      W schizofazji słowa wypowiadane przez pacjenta nie układają się w logiczny ciąg i są chaotycznie przemieszane. Termin „schizofazja” wprowadził do medycyny Emil Kraepelin, autor określenia “dementia praecox”, czyli “otępienie wczesne”, którego nazwę Eugene Bleurer zmienił w 1911 roku na “Gruppe der Schizophrenien”, dosłownie – “zespół schizofrenii” (w liczbie mnogiej, bo nie ma jednej, wzorcowej schizofrenii). 

      Podsumowując, należy stwierdzić, język, jaki został użyty do spisania “Dzienniczka” nie spełnia ani jednego z podanych wyżej kryteriów “rozszczepienia mowy”. Jest to język nie tylko naturalnie harmonijny, ale wręcz zdumiewający wartościami estetycznymi “naddanymi”, zwłaszcza u osoby, która ukończyła zaledwie kilka klas szkoły powszechnej (co było częste u dzieci wiejskich, które musiały wrócić do domu i pomagać w prowadzeniu gospodarstwa). Zaburzoną chronologię można tłumaczyć tym, że pierwotna wersja tekstu została zniszczona, urwane zdania – faktem, że święta musiała pisać w tajemnicy i przerywała pisanie, gdy ktoś wchodził do jej celi. Skarżyła się, że nie “mam nawet dobrego pióra” i że robią się kleksy – prawdziwa zmora jeszcze uczniów lat 80., zanim nie zezwolono w szkole na używanie długopisów. 

***

      Czym są w istocie halucynacje wzrokowe? Halucynacje wzrokowe są to fałszywe doznania związane z narządem wzroku, które polegają na widzeniu przedmiotów, ludzi, zwierząt lub innych kształtów, które nie istnieją w rzeczywistości. Halucynacje wzrokowe mogą być proste (np. widzenie błysków, cieni) lub złożone (np. widzenie sylwetek ludzi, zwierząt) i mogą towarzyszyć im halucynacje innych zmysłów (np. słuchowe, węchowe). Halucynacje wzrokowe i wizje mistyczne to nie jest to samo, choć mogą być czasem  trudne do odróżnienia. Halucynacje wzrokowe powstają bez zadziałania jakiegoś bodźca sprawczego i są odbierane jako realne przez osobę je doświadczającą. 

      Wizje mistyczne to doznania związane z religią lub duchowością, które mają charakter nadprzyrodzony lub transcendentny i są odbierane jako prawdziwe przez osobę je doświadczającą. Halucynacje wzrokowe mogą być objawem różnych stanów chorobowych lub zaburzeń psychicznych, takich jak schizofrenia, depresja psychotyczna, padaczka, nowotwory mózgu czy niewydolność wątroby. Mogą być też wywołane przez zażywanie substancji psychoaktywnych (np. LSD, meskalina), odstawienie alkoholu lub narkotyków, wysoką gorączkę lub niedostateczną ilość snu. 

     Wizje mistyczne mogą być związane z głębokim doświadczeniem religijnym lub duchowym, takim jak modlitwa, medytacja, kontemplacja czy ekstaza. Aby odróżnić halucynacje wzrokowe od wizji mistycznych, należy zwrócić uwagę na kilka czynników, takich jak:

  • halucynacje wzrokowe mogą mieć dowolną treść, często niezwiązaną z religią lub duchowością, a wizje mistyczne mają zazwyczaj treść religijną lub duchową, związaną z Bogiem, aniołami, świętymi czy demonami.
  • halucynacje wzrokowe mogą pojawić się w dowolnym momencie dnia lub nocy, bez żadnego powodu lub bodźca wyzwalającego, a wizje mistyczne często pojawiają się w określonym kontekście religijnym lub duchowym, np. podczas modlitwy, medytacji czy pielgrzymki.
  • wizje mistyczne mogą być odbierane jako symboliczne lub metaforyczne i mogą być poddawane ocenie lub interpretacji przez osobę je doświadczającą lub autorytety religijne.

 

Można mieć zarówno halucynacje, jak i wizje mistyczne. Niektóre osoby mogą doświadczać halucynacji związanych z zaburzeniami psychicznymi lub innymi przyczynami, a jednocześnie mieć wizje mistyczne związane z ich religią lub duchowością. Niektóre osoby mogą też mylić halucynacje z wizjami mistycznymi lub odwrotnie. 

       Wizje mistyczne to doznania związane z religią lub duchowością, które mają charakter nadprzyrodzony lub transcendentny i są odbierane jako prawdziwe przez osobę je doświadczającą. Wizje mistyczne są prawdziwe dla osób, które je doświadczają i wierzą w ich znaczenie i pochodzenie. Wizje mistyczne mogą być też uznane za prawdziwe przez innych ludzi, którzy podzielają tę samą religię lub duchowość. Jednak wizji mistycznej nie można zmierzyć, udowodnić lub zweryfikować za pomocą metod empirycznych. 

      Jest to kwestia osobistej relacji z Bogiem, odwaga “rzucenia się na głębię”, bez oglądania się na zachowanie innych (w Łodzi w katedrze Faustyna pisze, jak po opuszczeniu zabawy tanecznej, “padła krzyżem na środku, nie zwracając na nikogo uwagi”), a stało się to po opuszczeniu balu z zachowaniem dyskrecji (“pozorując ból głowy”), gdzie doznała pierwszego spotkania z ubiczowanym Jezusem – “i znikło sprzed moich oczu towarzystwo, umilkła wdzięczna muzyka, pozostał tylko Jezus i ja”. 

      Również “halucynacje” nie trzymają w rękach fizycznych brulionów Dzienniczka, ani nie spowodują, że z obrazu umęczonej twarzy Jezusa na firance w celi klasztornej, będą kapać rzeczywiste łzy. Wszystko, co opisałem, w ogóle nie pasuje do obrazu chorych nerwowo i psychicznie, szczególnie do schizofrenii, depresji psychotycznej czy zaburzeń dwubiegunowych. Jeśli doświadczała rzeczywiście jakichś “objawów” (“przez całą Mszę walczyłam z myślami bluźnierczymi”, itd.), jak to skrótowo, więc krzywdząco oznaczają lekarze, to było to oczyszczenie przez “noc ciemną” ducha i zmysłów, którą w XVI wieku opisał św. Jan od Krzyża, wyraźnie zaznaczając, że nie jest to tylko “acedia” (duchowa depresja mnichów), ani melancholia – w sensie dzisiejszej “depresji.” Nie znaczy, to, że święci czy mistycy nie mogą zachorować. Znaczy to tylko, że Faustyna mówiła i napisała prawdę o tym, co się zdarzyło w Płocku 22 lutego 1931 roku, podczas balu czy wielokrotnie, gdy potem w konteście życia zakonnego (i nigdzie poza tym) ukazywał się jej Jezus. 

      Jeszcze jednym argumentem jest to, że sama Faustyna miała wątpliwości (“Jezu, czy nie jesteś widmem jakimś?”), co przypomina pewien rodzaj stanu ducha, jaki mieli apostołowie po przyjściu Jezusa do wieczernika – niewiarę z radości: “A gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli”. Jest taki stan, gdy ewidentnie dzieje się coś tak pięknego, że w pierwszej chwili nie wierzymy jakby z radości (“no nie wierzę, to niemożliwe, zbyt piękne…”), aby nie doznać rozczarowania, którego pełen jest świat. Jestem pewien, że prawdziwe są słowa Pana, który powiedział, że “błogosławiony ten, kto we Mnie nie zwątpi”. Błogosławiony znaczy tyle, co szczęśliwy…

***

       Sprawdziłem też kontekst historyczny na dzień Objawienia w Płocku. Otóż według źródeł w dniu, kiedy “wieczorem Faustyna była w celi”, czyli 22 lutego 1931 w krakowskim Domu Katolickim odbywał się wiec protestacyjny przeciw szerzącej się już wtedy i stale nasilającej w prasie, w literaturze i w teatrze pornografii. W wiecu tym uczestniczyli m.in. bp Adam Stefan Sapieha i Karol Rostworowski. Na demonstracji w Krakowie mocno protestowano przeciw rozpoczynającej się, a potem rozlanej na całą Polskę fali erotyki, a niebawem – twardej, ohydnej pornografii, którą promowano potem w latach 60 w czasie “rewolucji obyczajowej” na całym świecie, jednak szczególnie w “cywilizowanym” świecie Zachodu i całej strefy euroatlantyckiej. Jak wiadomo, Faustyna szczególnie mocno podkreślała niszczące człowieka “grzechy zmysłowe”, z tym, że można to odczytywać różnie – z jednej strony luzowanie obyczajów miało realnie w świecie miejsce, z drugiej – ówczesny Kościół nieco czasami zbytnio koncentrował się na “tych grzechach”. 

       Niewiele osób spośród krytyków pontyfikatu papieża Benedykta XVI wie, że jako jeszcze młody kapłan i uczestnik obrad Soboru Watykańskiego II należał do frakcji liberalnej, któa chciała bardzo daleko idących reform, dostosowania się do świata nowoczesnego, który w naukach humanistycznych określa się jako “późny modernizm”. Kardynał Ratzinger był nawet za znacznym “poluzowaniem” rzeczywiście wtedy zbyt surowej etyki w zakresie życia rodzinnego i małżeńskiego z dopuszczeniem do “miękkiej” przeciwkoncepcji włącznie. Gdy jednak na własne oczy zobaczył, co się dzieje w ramach rzekomo postępowej “rewolucji seksualnej” drugiej połowy lat 60., zaczął rewidować swoje nastawienie i nabył sporo krytycyzmu wobec forsowanych przez zwłaszcza skrajną frakcję liberalno-lewicową zmian. Nazywanie Benedykta XVI z tego powodu, że zaczął krytycznie oceniać współczesność mianem “pancernego kardynała” jest tyleż krzywdzące, co głupie. Nikt nie pamięta, dlaczego przyszły papież zmienił spojrzenie na świat – po prostu był przerażony tym, co wyprawiano w latach 60. 

       Grzech ma nie tylko zmysłowy charakter, mówimy wszak “myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem”. Moim zdaniem, dziś nawet gorsze jest nie to, co źle zrobiliśmy, ile to, czego dobrego nie uczyniliśmy. Można więc podzielić grzechy na “dodatnie” (coś, czego nie powinno być) i grzechy “ujemne” – nie zrobienie czegoś, co należy do naszych obowiązków, a nawet – zmarnowanie okazji do czynienia dobra, które co prawda nie jest naszym obowiązkiem (np. wynikłym z umowy o pracę, dawniej też się mówiło o obowiązkach “stanu”), ale zaniedbanie go może komuś zaszkodzić. Nieudzielenie pomocy znajduje się nawet w prawie karnym i jest karalne. Tym bardziej obowiązuje to w sumieniu wszystkich chrześcijan, szczególnie katolików, skoro twierdzimy, że to w Kościele powszechnym jest przechowywana Prawda, sakramenty i że “poza Kościołem nie ma zbawienia”.

      To dar, ale i szczególne zobowiązanie – bo jeśli faktycznie mamy skarb, to jeśli go zaniedbamy, będziemy surowiej sądzeni niż inni chrześcijanie, a tym bardziej wyznawcy innych religii, a nawet ludzie niewierzący, lecz jednak pełni dobrej woli i przestrzegający prawa stanowionego przez ludzi. 

/rafał sulikowski/

Borówiec, 20-27 kwietnia 2023 r.

***

 

Zaszufladkowano do kategorii Życie i dzieło Siostry Faustyny | Dodaj komentarz

AI-tropocen: witamy w nowym świecie. 

       W dziejach świata można wyróżnić kilka eonów, czyli er w historii życia na Ziemi. Pierwszym byłby “geocen”, kiedy ukształtował się jeden super-ląd (nazywany “pan-geą”); kolejne – “florocen”, potem “faunocen” i zaraz po nim pra-antropocen. Ten ostatni termin wymaga wyjaśnień – dziś mówi się, że żyjemy w “antropocenie”, jednak rozumianym jako “dominacja gatunku ludzkiego i skupienie na świecie tu i teraz, potrzebach i pragnieniach ludzkich”. 

     “Pre-antropocen” to po prostu pierwsze plemiona homo sapiens sapiens – które wcale nie były paradoksalnie skoncentrowane na pragnieniach, lecz po prostu walczyły o przetrwanie w groźnej dla nich przyrodzie. W tym sensie dalej nastąpił “tanatocen” – gdy ludzie uświadomili sobie własną śmiertelność i od celowych pochówków zaczęły się kulty przodków, z których ewoluowały wszystkie wierzenia religijne, najpierw animistyczne, potem politeistyczne, wreszcie – monoteistyczne.

   Później byłyby to kolejno – “urbanocen”: powstawanie pierwszych cywilizacji miejskich oraz wielka epoka po odkryciu pisma, którą nazwać można “graphocenem”. Odkrycie to po krzesaniu ognia i wynalazku koła oraz kalendarzy zmieniło wszystko. Następnie można mówić o epoce “mitocenu”, gdy powstawały zalążki literatury powszechnej, z kolei ów przeszedł dość płynnie, ale zarazem antagonistycznie w “erę pierwszych filozofów”, czyli “filozocen”. 

   Stąd już blisko było to trwającego najdłużej po powstaniu chrześcijaństwa “teocenu”, którego kres nastąpił w jesieni średniowiecza. Od czasów zwrotu reformacyjnego, odkrywania ludzkiej natury Jezusa, a także zwrotu neoantycznego można mówić o właściwym “antropocenie” i tu daje się wyróżnić epoki “nowożytną”, nowoczesną, późny modernizm (albo “płynną nowoczesność” – Z. Baumann) i…wszelkie “post”. 

    Właśnie mamy do czynienia z “końcem końców” – albo z początkiem końca. Wchodzimy w nową erę, epokę, a może nawet – eon: nazwałem go wstępnie i roboczo z braku lepszej nazwy “ai-tropocenem”. To era “sztucznej inteligencji”, jeszcze oddzielonej od inteligencji naturalnej, lecz jak napisał w eseju “naturalne i sztuczne u Lema’ J. Jarzębski, będzie potem bardzo trudno odróżnić to, co “sztuczne” (gr. techne – sztuka, także artystyczna) od tego, co naturalne. Sztuczne można wstępnie rozumieć jako wszystko to, co potencjalnie zawarte jest w prawach fizyki, obecne tylko tedy potencjalnie, ale to człowiek ostatecznie odpowiada za jego aktualizację i materializację. Historia uczy, że wszystko to, co możliwe – a możliwe technicznie jest dziś teoretycznie niemal wszystko – ktoś gdzieś kiedyś zrealizuje, nie bacząc na efekty, skutki uboczne czy dalekie konsekwencje. To dotyczyło już czaów nanotechnologii, genetyki, biologii molekularnej – swego czasu trwała dyskusja o klonowaniu, przeszczepach mózgu i tym podobnych sprawach. 

      Teraz na świeczniku jest “AI” (po polsku “SI”), czyli artificial inteligence, o której głośno z powodu produktów firmy Microsoft, OpenAI oraz szybko goniącego ich Google. Czat ChatGBT, który potrafi odpowiedzieć – na razie jednak dość ogólnikowo – ale sprawnie stylistycznie i unikalnie na niemal wszelkie pytania (w tym – nieetyczne) – został już w niektórych krajach zakazany jako narzędzie pracy oraz w szkołach i na uczelniach.

  Oto próbka możliwości tego narzędzia. Poleciłem AI napisać dwuzwrotkową piosenkę o ekologii, ochronie przyrody z jednym refrenem i w kilkanaście sekund otrzymałem taki oto wynik: 

“Witaj, to jest Bing. Spróbuję napisać tekst piosenki o ekologii, zieleni i ochronie przyrody. Oto mój pomysł:

Zwrotka 1:

Żyjemy na planecie pięknej i bogatej

Lecz nie doceniamy jej darów i skarbów

Zanieczyszczamy powietrze, wodę i ziemię

Niszczymy lasy, zwierzęta i rośliny

Refren:

Ekologia to nie moda, to nasza odpowiedzialność

Zieleni nie ma za dużo, to nasza potrzeba i zdrowie

Ochrona przyrody to nie luksus, to nasz obowiązek i szansa

Na lepsze życie dla nas i dla przyszłych pokoleń

Zwrotka 2:

Mamy moc zmienić ten świat na lepsze

Lecz musimy działać razem i świadomie

Dbajmy o środowisko, oszczędzajmy energię

Segregujmy odpady, sadźmy drzewa i kwiaty.”

***

    Jak widać, sztuczna inteligencja nie potrafi – na szczęście – jeszcze stworzyć niczego wartościowego, a tym bardziej – arcydzielnego, w sensie pisania dobrej literatury, to samo można zresztą sprawdzić, polecając napisać AI opowiadanie czy powieść albo dramat. Niestety, to się może wkrótce zmienić i nasunąć pytania nie tylko etyczne, ale i prawne. Symbolicznym początkiem AI była chyba słynna przegrana Kasparowa, mistrza szachowego z ówczesnym superkomputerem, który jednak działał off-line (był to najlepszy wtedy z możliwych programów typu “chess-play”, dziś dostępnych za darmo on-line). 

   Niestety, AI potrafi już pisać wszelkie teksty proste, użytkowe, copywritingowe – stąd upadają po kolei wszystkie portale dla copywriterów takie, jak “good content” czy niedawno uruchomione “contentovo”. Po prostu nie ma już sensu zlecać człowiekowi napisania precla, artykułu na zaplecze, na bloga czy wpisu na portal społecznościowy i mu za to płacić, skoro SI może to zrobić za darmo w kilka minut. 

    Niestety, dotyczy to nie tylko prostych tekstów, powtarzalnych i schematycznych, lecz także bardziej skomplikowanych w formie i treści szkiców, artykułów tematycznych na głównych portalach typu interia.pl. Dotyczy to – o zgrozo – także najwyższej formy dyskursu, jaką jest pewnie esej, uważany przez niektórych literaturoznawców za czwarty rodzaj literacki. Istnieją już co prawda programy do wykrywania tekstów AI, ale wkrótce – podobnie jak w przypadku programów antywirusowych – mogą przestać odróżniać teksty analogowe od cyfrowych. 

     To samo zresztą dotyczy wszelkich generatorów fotografii, grafiki czy obrazów malarskich – AI na podstawie własnego, co prawda unikalnego opisu werbalnego użytkownika, potrafi stworzyć naprawdę olśniewające dzieła. Niedawno głośna była sprawa wygrania w konkursie sztuk wizualnych obrazu stworzonego przez AI. Twórca stwierdził jednak, że aby uzyskać taki wynik, musiał sporo się napracować, a potem na kanwie stworzonej przez AI, dopiero dopracować i doszlifować efekt końcowy w bardziej wymagających współpracy ludzkiej programach graficznych typu PhotoShop czy Adobe Illustrator. Nagrodę więc uznano za prawnie ważną. 

     Jeśli chodzi o muzykę, to tu jest dla nas najlepiej, a dla AI najgorzej – moje próby wygenerowania losowej muzyki przez popularny program melobytes.com doprowadziły do powstania zarysu całkowicie przypadkowej, chaotycznej kakofonii, gorszej nawet od najgorszego “black metalu”. Póki co więc kompozytorzy i autorzy piosenek mogą spać spokojnie; natomiast gorzej jest z grafikami, urzędnikami piszącymi stosy okólników, marketingowcami i pracownikami agencji reklamowych, a także z tłumaczami – obecna jakość tłumaczeń z dowolnego języka na dowolne narzecze nie jest już praktycznie przez przeciętnego klienta do odróżnienia od wytworu wiedzy i kompetencji translatorów analogowych. 

      Zatem w zakresie muzyki i literatury (z wyjątkiem esejów, ale tylko o niskiej i średniej jakości) jeszcze – ale jak długo? – nie będzie możliwe prześcignięcie najzdolniejszych twórców, artystów czy naukowców – badaczy. Podobnie w grafice – zawsze będą malarze używający pędzla i akwareli na płótnie, zawsze ktoś będzie pisał ręcznie, na maszynie albo najwyżej na pustym edytorze tekstu (bez sugerowania choćby następstwa słów lub dalszego ciągu), zawsze też będą kompozytorzy piszący w zeszytach z pięciolinią, co najwyżej korzystać będą z pustych programów nutowych czy narzędzi do rozpoznawania improwizowanej na jakimś instrumencie melodii. 

     Niestety, za kilka lat znajdą się zapewne ludzie, którzy nie będą mieli już żadnych oporów i hamulców moralnych, aby tworzyć dużo i szybko i na tym zarabiać spore pieniądze. Co gorsza, bez wprowadzenia ograniczeń treściowych AI może posłużyć bardzo złym celom, mówiąc wprost – celom przestępczym, wojennym, może generować fake-newsy, a nawet coraz częstsze “deep-fejki” (głębokie fejki, bardzo trudno demaskowalne), powstaną nowe, całkiem prawdopodobnie brzmiące “teorie spiskowe”, pojawią się również szantaże finansowe – na przykład można już teraz stworzyć realistyczny obraz pornograficzny (a nawet wygenerować krótkie video w tzw. “dark-necie”, to rodzaj “internetu podziemnego, służącego głównie wszelkim cyber-przestępcom), którym potem można będzie szantażować ofiary tych procederów. Symbolem możliwości w tej sferze jest jednak dość nisko szkodliwy społecznie obraz-fotografia Papieża Franciszka w białej kurtce zimowej zamiast alby.

      Wielką rolę będą więc spełniać wszelkie organy powołane do walki z nadużyciami AI, także tak zwane firmy “fact-checkingowe”, których zadaniem będzie weryfikacja wszelkiej wiedzy generowanej sztucznie. Pomijam fakt, że zaraz rozpocznie się dyskusja o prawach autorskich, tantiemach, a z drugiej strony o całych wykluczonych cyfrowo rzeszach ludzi z III i II świata, którzy nie dostosują się do możliwych światów (bo nie będzie to jeden “świat”) AI. 

       W tym sensie nie jesteśmy już w epoce kontrowersyjnego 5G, bo zarówno ona, jak i słynne automatyczne samochody Tesli czy “internet rzeczy”, to już historia. AI będzie meta-bytem, który jest wszędzie i nigdzie. Może ostatecznym celem naukowców, stylizujących się na szalonego uczonego z “Powrotu do przyszłości”, jest stworzenie czegoś, czego nie jeszcze znamy, dosłownie z niczego, np. czerpanie energii z próżni albo stworzenie nieznanej w kosmosie, jakiejś nowej sztucznej cząsteczki elementarnej. Nie wiadomo, co tak naprawdę robią zespoły fizyków w słynnym zderzaczu hadronów pod Genewą. Na pewno nie chcą zniszczyć kosmosu, ale ów zderzacz – jak jak rozszczep jądra atomu – można będzie, jak wszystko, użyć do dobrych lub niecnych celów. W tym kontekście paradoksalnie wrócą stare pytania metafizyczne i moralne – jak żyć? Co robić, a czego nie? Wzrośnie więc rola zarówno twórców, jak i bioetyków, humanistów i wszystkich, co będą w ariergardzie od tyłu ubezpieczać ten zbyt jednak szybki pęd ku nowym światom. 

***

    Jednego można być pewnym –  nawet, jeśli AI będzie potrafić już zrobić wszystko, co dotąd robiliśmy my, a na dokładkę będzie to robić na najwyższym, możliwym poziomie, to niekoniecznie jeszcze wszystko stracone. Jednego nigdy AI nie będzie mogło zrobić – rozwijać się duchowo, niezależnie od wyznania, rodzaju duchowości. Bo choćby nawet powstała wszechwiedząca (i wszechmocna) Inteligencja, nie będzie mieć tego, w co nadal jednak wierzy większa część ludzkości – nieśmiertelnej duszy (“boskiej iskry” Romantyków) oraz wolnej woli. 

     W ten sposób doszedłszy niejako do granicy, a nawet do ściany w ślepym korytarzu progresu – ludzkość niejako zatoczy koło i z jednej strony powróci – dzięki zielonym programom społecznym – do utraconej częściowo natury, z drugiej – może odkryje jakąś zapomnianą, pradawną duchowość, niczym legendarny kielich Graala przez arturiańskich rycerzy “okrągłego stołu” w celtyckiej, przepięknej Kornwalii, gdzie piszący te słowa był osobiście w 1988 roku…

rafał sulikowski

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Halucynacja czy Prawda? O objawieniu płockim Świętej Siostry Faustyny.

Wstęp

W tym tekście pragnę podać kilka bardzo poważnych, a zarazem polemicznych argumentów na rzecz hipotezy o niemal stuprocentowej pewności, że zapisane w słynnym już na całym świecie “Dzienniczku” Świętej Siostry Faustyny prywatne objawienie, które miało miejsce w Płocku w roku 1931 – jest autentyczne. Kilka słów pro domo mea jednak muszę tu zawrzeć. 

Z wciąż rosnącym kultem Bożego Miłosierdzia, którego inicjatorką z woli Bożej jest Siostra Faustyna spotkałem się trzydzieści lat temu, kiedy w dniu 18 kwietnia 1993 Papież Jan Paweł II dokonał uroczystej beatyfikacji łagiewnickiej zakonnicy. “Dzienniczek” mnie oczarował, zachwycił, wciągnął – szczególnie wtedy, doświadczając różnych trudności osobistych w swoim życiu, potrzebowałem “dowodu”, że istotnie żyjąca w I połowie XX wieku skromna, prosta zakonnica, pełniąca podrzędne, aczkolwiek ważne role w zakonie sióstr Matki Bożej Miłosierdzia – dostąpiła autentycznego spotkania z realną Osobą Jezusa Chrystusa, tego samego, który narodził się w ubóstwie, nauczał, czynił cuda, by umrzeć na krzyżu i – jak głosi niezmiennie od dwóch tysięcy lat chrześcijaństwo – “trzeciego dnia zmartwychwstać, jak oznajmia Pismo”. Potrzebowałem pewności, oparcia się na czymś trwałym w chaosie lat 90., kiedy w Polsce i na całym świecie dokonywała się transformacja ustrojowa i gospodarcza, ale także pogłębiały się różne kryzysy natury duchowej. Szukałem więc “dowodu” na istnienie i działanie Jezusa w życiu Siostry Faustyny, tym samym dowodu na Jego autentyczne zmartwychwstanie, które jako takie może być opisywane jako fakt historyczny, wreszcie więc – na istnienie Boga. Myślę, że tak głębokie kryzysy egzystencjalne przechodziło wtedy wiele osób w Polsce. 

W roku 2000 w dniu 30 kwietnia Papież Jan Paweł II dokonał kanonizacji świętej Marii Faustyny Kowalskiej, zezwalając na kult w całym Kościele powszechnym. odtąd miliony, jeśli nie wszyscy katolicy wiedzą, kim była i dla wielu jest zakonnica, której misją było przypomnienie nieco zaniedbanej wtedy prawdy o tym, że choć niełatwe i trudne, jednak Boże Miłosierdzie jest nieskończone. To tyle tytułem wstępu, choć można by ten wątek lat 90. rozwinąć i umieścić w wielu różnych kontekstach. 

***

Wizja płocka, którą chcę się wyłącznie zająć w tym tekście, miała miejsce w dniu 22 lutego 1931 roku w celi domu zakonnego w Płocku, wieczorem, o nieokreślonej godzinie. W innym miejscu Święta pisze, że “nie wiedziała, że po 21 nie wolno się w celi modlić”. Nie wiem, jak wyglądał typowy dzień w klasztorze. Sprawdziłem jednak, jakim dniem tygodnia była data 22 lutego – okazuje się, że była to niedziela i to pierwsza niedziela Wielkiego Postu. W kontekście tego pragnę przypomnieć, że Faustyna bardzo przeżywała zawsze popełniane podczas karnawału grzechy w Polsce i oczekiwała okresu pokuty. 

Można więc rzec, że objawienie płockie – którego bezpośrednim celem było ukazanie wzoru “rysunku” słynącego łaskami na całym świecie obrazu Jezusa zmartwychwstałego – nie przypadło w przypadkowy, powszedni dzień tygodnia, lecz w rozpoczynającym się nowym okresie liturgicznym oraz na dwa lata przed Jubileuszem 1933 lat od męki, śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Myślę, że ten kontekst jest nie bez znaczenia, choć nie tylko on decyduje o wartości objawienia w Płocku. 

***

Kolejnym kontekstem – który dobrze znamy – jest trwający od wielu lat spór o życie i dzieło Siostry Faustyny. Początkowo nikt zakonnicy drugiego chóru nie wierzył (wątpliwości mieli nawet spowiednicy i kierownicy duchowi, przełożeni), później Kongregacja Nauki Wiary zakazała kultu Bożego Miłosierdzia w formach podanych przez Siostrę Faustynę. Następnie – głównie dzięki staraniom ówczesnego uczestnika obrad Soboru Watykańskiego II, biskupa Karola Wojtyłę (Jana Pawła II) – zakaz uchylono specjalnym dekretem, toczył się proces informacyjny, zezwolono pod pewnymi warunkami na kult ściśle lokalny. 

***

Kolejnym problemem była opinia specjalistów-lekarzy – jak wiadomo za życia Siostra Faustyna (co pokazuje film “Faustyna” oraz wybitna biografia Ewy Czaczkowskiej) została poddana badaniom neuropsychiatrycznym i żadnych zaburzeń nerwowych nie stwierdzono. Opinię tę jednak podważono w notatce Jerzego Starnawskiego, który określił – nie czytając całości “Dzienniczka” – przeżycia zakonne świętej jako co najmniej “bujną wyobraźnię”, a w najgorszym razie – chorobę nerwową. Tym samym zanegował pośrednio główną wizję, o której tu piszemy. Stwierdził, że wizje świętej to urojenia, omamy czy halucynacje. Nic więcej. 

Nie czytając całości, nie biorąc pod uwagę kontekstów biograficznych, religijnych, filozoficznych – na kilku stronach przekreślił wartość dzieła Faustyny Kowalskiej. Nie zgadzam się, że wizja płocka jest halucynacją lub złudzeniem bujnej wyobraźni. Zgadzam się natomiast, że zakonnica mogła okresowo – także ekspiacyjnie – doświadczać pewnych problemów emocjonalnych, które jednak wynikały z bardzo wielu czynników (plotki klasztorne, stosunek współsióstr, itd.), miały jednak głównie wymiar duchowy. Dalej zamierzam podać argumenty – bo “dowodu” nie sposób przedstawić, to kwestia osobistej wiary i osobistej relacji z Bogiem każdego chrześcijanina – że w dniu 22 lutego, w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu w roku 1931 w Płocku miało miejsce zdarzenie nadorzyrodzone. 

***

Przytoczmy zatem bardzo zwięzły, krótki (co już samo w sobie daje do myślenia) opis spotkania z Jezusem zmartwychwstałym. Oto co dosłownie zapisała zakonnica po trzech latach od wizji płockiej. Opis ten zna na pamięć chyba każdy czciciel i czcicielki Bożego Miłosierdzia.  

Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady. W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. Po chwili powiedział mi Jezus: wymaluj obraz według rysunku, który widzisz z podpisem: Jezu ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie. Obiecuję, że dusza, która czcić będzie ten obraz, nie zginie. Obiecuję także, już tu na ziemi zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, a szczególnie w godzinę śmierci. Ja sam bronić ją będę jako swej chwały. (Dz 47-48).

***

Tyle. To znaczy? To znaczy, że w tym jednym akapicie, w kilkunastu zdaniach święta Faustyna Kowalska twierdzi, że “ujrzała” (użyła takiego właśnie słowa) “Pana”. Używa słów prostych, zrozumiałych, jakby dla niej oczywistych, styl nie jest barokowy, ale też nie jest ubogi znaczeniowo. Jako literaturoznawca, który zajmuje się językiem “Dzienniczka” od wielu lat mogę stwierdzić, że jest to opis bezbłędny pod względem ortograficznym, gramatycznym, sprawny, choć nie idealny stylistycznie i bardzo pojemny semantycznie. Ale po kolei. Prześledźmy cały opis słowo w słowo. 

Jak wiemy, pierwszy rękopis zakonnica spaliła. Spowiednik jako pokutę zlecił odtworzenie z pamięci już zniszczonych stronic i kontynuowanie na bieżąco pamiętnika. Stąd tok tekstu linearny nie odpowiada chronologii zdarzeń. Święta musiała odtwarzać przeszłość (istotne zdarzenia, wstąpienie do klasztoru, opis pierwszych doświadczeń i codzienności), a zarazem zapisywać nowe spostrzeżenia, co dla absolwentki zaledwie kilku klas szkoły powszechnej nie mogło być zadaniem łatwym. 

Odtwarzając zdarzenia stosuje zwykle określenia czasowe takie, jak “w pewnej chwili”, “od tej chwili” – rzadko lub wcale nie podaje dokładnych dat, szczególnie dat miesięcznych, a tym bardziej – dziennych. Tu jest inaczej – Faustyna po trzech lub więcej latach od spotkania ze Zmartwychwstałym pamięta dzienną datę objawienia. Piszę “po trzech latach”, ponieważ druga i ostateczna wersja pamiętnika duchowego zaczęła powstawać od roku 1934, więc już po Jubileuszu roku 1933. Musiało być to więc przeżycie, które bardzo zapisało się w sercu i duszy zakonnicy. 

Opis dalej podaje tylko istotne szczegóły – pora wieczorna (choć nieokreślona co do godziny, co nie ma znaczenia), miejsce – cela, święta nie pisze, w jakiej pozycji ciała się znajdowała (czy klęczała, stała, siedziała), bo nie jest to w tym momencie istotne. Jest cała skupiona na “Panu”, którego nie “zobaczyła”, czy “spostrzegła”, ale – ujrzała. Przypomina się opis ewangeliczny: “Ujrzał i uwierzył”. I słowa Jezusa do niedowierzającego Tomasza: “Uwierzyłeś, bo Mnie ujrzałeś”. To bardzo istotny detal. 

Następnie zakonnica pisze, że “wpatrywała się” w Jezusa – wpatrywać się, to intensywnie obserwować, jakby w tym celu, aby wszystko dokładnie zapamiętać, żeby potem móc przywołać w pamięci wzrokowej, opisać malarzom wygląd zewnętrzny Pana. Odbywało się to w “milczeniu” – nie od razu usłyszała słowa wypowiadane na głos przez Jezusa. “Wymaluj obraz, według rysunku, który widzisz” – oczywiście nie osobiście, lecz Bóg znając mądrość i niewątpliwą inteligencję wybranej apostołki Miłosierdzia nie musiał konkretyzować, kto ma ostatecznie fizycznie namalować pierwszy oryginał Obrazu. 

Dalej święta dowiaduje się, że obraz ma być “podpisany” – w tradycji ikonograficznej ani malarze się nie podpisywali pod dziełami religijnymi, ani też żaden obraz, przynajmniej z tych, jakie mogła w dzieciństwie widzieć w kościołach Faustyna nie był nigdy podpisany. Tu inaczej – sam obraz jakby nie wystarcza – potrzebne jest Słowo i tym jest zdanie oznajmiając w trybie wykrzyknikowym, jakby akt strzelisty – “Jezu, ufam Tobie”. 

Jezus “wznosi prawą rękę do błogosławieństwa” (więc nie w geście “królewskim” z palcem wskazującym), a “druga dotyka szaty na piersiach”. Ukryte serce nie oznacza ani braku emocji (co obecnie zarzucają wizerunkowi tradycjonaliści), ani braku miłości, ani – jak mówią psychologowie – żadnych ukrytych emocji. Spełnia to rolę realistyczną – ostatecznie nie widziałem nigdy człowieka z sercem na powierzchni ciała. Faustyna nie waha się napisać wręcz “na piersiach” – serce, jakby ukryte przed złem świata, jakby nie chcące się narzucać człowiekowi, który ma wolną wolę, jest na swoim miejscu – we wnętrzu świątyni Ducha Świętego. Szata na piersiach jest “uchylona” – nie całkiem odsłonięta, lecz właśnie lekko uchylona, a stamtąd, z ukrytego (jak za życia ziemskiego) wychodzą dwa promienie – jeden barwy czerwonej, drugi – i tu jest istotny szczegół: nie “biały”, lecz “blady”. Biała jest cała szata Jezusa, promień oznaczający wodę, która wypłynęła po przebiciu serca włócznią, jest taki, jak kolor wody – woda nie jest biała, jest przezroczysta, właśnie blada (widzenie odbywa się w celi zapewne nieoświetlonej światłem elektrycznym, może właśnie dlatego wieczorem, kiedy kontrast postaci Pana jest wyraźniejszy niż gdyby wizja miała miejsce w świetle dnia). 

Dlatego wszelkie interpretacje “patriotyczne”, choć czynione w dobrej wierze są raczej chybione – Jezus nie żąda od Faustyny “intronizacji”, wyraźnie mówi, że napis nie ma brzmieć “Chrystus, Król Miłosierdzia”, a obraz ma być namalowany fizycznie, a nie metaforycznie w “duszy zakonnicy”, jak początkowo myśleli spowiednicy. Stąd promienie, choć pewne podobieństwo jest, nie oznaczają barw narodowych Polski, choć skądinąd Jezus gdzie indziej stwierdza, że “Polskę szczególnie umiłowałem”. 

Decydującym – przynajmniej dla piszącego te słowa – argumentem jest to, że Faustyna, która nie czytała nawet Pisma świętego, ani tym bardziej prac teologicznych czy religioznawczych doskonale oddała swój stan ducha podczas całego, trwającego zapewne kilka minut objawienia: “dusza moja przejęta była bojaźnią, ale i radością wielką”. 

Jest to opis antycypujący późniejsze o wiele lat ustalenia wybitnych religioznawców, m.in. M. Eliadego, a szczególnie R.Otto, który w swym fundamentalnym dziele opisał stan dusz doświadczających “teofanii” (czyli dosłownie: “objawienia/ukazania się Boga/Bósta”) właśnie jako z jednej strony “tremens” (nie lęk, ani strach, lecz płynące z odczucia majestatu poczucie “bojaźni” w sensie także biblijnym jako uczucie bardzo pozytywne, szacunek i uwielbienie wielkości Boga), a z drugiej – “fascinosum”, czyli odczucie nie tyle potocznie rozumianej dziś “fascynacji”, lecz ekstatycznej radości, nie dającej się wytłumaczyć psychologicznie, ani tym bardziej – na gruncie psychologii klinicznej. Faustyna na pewno nie wiedziała o ustaleniach wspomnianych badaczy, niezależnie dochodzących do podobnych wniosków. To dość poważny argument przeciwko tezie Starnawskiego, że wizja płocka to wytwór wyobraźni. 

Dalej mamy już polecenie, a raczej nie tyle rozkaz, ani nawet życzenie, lecz “pragnienie”, więc bardziej “prośbę” niż nakaz, imperatyw, aby ten obraz był czczony najpierw lokalnie, a potem na całym świecie. Jest to naturalna i zgodna z praktyką Kościoła kolejność. Obietnice, które pojawiają się na samym końcu wizji, dotyczą nie tylko “życia wiecznego” (choć przede wszystkim), ale już także “pokonania nieprzyjaciół”, którymi równie dobrze mogą być tradycyjnie złe duchy, jak i ludzie złej woli. 

***

Myślę, że podane tutaj argumenty na rzecz autentyczności objawienia Jezusa Miłosiernego można by mnożyć, ustawiać w kontekście zarówno całej biografii Świętej, jak i ówczesnej sytuacji w Polsce, Europie, na świecie, ale nawet – lokalnie, wszak Płock to prawie geograficzny środek Polski z najstarszą katedrą. Kontekstów może być więcej – opis osoby, która doświadcza “omamów” byłby zupełnie inny, pełen zbędnych detali, albo z drugiej strony – zbyt ogólnikowy, nieuporządkowany, słownictwo zapewne kwieciste, “barokowe”, a całość sprawiałaby wrażenie sztuczności, teatralności czy dziwaczności. Z innych miejsc wiemy, że Faustyna nie miała świadomości, że tylko jej dane były te wszystkie przeżycia – myślała, że “tak mają tylko wielcy święci”. Może to też świadczyć o tym, że wizja nie zaskoczyła Faustyny – nie była “nagła”, była bardzo ludzka, choć jednocześnie niesłychanie wzniosła. Spotkała Tego, który ją właśnie wybrał, bo Pan wybiera kogo, chce, a często właśnie osoby słabsze, schorowane, z “nizin społecznych”, jak się dawniej mawiało. 

Temat oczywiście nie jest zamknięty, lecz sądzę, że zarówno psychiatrzy negujący całkowicie autentyczność wizji płockiej (oraz wszystkich pozostałych), jak i skupieni wokół – skądinąd ważnej sprawy “intronizacji Jezusa w sercach Polaków” – krytycy zarzucający Siostrze Faustynie “fałszywe miłosierdzie”, zbytnią pobłażliwość czy wręcz działanie zwodnicze – nie mają racji, choć te trudności miały i musiały się w historii kultu Bożego Miłosierdzia pojawić; były zresztą zapowiedziane w wielu miejscach tego wybitnego dokumentu katolickiej mistyki, jaki stanowi od niemal stulecia “Dzienniczek”. 

Rafał Sulikowski

 

Zaszufladkowano do kategorii Życie i dzieło Siostry Faustyny | Otagowano , | Dodaj komentarz

Gdzie są wszyscy ułomni?

Kiedy pierwszy raz zgrzeszyłem? Gdzie jest grzech nazywany niezgrabnie pierworodnym? Szukam. Nie wiem. Do 16 roku nie ma mowy o świadomym i dobrowolnym przekraczaniu Dekalogu w materii ważnej, bo dopiero w wieku 16 lat dziecko przestaje być dzieckiem i nabywa rozumu, którego może używać do rozeznania tego, co jest dobre, a co jest złe. A przecież rok wcześniej zachorowałem, mając 15 lat. Wiecie, pamiętam, że w tym roku, gdy mi się pogorszyło, czyli w 8 klasie (1991) w moje 15-te urodziny akurat przypadał Wielki Piątek. Dokładnie to pamiętam.

Czy zatem osoby z diagnozami, z jakąkolwiek diagnozą psychologiczną czy psychiatryczną są w ogóle w stanie odróżnić dobro od zła? Czy chcemy, aby na fali nowej surowości w Kościele (po liberalnych czasach Franciszka), prowadzić do konfesjonałów dzieci z oligofrenią, dzieci z różnymi zespołami, zespołem Downa, upośledzone umysłowo, dzieci z początkami schizofrenii? Czy nawet one naprawdę są w stanie świadomie coś złego zaplanować i zrobić, bo tylko wtedy ma miejsce grzech? Idźmy dalej: czy nawet osoby z cyklofrenią, schizencefalią, padaczką, Parkinsonem, demencją, z zaburzeniami osobowości, ciężkimi postaciami depresji i nerwicy – naprawdę mogą w pełni odpowiadać przed Bogiem i ludźmi za swoje winy?
Drodzy, nie szukam wymówek. Nie byłem aż w takim stanie, abym nie mógł uniknąć zła i uczynić więcej dobra. Ale ta sprawa w Kościele nie jest prawnie i kanonicznie uregulowana. Spójrzcie, kogo nie ma na niedzielnych Eucharystiach? Nie ma ludzi, osób, które przed momentem wymieniłem. Boją się. Wstydzą się, rodzice się wstydzą, że „normalni” i „zdrowi” psychicznie wierni ich zlinczują. Kochani, nie walczę z Kościołem. Ja chcę, aby panowała w nim Boża miłość. Kościół jest albo dla wszystkich, także poszukujących, wątpiących, przeżywających ateizm szlachetny, cierpiących na brak Boga – albo dla nikogo. Kto zostanie w Kościele, jeśli zaczniemy dzieci upośledzone umysłowo karać, napominać, ciągać po spowiedziach i zabraniać im przystępowania do Komunii. Że co, że niby nie potrafią odróżnić zwykłego opłatka od konsekrowanej, przeistoczonej Hostii? Rozumem może nie potrafią. Ale potrafią to sercem, ich wielkim sercem. A serce i czucie jest ważniejsze. Nie teologia, nie potop koszmarkowatych książek religijnych, nie doktoraty, nie wiedza, nie mądrość ludzka.
Źle się dzieje, jeśli w Kościele nie ma kalek, ułomnych, sparaliżowanych. Widzę tylko samych zdrowych, bogatych, zadowolonych, zajmujących pierwsze ławki. A dzieci z niepełnosprawnościami nie ma. Nie ma ich nawet w ostatnich ławkach. Nie tego uczył Jezus. Nie tak chciał. I ja to wiem, już nie rozbitym umysłem (bo „schizo” – rozłupuję, rozdzieram, rozbijam i „frenos” – umysł, wola, serce, przepona z greki), ale sercem. Ono jeszcze bije mocno. Potem będzie coraz słabsze i słabsze, też będę sterany życiem, jak to się fajnie mówi. A potem, gdy już nie da rady, uderzy raz ostatni. I mam nadzieję, że chociaż raz pierwszy i ostatni dla Boga i ludzi niepełnosprawnych. Już nie dla siebie samego. Bo to, co potocznie nazywa uczona teologia „piekłem” (różnie zresztą), to dziwna, pusta pseudo-kaplica. Bez drzwi i bez okien. Zamurowana. A w niej pod zimną, szarą ścianą ja. Sam. Na wieki wieków…
Oby pozostała pusta. O to warto w życiu walczyć. Nie walczyć z człowiekiem, choćby najgorszym. Walczyć o człowieka. to jedyna walka godna pochwały. Zawalczyć o każdą i każdego. W tym jest sens, jakiego nie znamy. Bo zapomnieliśmy o czymś. I nie pamiętamy. I musimy za wszelką cenę sobie o tym przypomnieć.
Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Cywilizacja pustki. Jak walczyć ze współczesną nudą? 

Najpierw odpowiedzmy na pytanie, skąd pochodzi nuda, co jest jej przyczyną, a potem na pytanie, jak z nudą walczyć czy jak jej zapobiegać. Otóż nuda co prawda znana jest ludzkości od zarania, także w świecie zwierząt, ale stopień jej nasilenia dziś jest szczególny. Wydaje się, jakby zapanowała cywilizacja nicości, depresji, nudy, zmęczenia życiem i znużenia, niektórzy dodają – śmiertelnego. Mówi się więc, że opanowała kogoś “piekielna nuda” albo właśnie “śmiertelna nuda”. Mówi się, że “nudzi mi się jak cholera”, że “wszystko już było”. 

Właśnie to chyba jest istotą nudy – “wszystko znam”, nic nowego pod słońcem, jak mawiał mędrzec biblijny Kohelet, cokolwiek się stanie, to będzie tylko powtórka, nic nowego nas nie spotka. To właśnie jest sednem nudy – nie warto się niczym zajmować, bo nie sposób wyjść poza świat zastany, więc znany i powtarzający się tylko w pewnych cyklach: biologicznym, rocznym, dobowym czy historycznym. Postmodernizm jako epoka obecna, jako pewien obecny sposób myślenia, zaprzecza, aby mogła powstać oryginalna jakość, więc unikalne dzieło sztuki, rewolucyjne odkrycie w nauce czy nowe zachowania społeczne. Mówi się, że cokolwiek jest i będzie już kiedyś było, można więc tylko w kółko powtarzać czynności biologiczne, psychiczne czy społeczne sposoby zachowywania się. 

***

Dlaczego jednak taka myśl, że “wszystko już kiedyś było”? Zauważmy, że współczesny człowiek w jednej dobie przeżywa całe życie człowieka z poprzednich stuleci. Dociera do niego tyle bodźców w sekundzie, co dawniej w ciągu tygodnia. Zewsząd bombardują nas obrazy, dźwięki i słowa, teksty mówione, szepty, pisma, druki. Dawniej dominowało życie wewnętrzne, bo na zewnątrz prócz przyrody nie było jeszcze dzieł człowieka. W miarę jak rosła zarówno demografia, jak i produkcja rzeczy i dóbr materialnych wnętrze człowieka poddane zostało dekompresji. Teraz wewnątrz odczuwamy pustkę i nudę, bo wszystko zostało wyprojektowane na zewnątrz w postaci rzeczy, dzieł sztuki, techniki czy projektów społecznych, reklam i ogłoszeń, wszechobecnej informacji. Jeżeli na zewnątrz jest chaos, to wdziera się on do środka i aby nie doszło do przeciążenia ludzkiej psyche, włączają się mechanizmy obronne, takie jak blokada przyswajania. Kto czyta dużo książek wie, że po przekroczeniu pewnej bariery ilości przyswajanych słów, następuje zmęczenie umysłowe i psychiczna blokada. To naturalne – przebodźcowanie umysłu groziłoby naruszeniem równowagi, więc następuje podniesienie progu dla bodźców z zewnątrz. 

To tylko teoria, ale jest coś na rzeczy. Ilość książek do lektury, filmów do obejrzenia, dzieł sztuki do oglądnięcia, rozmów do odbycia – wszystko to tworzy chaos, brak w nim orientacji, a to grozi zagubieniem w morzu danych mało istotnych. Upada hierarchia wartości – wszystko wydaje się ciekawe, równie ważne, koniecznie trzeba przeżyć jak najwięcej. Jednak ilość ta nie przechodzi w jakość – zamiast jednej dobrej książki, chcemy pochłonąć dosłownie wszystko, co jest na rynku, oglądnąć wszystkie filmy, poznać wszystko. Odwrotną stronę więc medalu nudy stanowi obok chaosu “wszystkoizm” – wszystko trzeba przeżyć w życiu, bo kończy się ono definitywnie, nie ma dalszego ciągu, więc jak najwięcej trzeba przeżyć, zobaczyć, doświadczyć. Nic bardziej mylnego – im więcej i szybciej tym gorzej, o czym wiedzieli już rękodzielnicy, kiedy ich manufaktury zastąpiono fabrykami i wszechobecną “taśmą”. Bo nuda to dziecko życia taśmowego, nastawionego na ilość i pośpiech. Zwolnij – nuda zniknie w try-miga.

Zaszufladkowano do kategorii przeklęte problemy | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz

Ewangelia w XXI wieku – czy Siostra Faustyna ma coś do zaproponowania dzisiejszemu Kościołowi i światu?

     

       Życie świętej Faustyny pokazuje, że dla Boga nie ma nic niemożliwego; że może On wybrać kogo chce do największych dzieł na świecie i w Kościele; że skrajną porażkę może przekuć w niebywały sukces. Święta Faustyna została wybrana prawdopodobnie już w łonie matki, podobnie jak to pisze prorok w Starym Testamencie: “już w łonie matki ukształtowałem cię i wybrałem na to, abyś był prorokiem i nie zważał na swój młody wiek, kiedy będziesz przemawiać, bo Ja jestem z tobą.” (cytat luźny z pamięci). Prześladowani chrześcijanie na świecie powinni pamiętać o słowach Jezusa, że Duch Święty podsunie im odpowiednie słowa, kiedy będą ciągali ich po “synagogach”. Oczywiście, dzisiaj nikt nie będzie ich prowadził dosłownie do synagog – synagoga była w pierwszym chrześcijaństwie symbolem opresyjnej religijności. 

      Święta Faustyna od małego dziecka ciężko pracowała, pasąc krowy i pomagając w gospodarstwie wielodzietnej rodziny, która ledwo utrzymywała się na powierzchni życia. Usłyszany w wieku 7 lat głos Boży wielu ateistów-psychiatrów interpretuje jako początek jej “schizofrenii.” Kłopot dla nich w tym, że w autentycznej schizofrenii dyskutują ze sobą albo komentują zachowanie pacjenta rozliczne głosy, a jak napisze później w Dzienniczku Siostra Faustyna: “mowa Boża wyraźna jest”; jest to jeden, wyraźny głos, który już starożytni określali jako sumienie, czyli daimonion, który w filozofii sokratejskiej prowadził człowieka niczym GPS kierowców na nowoczesnej autostradzie.  

       Faustyna nie mogła się uczyć, bo musiała wrócić do domu, aby pomagać rodzicom, którzy sprzeciwili się jej decyzji wstąpienia do klasztoru prawdopodobnie z przyczyn ekonomicznych. Miała liczne rodzeństwo, a starszy brat Stanisław kształcił się na lotnika. Tradycją na wsi było to, że przynajmniej jedno z dzieci zostaje na gospodarstwie, pomaga w pracy na polu, a potem przejmuje po rodzicach cały dobytek. Myślę, że chociaż o tym nie napisała na kartach Dzienniczka, to dzień, w którym oznajmiła rodzicom, że wstępuje do klasztoru musiał być trudny.  Prawdopodobnie doszło po prostu do rodzinnej awantury, po której Faustyna ostatecznie wyprowadziła się od rodziców i poszła za głosem woli bożej.  Analizując życie świętych, można dojść do wniosku, że to, co wyróżnia ich od zwykłych ludzi, to postawienie Boga absolutnie na pierwszym miejscu i usilne, momentami dramatyczne poszukiwanie we wszystkim Jego woli. Z tym, że nie oznacza to unicestwienia wolnej woli, lecz uznanie woli Boga za najważniejszą wskazówkę, w którą stronę pójść, czym się zająć i w ogóle co robić w życiu.  

      Faustyna miała jasny cel: po przeżyciu mistycznej wizji umęczonego Jezusa w trakcie zabawy karnawałowej w Łodzi już wiedziała, że musi osiągnąć to, co sobie postanowiła. Scena wizji inicjacyjnej Jezusa jest szokująca: oto Faustyna, która przebywa na balu, czyli jak byśmy powiedzieli dzisiaj na zwykłej imprezie (choć oczywiście ówczesne imprezy były zupełnie inne niż dzisiejsze), nagle widzi obok siebie tego samego człowieka-Boga, który narodził się w Betlejem, który nauczał kilka tysięcy kilometrów od Łodzi na południowy wschód i który umarł na krzyżu w bardzo młodym wieku i jak donoszą niezliczeni świadkowie bezpośrednio po zmartwychwstaniu oraz później przez stulecia (objawień Chrystusa w ciągu 2000 lat chrześcijaństwa było mniej niż maryjnych, ale wystarczająco dużo, aby dostrzec pewne podobieństwa), który znowu żyje. Faustyna cytuje dokładnie słowa Jezusa: “Dokąd Cię cierpiał będę i dokąd Mnie zwodzić będziesz?” Jest to przykład prawdziwej wizji mistycznej, która nie ma nic wspólnego z omamami schizofrenicznymi czy paranoidalnymi halucynacjami. Piszący te słowa niegdyś redukował wszystkie przeżycia mistyków i świętych do psychopatologii, popełniając rażący błąd redukcjonizmu w psychologii. O ile podejście redukcyjne sprawdza się w naukach ścisłych i w technicznych, to w przypadku nauk humanistycznych i społecznych przynosi więcej szkody niż pożytku. Gdyby to była wizja psychotyczna, to na pewno nie znikłoby towarzystwo tańczące na balu z oczu Faustyny; nie poczułaby się wyraźnie oddzielona od “wdzięcznej muzyki”, jak ją nazywa, tylko zalałaby ją fala bodźców z otoczenia, a Jezus niekoniecznie byłby umęczony, lecz prawdopodobnie stanowiłby tylko projekcję wyobraźni.

     Właśnie ten fakt, a także później w katedrze, kiedy Faustyna – nie zwracając na nic uwagi – pada krzyżem przed ołtarzem głównym w obecności osób tam przebywających, jest argumentem za tym, że wizja z imprezy karnawałowej jest prawdziwa. Jest to nagłe wtargnięcie innego świata, interwencja z innego wymiaru do naszego horyzontalnego postrzegania rzeczywistości, w której wszystkie miejsca są  homogeniczne, podobnie jak czas, który nie dzieli się na czas profanum i sacrum, lecz zlewa się w jedną nieskończoną magmę. Właśnie ten aspekt wertykalny – nagłe wtargnięcie innej rzeczywistości – świadczy o prawdziwości wizji; przypomina przeżycie Świętego Pawła, który jeszcze jako Szaweł zmierzał do Damaszku, aby zabijać chrześcijan i nagle w południe doznał wizji zmartwychwstałego i uwielbionego Chrystusa, co zmieniło jego życie dokładnie o 180 stopni, podobnie jak życie Faustyny.  

     Jeszcze jeden fakt wskazuje na to, że była to wizja prawdziwa –  zazwyczaj psychotycy i paranoicy bardzo chętnie obnażają swoje przeżycia wewnętrzne, stosują wręcz nachalny ekshibicjonizm, więc gdyby to była wizja fałszywa, oparta jedynie na fantazji Faustyny, zaczęłaby opowiadać wszystkim na balu na przykład tak: “Słuchajcie, przed chwilą widziałam Jezusa, który mi powiedział, że muszę wstąpić do klasztoru, no więc muszę was pożegnać i iść do katedry, a potem wsiąść do pociągu, jechać do Warszawy, bo tam mnie wzywa Chrystus, etc.”  Tymczasem Faustyna nikomu nie mówi o tym przeżyciu, o którym napisze wiele lat później pamiętając je tak szczegółowo, jakby wydarzyło się wczoraj, chociaż Dzienniczek zaczęła pisać dopiero w 9 roku życia w zakonie.  

     Mało tego: nie tylko nie mówi publicznie o tym, co właśnie przeżyła i jak te kilka minut zmieniło bieg jej przeznaczenia, ale wręcz stosuje małe, niewinne kłamstewko wobec swojej siostry, której mówi, że ją rozbolała głowa i dlatego musi iść do domu.  Kiedy wróciła do domu, opowiedziała w oszczędnych słowach, co się jej przydarzyło. A jeszcze wcześniej w katedrze św. Stanisława Kostki usłyszała słowa wyraźne i był to jeden głos (a nie “głosy”), że ma natychmiast jechać do Warszawy, gdzie wstąpi do klasztoru. Tak też zrobiła i chociaż o tym nie pisze, można wyobrazić sobie, że wsiadła do pociągu, mając przy sobie jedynie najpotrzebniejsze rzeczy osobiste, wysiadła na Dworcu Głównym w Warszawie (obecnie już nieczynnym), gdzie jak pisze ogarnął ją lęk, bo nie wiedziała, w którą stronę ma się udać i co dalej robić.  I wtedy krótka modlitwa, właściwie akt strzelisty do Maryi, sprawił kolejny cud: usłyszała, że ma udać się do pewnej miejscowości pod Warszawą (niestety nie podaje nazwy tej miejscowości, nie jest to zresztą istotne), gdzie znajdzie bezpieczny nocleg. Jak to często bywa w życiu mistyków, które czasami przypomina dobrą powieść sensacyjną, znalazła ów nocleg, a następnego dnia pojechała do stolicy, aby w kościele św. Jakuba na Ochocie modlić się o dalszą wolę Bożą.  

      Co było dalej, wiadomo z Dzienniczka, ale jeszcze raz wracając do wizji z balu trzeba powiedzieć jedno – Faustyna nie straciła wtedy świadomości, nie wpadła w żaden trans ani ekstazę, była całkowicie przytomna, ale jednocześnie Jezus był na pierwszym planie, a cały szum zabawy został odesłany do tła i jak pisze Faustyna “pozostał tylko Jezus i ja.” Niesamowite w tym wszystkim jest to, że Faustyna przeżywa wizję Jezusa w trakcie balu karnawałowego, a już będąc w zakonie zdaje sobie sprawę, ile zła przynosi ze sobą społecznie ten okres przed Wielkim Postem.

         Na podstawie powyższej analizy należy stwierdzić, że ten moment zwrotny w życiu Świętej Faustyny odbywał się nie tylko w zwykłym świecie, ale i w przestrzeni profanum, a nawet w pewnym sensie w mrocznym grzechu demonicum.  Oczywiście, patrząc z dzisiejszej perspektywy ówczesne zabawy były wręcz niewinne w porównaniu z dzisiejszymi, jednak dla wrażliwego sumienia Faustyny i tak “tańce, hulanki, swawole” – choć przecież dozwolone w pewnych granicach – stanowiły jednak pewną rysę na szklistej tafli jej duszy.

 

/cdn./ 

Zaszufladkowano do kategorii Życie i dzieło Siostry Faustyny | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Dlaczego warto stawiać granice?

Problematyka stawiania granic w życiu potocznie określana jest jako “bycie asertywnym”. Życie bez granic zamienia się w chaos. W przyrodzie występują naturalne granice, począwszy od świata minerałów (złoto nie jest miedzią), aż po ciało ludzkie, które choć przez zmysły ma kontakt z otoczeniem, to jednak stanowi osobną, zamkniętą całość. Ludzie, którzy nie umieją wytyczyć granic “ja:nie-ja” biorą najczęściej na siebie obowiązki wszystkich innych. Kobiety poświęcają całą uwagę dzieciom, nawet już dorosłym, zaniedbując siebie i własny rozwój; mężczyźni “bez granic” ulegają złemu towarzystwu, dając się w skrajnych przypadkach wciągnąć w podejrzany pół-światek, a jeśli nawet nie, to również w firmie biorą na siebie obowiązki, które powinny być rozłożone po równo między pozostałą załogę czy zespół. Ktoś, kto nie umie mówić “nie”, zawsze jest “do usług”, zawsze gotowy pomagać, nawet kosztem nie tylko wolnego czasu i rozwoju osobistego, ale kosztem zdrowia, a nawet życia. 

Granice dziś w świecie pękają – jedne narody służą wszystkim innym, zaciera się granica między życiem zawodowym a prywatnym (“work-life balance”), ponieważ multimedia i satelitarna łączność całodobowa sprawiają, że można pracować cały czas i wszędzie, gdzie aktualnie jesteśmy. W ten sposób urlop czy wakacje przestają nimi być i w sumie pracownik jest stale on-line, zaniedbując rodzinę, znajomych, ponieważ obawia się podświadomie, że bez niego firma upadnie, nie poradzi sobie. Kryje się za tym mocne rojenie o własnej wyjątkowości, wręcz – byciu niezastąpionym, a wynika paradoksalnie z niedowartościowania i bardzo niskiej, wręcz zerowej samooceny. Ktoś, kto jest bez granic może wpaść w hipochondrię, czuć się “pępkiem świata”, albo mieć nieustanne skrupuły, że “czegoś nie zrobił, jak trzeba”, czując się nadodpowiedzialnym. Ludzie z poczuciem nadodpowiedzialności chcą w ten sposób “wkupić się” w grę społeczną, która polega w dużej mierze na dzieleniu obowiązków, wynikających z pisanej albo nie umowy społecznej. Jednak ludzie z wyjątkowo mocnymi skrupułami mogą padać ofiarą wyzysku i żerowania na ich poczuciu, że odmawiając zrobienia czegoś, robią coś złego. 

Nie ma bowiem nic złego w odmawianiu, zwłaszcza jeśli odmawiam uczestniczenia w czymś złym. Ale nawet, gdy ktoś prosi o coś dobrego, a ja musiałbym poświęcić zbyt dużo energii, zdrowia albo czasu wolnego, mam prawo bez żadnych skrupułów odmówić. Nie jest to łatwe, bo powiedzieć komuś “to nie moja sprawa” dziś jest niemile widziane. W cenie są wszelkie bezpłatne prace społeczne, jak wieczne staże, praktyki czy niekończące się wolontariaty. Jednak odbywa się to zazwyczaj zbyt dużym kosztem, a po latach odzywa w chorobach nerwowych, albo psychosomatycznych. Dyrektorska nerwica, polegająca na pragnieniu kontrolowania wszystkiego i bycia wszędzie, jest tego najlepszym przykładem. Nie ma ludzi niezastąpionych. Na szczęście. Bo można spokojnie powiedzieć sobie, że wcale nic złego nie robię, gdy stawiam wyraźne granice wokół siebie i domagam się ich respektowania, jednocześnie nie naruszając granic innych osób. Naprawdę nie ma w tym nic złego.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

O życiu i dziele Siostry Faustyny.

***

     

Tajemnica życia siostry Faustyny nadal pozostaje niewyjaśniona.  Dawniej, krótko po śmierci, nie uważano jej za świętą, chociaż w zapiskach przewidziała swoją beatyfikację i kanonizację, próbując opisać nowoczesną transmisję telewizyjną, oczywiście w słowach, które jej wtedy były dostępne. Na skutek nieporozumień Kongregacja Nauki Wiary na wiele lat zakazała prywatnego kultu siostry Faustyny.  Zarzucano jej pewne quasi-protestanckie wątki w Dzienniczku – na przykład prymat łaski nad dobrymi uczynkami, słowa o tym, że “nic nie dzieje się bez woli Bożej” zbytnio odnosiły się do teorii predestynacji, którą wyznawcy Kalvina uznali za prawdę; zbyt mały nacisk położyła – zdaniem Kongregacji – na kult maryjny, chociaż objawienia maryjne były również jej udziałem; także na kult poprzedzających jej życie świętych i mistyków wszystkich czasów.  

      Dopiero Sobór Watykański II, który doprowadził do odwilży w Kościele, a nawet według niektórych jego uczestników do prawdziwej wiosny Kościoła na skutek działań i starań Karola Wojtyły zrehabilitował życie i dzieło świętej Faustyny, a Kongregacja cofnęła zakaz z roku 58.  Dość długo trwał proces beatyfikacyjny, a wcześniej informacyjny o heroiczności cnót, stąd dopiero w ‘93 roku, więc 55 lat po śmierci odbyła się uroczysta beatyfikacja w dniu 18 kwietnia, a w 7 lat później 30 kwietnia 2000 roku miała miejsce uroczysta kanonizacja siostry Faustyny.  

    Wydawało się, że przeszkody zostały pokonane i że odtąd Kult Miłosierdzia będzie się rozszerzał w Kościele.  Niestety, śmierć Jana Pawła II przyćmiła również świętą z Łagiewnik, którą między innymi on sam wypromował. Zdaniem piszącego te słowa Benedykt XVI kładł nacisk przede wszystkim na sprawiedliwość Bożą, a dopiero na drugim miejscu na jego miłosierdzie. To spowodowało, że w Kościele za czasów Benedykta XVI głowę podniosły niestety takie ruchy, jak lefebryści, Bractwo Piusa X czy skrajni tradycjonaliści spod znaku Mszy trydenckiej, postawy przodem do ołtarza, a tyłem do wiernych kapłana, Komunii tylko pod jedną postacią i tylko w postawie klęczącej, do ust. Wszystkie te konserwatywne i restauracyjne akty spowodowały, że dzisiaj Kościół niemal jest pęknięty na dwie części; w Polsce tak zwany “kościół łagiewnicko-wadowicki, a na północy Polski kościół toruński, który kontynuuje tradycje surowości, ascezy, rygoru i dyscypliny w odniesieniu szczególnie do dzieci i młodzieży; kładzie nacisk na surow, twarde wychowanie, które ma rzekomo przygotować do trudów życia, a tak naprawdę dodaje tylko niepotrzebnego cierpienia dzieciom młodzieży, ludziom młodym i starszym, o aspektach finansowych nie wspominając. 

    Mam wrażenie że Kult świętej Faustyny przeżywa kryzys; co rusz na kanale YouTube można spotkać jak grzyby po deszczu mnożące się kanały dotyczące tradycyjnego katolicyzmu, oskarżające Świętą Faustynę o modernizm, nowinki, przesadne miłosierdzie tak, jakby miłosierdzie mogło być przesadne, a przecież wyraźnie napisała święta, że miłosierdzie jest bez granic; gdyby było przesadne, to by znaczyło, że przekracza jakieś granice. Jeżeli jednak miłosierdzie jest bezgraniczne, to żadne granice nie istnieją i nie mogą być przekroczone ani nie mogą tego Miłosierdzia zatrzymać. Tak naprawdę wydaje się, że jest dokładnie na odwrót – wyznawcy tradycyjnego katolicyzmu tylko w nazwie są sprawiedliwi, a w gruncie rzeczy promują fałszywą sprawiedliwość, pojmowaną jako odwet, zemsta, gniew, negatywne emocje i żądanie, żeby Bóg podporządkował się sprawiedliwości i potępił wszystkich grzeszników, a wiernych Jemu, “prawdziwych katolików” zaprowadził do nieba. Oczywiście, jest to nadużycie Bożej sprawiedliwości, ponieważ nie jest ona z tego świata i wcale nie polega na wyrównywaniu rachunków, jakichś porachunkach i tego typu sprawach, wziętych z prawa ludzkiego i niedoskonałych sądów ludzkich. 

     Tymczasem Faustyna wcale nie głosiła przesadnego Miłosierdzia; wszak opisuje swoją wizytę w piekle, które oczywiście można czytać psychodynamicznie i interpretować sposób psychoanalityczny, ale można również czytać w sposób dosłowny; być może faktycznie istnieje piekło również jako miejsce niemal fizyczne; jednak opis piekła Faustyny zbyt przypomina piekło średniowieczne, wystylizowane na salę tortur bardziej niż na więzienie, w którym oddaje się ostatni grosz, o którym mówił Jezus. Święta Faustyna nie głosiła łatwego Miłosierdzia, bo sama musiała cierpieć za grzeszników, a to znaczy, że miłosierdzie kosztuje, potrzeba ofiary, ascezy, jałmużny i uczynków miłosierdzia. Czyn jest najważniejszy, dopiero później są słowa mówione i pisane, a modlitwa na samym końcu, jak już nie działa ani czyn ani słowa. Faustyna stwierdziła, że każdy grzech może być przebaczony, ale pod pewnymi warunkami. Trzeba zaznaczyć, że o “grzechu przeciwko Duchowi Świętemu” w ogóle nie wspominała i w ogóle charakterystyczne jest to, o czym święta nie pisała; na przykład, nigdzie nie pisała o egzorcyzmach, którymi tak się ludzie teraz fascynują; nigdzie nie napisała o opętaniach, nie uczestniczyła w jakichś spektaklach demonicznych, którymi fascynują się ludzie na niskim stopniu rozwoju duchowego. 

      Tak naprawdę Faustyna nie wprowadziła żadnej nowości do nauczania Kościoła, ponieważ Święto Miłosierdzia istniało już wcześniej  (o czym zresztą krytycy mówili już za jej życia), znane było nabożeństwo do Serca Jezusa, które również z wizji wyszło; Kościół zawsze mniej czy bardziej akcentował postawę Miłosierdzia – na przykład w XIX wieku bardzo modne były akcje charytatywne pod kościołem, w których brała udział arystokracja, skarbonki na rzecz dzieł miłosierdzia dla domów dla bezdomnych, dla upadłych dziewcząt i tak dalej. Jedną z pierwszych kas dla biednych w Krakowie było dzieło ks. Piotra Skargi, ikony tradycyjnego katolicyzmu. Jest charakterystyczne, że Faustyna pisze o miłosierdziu w samym sercu grzechu, jakim był zakład poprawczy i wychowawczy dla upadłych dziewcząt, a to nie mogło być łatwe, o czym można przekonać się niemal na każdej stronie Dzienniczka. 

      Z trzeciej strony krytyka Faustyny nadchodzi od ateistów i psychiatrycznie zorientowanych wierzących takich, jak na przykład Artur Sporniak, który twierdzi, że Faustyna rozmawiała ze swoim wewnętrznym alter ego, właściwie jakby sobowtórem upostaciowanym i stylizowanym na Jezusa, z tym wyjątkiem, że serce jest ukryte, a nie jest na wierzchu. Również Jerzy Starnawski stwierdził (w opinii dla potrzeb beatyfikacji), że Faustyna po prostu chorowała psychicznie na chorobę zwaną cyklofrenią, czyli chorobę dwubiegunową afektywną, nazywaną dawniej psychozą maniakalno-depresyjną.  Ewa Czaczkowska jako autorka przełomowej biografii o Świętej Faustynie polemizowała ze Sporniakiem, niemniej jednak prawda może leżeć pośrodku. Jest niewątpliwe, że wizja z Płocka z 1931 roku jest autentyczna, o czym piszący te słowa napisał artykuł dla katolika.pl pod tytułem “Cela w Płocku”. Natomiast również mamy do czynienia z wizjami wewnętrznymi, wyobrażonymi z użyciem władz duszy takich, jak fantazja (na przykład wizja róż zamiast ziemniaków w garnku) czy uciszenie burzy, którą archetypowo przedstawiono w Ewangelii. Oczywiście, bardzo dużo przeżyć tak zwanych wizji jest tylko kwestią wyobraźni; natomiast wizja płocka pokazuje, że tam rzeczywiście Faustyna mogła spotkać żyjącego w 2000 lat wcześniej Jezusa, który nakazał jej misję głoszenia światu całemu Miłosierdzia.  

     Jezus podkreślał, że nie ma takich słów ani nie ma takiego języka, którym można by wypowiedzieć całkiem miłosierdzie Boże. Prosił, aby kapłani nie zajmowali się niczym innym, tylko głosili Miłosierdzie Boże, które jest bez granic, lecz czy kapłani i Kościół posłuchali Jezusa? Mam wrażenie, że misja Faustyny powiodła się tylko częściowo – tysiące uzdrowionych, pocieszonych, może nawet miliony i Dzienniczek, który przebił Mickiewicza, Lema i Kochanowskiego razem wziętych, jeśli chodzi o przekłady na języki zagraniczne; wiele filmów o Faustynie, bardzo wiele doktoratów, magisteriów teologicznych. Kult Miłosierdzia znany już na całym świecie i to wszystko dzięki prostej zakonnicy, która ukończyła zaledwie cztery klasy szkoły podstawowej, a napisała arcydzieło literackie i mistyczne. Można w nim oczywiście widzieć neoromantyzm, nawiązywanie do fantastyki romantycznej, być może były to niezrealizowane zdolności literackie. Niemniej jednak Dzienniczek Faustyny wskazuje, że chociaż chorowała na jakąś chorobę i nie ma sensu wspierać się, szczegółowo, czy to była cyklofrenia czy to była depresja powikłana psychotycznie, czy jeszcze coś innego; cierpiała psychicznie, ale pojęcie choroby psychicznej bywa  mylące. Można mówić raczej o cierpieniu psychicznym, moralnym, duchowym, intelektualnym i tutaj nie ma wątpliwości, że cierpiała na natrętne myśli, okresowo na podniesienie i obniżenie nastroju, wahała się od skrajnej rozpaczy, kiedy widziała grzechy świata aż do słów, że “to wszystko dla mnie jest stworzone”, że wszystko od niej zależy i że chce nawet po śmierci rozpocząć swoją misję, która dopiero z tamtego świata przyniesie światu uzdrowienie.  

       Tak więc zarzuty zarówno ze strony tradycjonalistów katolickich, jak i ateistów psychiatrów, a także oczywiście próby rozwikłania zagadki Faustyny przez otwartych, liberalnych katolików się wzajemnie uzupełniają i raczej nie wygląda na to, abyśmy kiedykolwiek udowodnili, że Faustyna była chora, więc wyobraziła sobie Jezusa ani, że Faustyna była zdrowa i rzeczywiście spotkała samego Chrystusa. Mogło być jeszcze inaczej: Faustyna rzeczywiście mogła cierpieć psychicznie na objawy podobne do tego, co przeżywają pacjenci zakładów psychiatrycznych, ale jednocześnie właśnie zgodnie z tradycją romantyczną szaleństwo, obłęd są bramą realizacji duchowej i w ten sposób właśnie dzięki temu, że cierpiała psychicznie, została uznana za godną, aby odwiedzali ją mieszkańcy niebios i aby stała się piórem w ręku Boga.  

      Niestety, dzisiaj Kościół idzie w kierunku restrykcyjności, opresyjności w kierunku przeszłości, nie planuje naprzód – nikt nie mówi o tym, że za 10 lat będzie równy jubileusz 2000 lat od śmierci Jezusa Chrystusa. Kościół zafiksował się na przeszłości i dopóki nie zostawi przeszłości historykom Kościoła, nie pójdzie do przodu i będzie stale kręcić się w kółko, wypisując w komentarzach i na forach swoje własne prywatne poglądy, zamiast po prostu głosić miłosierdzie, które przyniósł Jezus Chrystus. I żeby była jasna sprawa, miłosierdzie musiało kosztować Jezusa najgorszą z możliwych śmierci, czyli przez uduszenie Tak więc nie ma czegoś takiego jak “łatwe miłosierdzie” czy “fałszywe miłosierdzie”, bo fałszywe miłosierdzie to po prostu sprzeczność – albo fałszywe albo miłosierdzie. Naturą Miłosierdzia jest to że, przebacza zło; jest tedy naturalne, że jak ktoś uczynił zło musi mu to być rozpuszczone, żeby ten człowiek nie stracił życia. Oczywiste jest to, że miłosierdzie nie jest banalne, że jest wypracowane przez świętą Faustynę przez wielkie cierpienia fizyczne, psychiczne i duchowe i w tym sensie mówienie o “fałszywym miłosierdziu” jest w pewnym sensie obrażaniem zarówno Boga, jak i świętej Faustyny, którą on sam wybrał, a mógł wybrać kogo chciał i nikomu nic do tego. 

      W tych może za ostrych słowach kończąc ten wpis po prostu wyrażam swój smutek i zarazem sprzeciw wobec tego, że Kościół chyba zapomniał już o Łagiewnikach i przeniósł się całkowicie do Torunia albo do Medjugorie, gdzie przecież bardzo wielu ludzi doznało łaski, ale też bardzo wiele zła się tam wydarza.   Zawsze Kościół będzie tylko kościołem, a ludzie tylko ludźmi, nie wymagajmy więc od ludzi tu na Ziemi żeby już być doskonali. Nigdy nie oceniajmy człowieka na tej podstawie jak go widzimy w danej chwili. Zastanówmy się kim był wcześniej, jaką miał przeszłość, a przede wszystkim trzeba ujrzeć tego człowieka, jakim będzie w przyszłości za 10-15 czy 30 lat. Taka perspektywa sprawia, że ogarniając całość życia ludzkiego można człowiekowi pomóc, można mu dać nadzieję, bo jeżeli oceniasz człowieka na tej podstawie, jaką daje teraźniejszość “tu i teraz”, to bardzo zawężasz jego potencjalny horyzont. Pamiętaj, nie jest ważne, kim człowiek był, a nawet tym, kim jest teraz, ale kim się stanie, kim się stać może i w tym sensie jest to bardzo ważne, żeby dawać ludziom drugą, ale i trzecią, piątą szansę aż do 77 razy A przecież liczba “77” dla Jezusa oznaczała po prostu nieskończoność, ale i możliwa na naszą miarę doskonałość.

***

Zaszufladkowano do kategorii Życie i dzieło Siostry Faustyny | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz

*** Eloi, lamma sabaktani…

Agonia Jezusa trwała nie trzy, lecz sześć godzin – od ich godziny „trzeciej” aż do „dziewiątej”, kiedy się ściemniło (był 7 kwietnia 30 lub 36 r.n.e.). Liczba trzy wynikała z zamiłowania wiernych do symboliki trynitarnej i została skonstruowana. Jezus się udusił po prostu, kiedy nie miał już siły wznosić się na nogach, aby zaczerpnąć głębszy oddech. Stopniowo tracił siły, co było równe torturom amerykańskim, kiedy w więzieniach CIA w Polsce (za czasów SLD) podtapiano przesłuchiwanych „terrorystów” w balii z wodą, aby doszli do granicy utraty przytomności. Miałem duszności i wiem, że to najgorsza z możliwych śmierci – przez uduszenie się. Nie musieli więc łamać kości, żeby klient nie mógł się podnosić. Pozostali dwaj żyli, bo nie mieli przybitych kończyn, więc musiano ich dobić. Łamanie goleni to chyba najgorsza tortura – pamiętam, jak się nieraz uderzyłem w goleń, ból nie do opisania.

Jezus do końca wierzył w Boga, a widzowie tego makabrycznego spektaklu do końca wierzyli, że „przyjdzie Eliasz i go wyzwoli”, albo czekali – jak to ciemny lud do dziś robi – na cud. Nie nastąpił żaden cud. Jakby tego było mało, w ostatnich chwilach, gdy mózg był już niedotleniony Jezus zwątpił w istnienie Boga, którego zwał swym Ojcem (bo nie miał tego ziemskiego). Katolikom osładza się te słowa słynne „Boże, czemuś mnie opuścił…?” mówiąc, że to sam Bóg siebie opuścił, jak zwykle – zawiłe teologiczne brednie. Nie – było jak ja piszę: Jezus nie poczuł się opuszczony. On zrozumiał, że nigdzie nie ma Boga, nie że On go opuścił, ale siedzi sobie daleko w niebie. Jezus zrozumiał, że jego misja się nie powiodła, że nie zbawił świata, co doskonale pokazuje jego dalsza historia. Świat w wyniku misji Jezusa, oglądanej z perspektywy odległej o ponad 20 wieków nie tylko nie naprawił się, ani nie poprawił – stale się pogarsza. Misja Jezusa nie przyniosła światu nic prócz chorych urojeń, inkwizycji, stosów, palenia książek. Nic. Null koma null…
Pytasz, jaki byłby świat, gdyby okazało się, że Jezus nie był Bogiem? Spójrz za okno i spójrz na swe życie – byłby właśnie takim światem, z którym musimy się od nowa jutro z rana zmierzyć, męcząc się z mężem, z żoną, w pracy, w sklepie. Gdyby Jezus wygrał, twoje i moje życie wyglądałoby inaczej. I musimy sobie z tym poradzić. Teraz prawdopodobnie już sami…
Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Jeden komentarz

„Czy tu Panią boli…”?

A jeśli w ostatniej sekundzie życia dowiesz się, że nie ma żadnego piekła? Jak się wtedy poczujesz? Chcesz tak dalej?

Prawdopodobnie „piekło ” to słowo dla katolika jest najgorsze, gorsze od agonii, śmierci, tortur, a nawet – samobójstwa. Piekło. I wszystko jasne. Przynajmniej dla mnie. Tak pochowane, skryte, dające tyle objawów,. że wiem już, skąd są moje zachowania, słowa, myśli, czyny, zaniedbania.
Straszono mnie. Was też. Macie to tak wyparte, stłumione, że nie jesteście teraz w stanie – opisuję tylko, nie oceniam! – pomyśleć logicznie o piekle, logicznie, czyli w sposób zdrowy, nie neurotyczny i nie histeryczny.
Jeśli więc nie wiesz, co się z Tobą dzieje, a cierpisz wiele lat – spróbuj porozmawiać sama ze sobą o „piekle”. Kto ci nagadał takich bzdur? Kiedy pierwszy raz powiedziano ci o „Bozi, która się będzie gniewać”. I kto ci powiedział w ogóle, że jest coś po śmierci? Ok, może jest, może nie jest. Nie czekaj do śmierci, jak katolicy, aby „załapać się choćby na czyściec”. Nie czekaj. Teraz strać wiarę! Odrzuć to! Odrzuć przesądy, które zniszczyły Ci prawie całe życie!
Nie ma żadnego piekła. Czyście wszyscy powariowali…? – drze się jakąś inną prawdą bohater Iwan Bezdomny w „Mistrzu i Małgorzacie”. A jeśli miał rację? Do czego drogi katoliku, zwracam się do „tradyceuszy” szczególnie – potrzebne Tobie „piekło”. Masz dzieci? Straszysz je? Jeśli tak, to nawet nie wiesz, że mnożąc ludzi, mnożysz swoich rodziców, którzy opowiedzieli ci o piekle. Albo powielasz brednie kościelne, bo chcesz za wszelką cenę przynależeć. Lepsze piekło niż Nic? 
Jeśli czujesz teraz przyspieszone bicie serca, gorąc uderza do głowy – to budzi się w Tobie gniew, złość i wściekłość na mnie, ale i na siebie samą, że dałaś się może wyrolować, że zabrano ci dzieciństwo, a szczególnie – wiek nastoletni, kiedy nie odzywają się demony, ale hormony. 
Przez naukę Kościoła, chętnie dziś promowaną, ludzie dostają na głowę. Wmawiano mi. Sugerowano. Indoktrynowano. Ingerowano.
K….!!! Tak. Czasem katolickie (od)loty kończą się właśnie takim ostatnim słowem. Na „k”…
Okaże się na przykład, że piekła nie było, nie ma i nie będzie. I kogo oskarżysz o wprowadzenie w błąd i zniszczenie Tobie i najbliższym życia? Kogo? Bo ja wiem kogo oskarżę. Nie, nie Ciebie. Ty nic nie rozumiesz teraz. Ale dla mnie jest wszystko jasne…
Niestety, każdy musi pójść do piekła. Bo żeby móc z niego wyjść, trzeba wejść, przejść piekło i z niego wyjść, no logiczne. Nie da się skądś wyjść, jeśli się tam wcześniej nie weszło..
Czy wiesz, że piekło już jest? W tobie? Właśnie teraz, kiedy czytasz te słowa. Właśnie…
O piekle chętnie rozmawiają pacjenci pewnych wstydliwych miejsc. Byłem, byłem i to nie raz. Gdzie to nie byłem. I pamiętaj,. że jak przekroczysz pewną granicę, znajdziesz się wśród nich. Nie, nie w piekle. Gorzej niż w piekle – w szpitalu dla nerwowo i psychicznie chorych.
Będziesz wśród ludzi łatwiernych, którym można wszystko wmówić. Którzy przyznają ci się do wszystkiego. Bo nie mają już nic. Żyją w piekle za życia. Wtrąceni tam przez głupich, tłustych biskupów i durnych kapłanów, którzy są wilkami w owczej skórze. I wtedy umrze w Tobie piekło. Zagaśnie, emocje opadną, pojawić się może depresja. Ale spokojnie. W końcu, jak uczyli nas księża, „lepiej mieć piekło tu niż po śmierci”. Zwłaszcza, gdy siebie uznajesz za świętą/świętego, a chętnie byś wszystkich „złych” najchętniej posłała do diabła. 
/cz.1 z cyklu „O przeklętych problemach Kościoła”/

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz