12 sierpnia 2023, sobota

Nasila się antykatolicka histeria. Po dniach profanacji na ŚDM, gdzie doszło co prawda do rzekomego ozdrowienia ze ślepoty, a przy okazji rozdawane przez osoby przypadkowe komunikanty upadały na ziemię – wydaje się, że Tradycja jest ważna. Oznacza ona ciągłość “traktu”, czyli drogi, jaką już przeszły miliony, jeśli nie miliardy. Ponadto komunikanty były rozdawane nie z kielichów, ale z kupionych w IKEI najtańszych plastikowych pudełkach, z których nawet nie zerwano kodu kreskowego. Moja pierwsza komunia święta odbyła się w dniu 19 maja 1985, ale przecież każda Komunia jest de facto pierwsza i każda może okazać się wiatykiem na najdłuższą drogę w Jedną stronę. 

Dziś wieczorem oglądnę Mszę trydencką z Jasnej Góry, gdzie w dniu 23 listopada 2010 roku odbyły się moje pierwsze w życiu egzorcyzmy – mój zły duch nazywał się “Rafał”, to znaczy opętanie samym sobą jest możliwe. Zresztą kto dziś jest altruistą, większość z ludzi to egocentrycy, jeśli nie wprost egoiści. Podczas egzorcyzmu musiałem zjeść święconą sól, wyspowiadać się i zostałem naznaczony poświęconym olejkiem przez księdza Marka, który spytał – “jak ci na imię?” “Rafał” – padła odpowiedź. “Rafale, exorciso te” – rzekł kapłan, pytając, czy był okultyzm, inne religie i ideologie. Podarował mi książkę swego autorstwa “Żyj Duchem Świętym” wpisując jako dedykację. Nie pamiętam jego nazwiska, zresztą zwyczaj zakazuje ponownego kontaktu z dokonującym modlitwy o uwolnienie. Uwolnienie od siebie samego musiało zadziałać, bo pół roku później przeżyłem uleczenie z ciężkiej, zaawansowanej choroby oczu. Będę pisał tylko już o “drugiej stronie życia”, bo tylko o tym warto pisać, niech sobie inni piszą o tym pełnym zła świecie, dolinie i padole łez, błękitnej arce, która jest coraz mniej błękitna i coraz mniej zielona…

***

Kosmos miał początek około 13,8 mld lat temu, słońce świeci 7 mld lat, a Ziemia liczy 5 mld lat, życie pojawiło się 2 mld lat temu, a pierwsze naczelne miliony lat wstecz. Człowiek powstał jakimś cudem ok.100-200 tysięcy lat temu, dlatego śpiewamy “cztery tysiące lat oczekiwany”. Skąd się wzięło to 4000 lat? W XVII pewien mnich oszacował, że świat został stworzony dokładnie 9 października 4004 roku p.n.e., a Żydzi liczą kalendarz od stworzenia świata, który datują na 7 tysięcy lat wstecz licząc od dziś. U nich jest więc rok 5000 któryś tam. Kreacjoniści młodej Ziemi i płaskoziemcy (przypomina się scena z “Seksmisji”, kiedy bohaterowie odkrywają mistyfikację na plaży) wierzą, że planeta ma krańce i powstała od razu w jednym akcie stwórczym, a człowiek Adam nie miał rodziców, więc nie mógł mieć pępka. Na wielu obrazach jednak Adam ma pępek, co stanowi freudowską pomyłkę, albo celowe zwrócenie uwagi, że natychmiastowe stworzenie człowieka nie jest możliwe, bo dzieciństwo jest bardzo ważne i istoty od razu dorosłe przeżyłyby ogromny szok, gdyby pojawiły się nagle jak “deus ex machina”. Stąd chrześcijańscu ewolucjoniści ograniczyli interwencje Boga do inicjacji kosmosu, stworzenia Ziemi, stworzenia pra-organizmu, wykreowania człowieka, a potem interwencji wielokrotnych opisanych w ST i zesłania Jezusa Chrystusa na Ziemię. Stąd kłótnia nie jest o to, czy, ale jak Stwórca nas stworzył i kiedy pojawia się “dusza”. Według nas dusza pojawia się jako możliwość w momencie poczęcia, a zaczyna żyć, gdy przekroczona zostanie krytyczna masa neuronów i ich połączeń w mózgu człowieka. Kiedy masa neuronalna osiągnie punkt krytyczny przestaje się liczyć genetyka, neurologia i człowiek staje się ludzki, w pełni dojrzały, dorosły, ukształtowany. Dusza następnie pozwala na sublimację popędów (stąd niemożność tejże w chorobach neurologicznych), a także twórczy rozwój, nade wszystko zaś na życie duchowe. Tak jest naszym zdaniem, bo nie widzimy możliwości, aby w pełni życie duchowe istniało w dziecku – “kiedy byłem dzieckiem, chodziłem, gdzie chciałem, a teraz Inny przepasze mnie i poprowadzi, dokąd nie chcę”. I “kiedyś myślałem jak dziecko i czułem jak dziecko, a teraz jestem dorosły”. Nie wolno absolutyzować dzieciństwa, sami wiemy, do jakiego okrucieństwa są zdolne bez wychowania i wzorców moralnych. Dlatego powtarzając filogenezę, człowiek ontogenetycznie staje się człowiekiem, czasem osobowością, a rzadko – osobistością…

***

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii, Tradycja katolicka | Dodaj komentarz

Nie udaje się wiara bez diabła i Boga…

***
Niestety, jak pisał ksiądz Twardowski nie udaje się wiara „bez Boga i diabła”. Najpierw, mimo słów Pawła VI, że „swąd szatana wdarł się do Kościoła”, upadła wiara w zło osobowe. Pozostało zło moralne, czyli grzech, ale i to zaczyna upadać. Tymczasem, bardzo łatwo udowodnić, że grzech to nie urojenie, błąd czy wada albo nałóg. Istnieją herezje – jeśli powiem profesorowi, że pierwiastek trzeciego stopnia z ośmiu wynosi cztery, popełniam herezję matematyczną. Dlaczego więc, tym bardziej nie można błądzić w wierze? Można. Słuchałem długo lewej burty Arki Piotrowej, negującej jeśli nie Boga osobowego, to na pewno zło osobowe. Po ostatnich przejściach sądzę, że rację mają jednak ci, co nadal wierzą w zło, albo co gorsza sami je w życiu doświadczyli pod różnymi postaciami. Zło istnieje, bo w przeciwnym razie ofiara Jezusa nie ma sensu, to znaczy, że Jezus umarł z wszelkich innych powodów niż po to, aby zniszczyć moc zła. Wszystko jedno, jakiego – grzech, choroby, śmierć, opętania, niepowodzenia w biznesie, zniszczone relacje, itd. Jeśli Jezus się mylił, twierdząc, że istnieje możliwość utraty życia wiecznego, to znaczy, że nie był Bogiem wszechwiedzącym. Lecz Jezus był po brzegi napełniony Duchem świętym, raczej więc mylić się nie mógł. Mógł natomiast okresowo cierpieć na duszy, aby w ten sposób także zbawić ludzkość. Ja wciąż wierzę, że prawdziwe są słowa skierowane do Faustyny – „nikogo nie wyłączyłem”. Tradycyjnie to Judasza ocenia się najbardziej negatywnie, podczas gdy żyło masę zbrodniarzy i ludobójców przy których nieszczęsny skarbnik Jezusa to niemal święty. Podczas obrzędów i modlitw egzorcystycznych zawsze pojawia się ta sama świta, więc na pewno niektóre przypadki są mistyfikacją i oznaczają chorobę umysłową, która nie jest zawiniona. Jednak w każdej dziedzinie życia są wyjątki – tak samo są granice psychiatrii, za którymi działa już Bóg i zło, które rośnie niczym chwast z pszenicą aż do zbioru. Piszę to po ciężkich ostatnich przejściach, a ja czuję się dobrze i najlepiej tylko w świątyni. Męczą mnie już wszelkie światowe sprawy, jakimi żyje ludzkość, która już dawno przestała niestety wierzyć w „bajeczki o Bogu”, a co najmniej wierzyć w zło osobowe. Męczą mnie wszelkie sprawy doczesne – urządzanie się w życiu, zdobycie „posadki”, znajomości, relacje, ludzie krótkowzroczni, którzy muszą się w młodości wyszaleć, ale potem zawsze przychodzi za to sowity rachunek. Najgorzej mają nie sataniści, bo im większy grzech, tym obficiej wyleje się łaska, tylko letni i oziębli katolicy oraz ateiści, a szczególnie antyteiści i agnostycy, bo paradoksalnie trzeba być zimnym lub gorącym. Okres zimna w moim życiu chyba się kończy. Chcę się wsłuchać, co ma mi do powiedzenia prawica kościelna i Tradycja, bez której ewangelie są wyrwane z kontekstu.
Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii, przeklęte problemy, świątecznie, Tradycja katolicka | Dodaj komentarz

Czy to była halucynacja? Objawienie obrazu Miłosierdzia Bożego w Płocku. 

Wstęp

    W tym tekście pragnę podać kilka bardzo poważnych, a zarazem polemicznych argumentów na rzecz hipotezy o niemal stuprocentowej pewności, że zapisane w słynnym już na całym świecie “Dzienniczku” Świętej Siostry Faustyny prywatne objawienie, które miało miejsce w Płocku w roku 1931 – jest autentyczne. Kilka słów pro domo mea jednak muszę tu zawrzeć. 

    Z wciąż rosnącym kultem Bożego Miłosierdzia, którego inicjatorką z woli Bożej jest Siostra Faustyna spotkałem się trzydzieści lat temu, kiedy w dniu 18 kwietnia 1993 Papież Jan Paweł II dokonał uroczystej beatyfikacji łagiewnickiej zakonnicy. “Dzienniczek” mnie oczarował, zachwycił, wciągnął – szczególnie wtedy, doświadczając różnych trudności osobistych w swoim życiu, potrzebowałem “dowodu”, że istotnie żyjąca w I połowie XX wieku skromna, prosta zakonnica, pełniąca podrzędne, aczkolwiek ważne role w zakonie sióstr Matki Bożej Miłosierdzia – dostąpiła autentycznego spotkania z realną Osobą Jezusa Chrystusa, tego samego, który narodził się w ubóstwie, nauczał, czynił cuda, by umrzeć na krzyżu i – jak głosi niezmiennie od dwóch tysięcy lat chrześcijaństwo – “trzeciego dnia zmartwychwstać, jak oznajmia Pismo”. 

     Potrzebowałem pewności, oparcia się na czymś trwałym w chaosie lat 90., kiedy w Polsce i na całym świecie dokonywała się transformacja ustrojowa i gospodarcza, ale także pogłębiały się różne kryzysy natury duchowej. Szukałem więc “dowodu” na istnienie i działanie Jezusa w życiu Siostry Faustyny, tym samym dowodu na Jego autentyczne zmartwychwstanie, które jako takie może być opisywane jako fakt historyczny, wreszcie więc – na istnienie Boga. Myślę, że tak głębokie kryzysy egzystencjalne przechodziło wtedy wiele osób w Polsce. 

      W roku 2000 w dniu 30 kwietnia Papież Jan Paweł II dokonał kanonizacji świętej Marii Faustyny Kowalskiej, zezwalając na kult w całym Kościele powszechnym. odtąd miliony, jeśli nie wszyscy katolicy wiedzą, kim była i dla wielu jest zakonnica, której misją było przypomnienie nieco zaniedbanej wtedy prawdy o tym, że choć niełatwe i trudne, jednak Boże Miłosierdzie jest nieskończone. To tyle tytułem wstępu, choć można by ten wątek lat 90. rozwinąć i umieścić w wielu różnych kontekstach. 

***

      Wizja płocka, którą chcę się wyłącznie zająć w tym tekście, miała miejsce w dniu 22 lutego 1931 roku w celi domu zakonnego w Płocku, wieczorem, o nieokreślonej godzinie. W innym miejscu Święta pisze, że “nie wiedziała, że po 21 nie wolno się w celi modlić”. Nie wiem, jak wyglądał typowy dzień w klasztorze. Sprawdziłem jednak, jakim dniem tygodnia była data 22 lutego – okazuje się, że była to niedziela i to pierwsza niedziela Wielkiego Postu. W kontekście tego pragnę przypomnieć, że Faustyna bardzo przeżywała zawsze popełniane podczas karnawału grzechy w Polsce i oczekiwała okresu pokuty. 

      Można więc rzec, że objawienie płockie – którego bezpośrednim celem było ukazanie wzoru “rysunku” słynącego łaskami na całym świecie obrazu Jezusa zmartwychwstałego – nie przypadło w przypadkowy, powszedni dzień tygodnia, lecz w rozpoczynającym się nowym okresie liturgicznym oraz na dwa lata przed Jubileuszem 1933 lat od męki, śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Myślę, że ten kontekst jest nie bez znaczenia, choć nie tylko on decyduje o wartości objawienia w Płocku.

    Kolejnym kontekstem – który dobrze znamy – jest trwający od wielu lat spór o życie i dzieło Siostry Faustyny. Początkowo nikt zakonnicy drugiego chóru nie wierzył (wątpliwości mieli nawet spowiednicy i kierownicy duchowi, przełożeni), później Kongregacja Nauki Wiary zakazała kultu Bożego Miłosierdzia w formach podanych przez Siostrę Faustynę. Następnie – głównie dzięki staraniom ówczesnego uczestnika obrad Soboru Watykańskiego II, biskupa Karola Wojtyłę (Jana Pawła II) – zakaz uchylono specjalnym dekretem, toczył się proces informacyjny, zezwolono pod pewnymi warunkami na kult ściśle lokalny. 

***

Kolejnym problemem była opinia specjalistów-lekarzy – jak wiadomo za życia Siostra Faustyna (co pokazuje film “Faustyna” oraz wybitna biografia Ewy Czaczkowskiej) została poddana badaniom neuropsychiatrycznym i żadnych zaburzeń nerwowych nie stwierdzono. Opinię tę jednak podważono w notatce Jerzego Starnawskiego, który określił – nie czytając całości “Dzienniczka” – przeżycia zakonne świętej jako co najmniej “bujną wyobraźnię”, a w najgorszym razie – chorobę nerwową. Tym samym zanegował pośrednio główną wizję, o której tu piszemy. Stwierdził, że wizje świętej to urojenia, omamy czy halucynacje. Nic więcej. 

      Nie czytając całości, nie biorąc pod uwagę kontekstów biograficznych, religijnych, filozoficznych – na kilku stronach przekreślił wartość dzieła Faustyny Kowalskiej. Nie zgadzam się, że wizja płocka jest halucynacją lub złudzeniem bujnej wyobraźni. Zgadzam się natomiast, że zakonnica mogła okresowo – także ekspiacyjnie – doświadczać pewnych problemów emocjonalnych, które jednak wynikały z bardzo wielu czynników (plotki klasztorne, stosunek współsióstr, itd.), miały jednak głównie wymiar duchowy. Dalej zamierzam podać argumenty – bo “dowodu” nie sposób przedstawić, to kwestia osobistej wiary i osobistej relacji z Bogiem każdego chrześcijanina – że w dniu 22 lutego, w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu w roku 1931 w Płocku miało miejsce zdarzenie nadprzyrodzone. 

***

     Życie i dzieła Siostry Faustyny od początków natrafiały na różne trudności różnej natury. Przewidziała problemy teologiczne, wspólnotowe, społeczne, ale też zapewnienie – podobnie jak dzieci w Fatimie – że ostatecznie “wszystko będzie dobrze”, jak powiedziała święta Julianna z Norwich, żyjąca w wiekach średnich (XIV w.). “Na końcu moje Niepokalane Serce zatryumfuje” – powiedziała Maryja dzieciom. Jeślibym to powiedział ja, nie miałoby to znaczenia, byłoby wyrazem moich pragnień, a nawet – szukania próżnej sławy. Ale jeśli słowa te, doskonale zbadane przez różne komisje teologiczno-psychologiczne, wypowiada Najświętsza ze wszystkich ludzi w historii świata – to nie można ich po prostu ignorować ani zmieniać ich znaczenie. 

    To nie znaczy, że wszystko “samo się stanie”, nie oznacza żadnego “automatyzmu zbawczego”. Podobnie, wszelkie katastroficzne przepowiednie, z których część nie ma wartości, jeśli są prawdziwe i pochodzą od Boga, zawsze są w trybie warunkowym – “jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie”. To znaczy, że mówiąc te słowa w Ewangelii, Jezus jednocześnie mówi, że “jeśli się nawrócicie, nie zginiecie”. Jezus nie obiecuje łatwego miłosierdzia – wiemy, ile ono kosztowało samą Faustynę, ale także jej spowiedników i kierowników duchowych, a także osoby z nią żyjące w różnych domach zakonnych. Miłosierdzie nie jest łatwe, choć zarazem Jezus obiecuje, że “nikogo nie wyłączyłem”. Jeśli nikogo, to nikogo. Koniec, kropka. 

     Słowa Boga są absolutne, a “mowa Boża wyraźna jest”. Święta miała momenty zwątpienia (“Jezu, czy ty nie jesteś widmem jakimś?”), ale i chwile jasnej pewności – jak każdy człowiek dobrej woli, bo nikt z nas nie wie wszystkiego. “Tylko On wie wszystko!” – wołał Jan Paweł II w 1979 roku podczas pielgrzymki w Krakowie na Błoniach, gdzie apelował: “Otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi! Nie lękajcie się! Otwórzcie drzwi wszelkich systemów społecznych, politycznych, ekonomicznych, prawnych! Nie lękajcie się…” – każdy, kto tam był, pamięta tę żarliwość przyszłego świętego, gdy głosił ewangelię “wszelkiemu stworzeniu”. Nawet najgorszym z najgorszych, jak lekarz, który najpierw musi ratować najbardziej chorych i których życie – w tym przypadku życie wieczne – wisi na włosku. 

    W tym szkicu raz jeszcze, nieco szerzej przyjrzę się słynnemu zapisowi objawienia w Płocku wizerunku Jezusa Miłosiernego, na podstawie którego powstał oryginalny obraz – który Faustynie się nie spodobał od strony estetycznej – a następnie przynajmniej dwa kolejne, które są znane na całym świecie. Rzeczywiście, oryginalny obraz, który według niektórych ludzi dobrej woli jest “tym prawdziwym”, estetycznie niestety jest słabszy od późniejszych, których Święta Faustyna już nie mogła zobaczyć. Sądzę, że gdyby ujrzała późniejsze wersje obrazu, nie doświadczyłaby takiego rozdźwięku między Oryginałem a obrazem malowanym ludzką ręką (“Któż wymaluje Cię tak pięknym, jaki Jesteś?”).

    Przytoczmy tedy krótki, jakby dla Faustyny zupełnie “naturalny” (jak zapis ze zwykłego spotkania w parku w pamiętniku osoby świeckiej) opis objawienia Obrazu, który obecnie znajduje się chyba we wszystkich sanktuariach, świątyniach, kościołach i kaplicach na świecie. 

“Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady. W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. – Po chwili powiedział mi Jezus: „Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie.” (Dz. 47).

     Tyle. To znaczy? To znaczy, że w tym jednym akapicie, w kilkunastu zdaniach święta Faustyna Kowalska twierdzi, że “ujrzała” (użyła takiego właśnie słowa) “Pana”. Używa słów prostych, zrozumiałych, jakby dla niej oczywistych, styl nie jest barokowy, ale też nie jest ubogi znaczeniowo. Jako literaturoznawca, który zajmuje się językiem “Dzienniczka” od wielu lat mogę stwierdzić, że jest to opis bezbłędny pod względem ortograficznym, gramatycznym, sprawny, choć nie idealny stylistycznie i bardzo pojemny semantycznie. Ale po kolei. Prześledźmy cały opis słowo w słowo. 

     Jak wiemy, pierwszy rękopis zakonnica spaliła. Spowiednik jako pokutę zlecił odtworzenie z pamięci już zniszczonych stronic i kontynuowanie na bieżąco pamiętnika. Stąd tok tekstu linearny nie odpowiada chronologii zdarzeń. Święta musiała odtwarzać przeszłość (istotne zdarzenia, wstąpienie do klasztoru, opis pierwszych doświadczeń i codzienności), a zarazem zapisywać nowe spostrzeżenia, co dla absolwentki zaledwie kilku klas szkoły powszechnej nie mogło być zadaniem łatwym. 

     Odtwarzając zdarzenia stosuje zwykle określenia czasowe takie, jak “w pewnej chwili”, “od tej chwili” – rzadko lub wcale nie podaje dokładnych dat, szczególnie dat miesięcznych, a tym bardziej – dziennych. Tu jest inaczej – Faustyna po trzech lub więcej latach od spotkania ze Zmartwychwstałym pamięta dzienną datę objawienia. Piszę “po trzech latach”, ponieważ druga i ostateczna wersja pamiętnika duchowego zaczęła powstawać od roku 1934, więc już po Jubileuszu roku 1933. Musiało być to więc przeżycie, które bardzo zapisało się w sercu i duszy zakonnicy. 

     Opis dalej podaje tylko istotne szczegóły – pora wieczorna (choć nieokreślona co do godziny, co nie ma znaczenia), miejsce – cela, święta nie pisze, w jakiej pozycji ciała się znajdowała (czy klęczała, stała, siedziała), bo nie jest to w tym momencie istotne. Jest cała skupiona na “Panu”, którego nie “zobaczyła”, czy “spostrzegła”, ale – ujrzała. Przypomina się opis ewangeliczny: “Ujrzał i uwierzył”. I słowa Jezusa do niedowierzającego Tomasza: “Uwierzyłeś, bo Mnie ujrzałeś”. To bardzo istotny detal. 

     Następnie zakonnica pisze, że “wpatrywała się” w Jezusa – wpatrywać się, to intensywnie obserwować, jakby w tym celu, aby wszystko dokładnie zapamiętać, żeby potem móc przywołać w pamięci wzrokowej, opisać malarzom wygląd zewnętrzny Pana. Odbywało się to w “milczeniu” – nie od razu usłyszała słowa wypowiadane na głos przez Jezusa. “Wymaluj obraz, według rysunku, który widzisz” – oczywiście nie osobiście, lecz Bóg znając mądrość i niewątpliwą inteligencję wybranej apostołki Miłosierdzia nie musiał konkretyzować, kto ma ostatecznie fizycznie namalować pierwszy oryginał Obrazu. 

    Dalej święta dowiaduje się, że obraz ma być “podpisany” – w tradycji ikonograficznej ani malarze się nie podpisywali pod dziełami religijnymi, ani też żaden obraz, przynajmniej z tych, jakie mogła w dzieciństwie widzieć w kościołach Faustyna nie był nigdy podpisany. Tu inaczej – sam obraz jakby nie wystarcza – potrzebne jest Słowo i tym jest zdanie oznajmiając w trybie wykrzyknikowym, jakby akt strzelisty – “Jezu, ufam Tobie”. 

   Jezus “wznosi prawą rękę do błogosławieństwa” (więc nie w geście “królewskim” z palcem wskazującym), a “druga dotyka szaty na piersiach”. Ukryte serce nie oznacza ani braku emocji (co obecnie zarzucają wizerunkowi tradycjonaliści), ani braku miłości, ani – jak mówią psychologowie – żadnych ukrytych emocji. Spełnia to rolę realistyczną – ostatecznie nie widziałem nigdy człowieka z sercem na powierzchni ciała. Faustyna nie waha się napisać wręcz “na piersiach” – serce, jakby ukryte przed złem świata, jakby nie chcące się narzucać człowiekowi, który ma wolną wolę, jest na swoim miejscu – we wnętrzu świątyni Ducha Świętego.

   Szata na piersiach jest “uchylona” – nie całkiem odsłonięta, lecz właśnie lekko uchylona, a stamtąd, z ukrytego (jak za życia ziemskiego) wychodzą dwa promienie – jeden barwy czerwonej, drugi – i tu jest istotny szczegół: nie “biały”, lecz “blady”. Biała jest cała szata Jezusa, promień oznaczający wodę, która wypłynęła po przebiciu serca włócznią, jest taki, jak kolor wody – woda nie jest biała, jest przezroczysta, właśnie blada (widzenie odbywa się w celi zapewne nieoświetlonej światłem elektrycznym, może właśnie dlatego wieczorem, kiedy kontrast postaci Chrystusa jest wyraźniejszy niż gdyby wizja miała miejsce w świetle dnia). 

    Dlatego wszelkie interpretacje “patriotyczne”, choć czynione w dobrej wierze są raczej chybione – Jezus nie żąda od Faustyny “intronizacji”, wyraźnie mówi, że napis nie ma brzmieć “Chrystus, Król Miłosierdzia”, a obraz ma być namalowany fizycznie, a nie metaforycznie w “duszy zakonnicy”, jak początkowo myśleli spowiednicy. Stąd promienie, choć pewne podobieństwo jest, nie oznaczają barw narodowych Polski, choć skądinąd Jezus gdzie indziej stwierdza, że “Polskę szczególnie umiłowałem”. 

     Decydującym – przynajmniej dla piszącego te słowa – argumentem jest to, że Faustyna, która nie czytała nawet Pisma świętego, ani tym bardziej prac teologicznych czy religioznawczych doskonale oddała swój stan ducha podczas całego, trwającego zapewne kilka minut objawienia: “dusza moja przejęta była bojaźnią, ale i radością wielką”. 

     Jest to opis antycypujący późniejsze o wiele lat ustalenia wybitnych religioznawców, m.in. M. Eliadego, a szczególnie R.Otto, który w swym fundamentalnym dziele opisał stan dusz doświadczających “teofanii” (czyli dosłownie: “objawienia/ukazania się Boga/Bósta”) właśnie jako z jednej strony “tremens” (nie lęk, ani strach, lecz płynące z odczucia majestatu poczucie “bojaźni” w sensie także biblijnym jako uczucie bardzo pozytywne, szacunek i uwielbienie wielkości Boga), a z drugiej – “fascinosum”, czyli odczucie nie tyle potocznie rozumianej dziś “fascynacji”, lecz ekstatycznej radości, nie dającej się wytłumaczyć psychologicznie, ani tym bardziej – na gruncie psychologii klinicznej. Faustyna na pewno nie wiedziała o ustaleniach wspomnianych badaczy, niezależnie dochodzących do podobnych wniosków. To dość poważny argument przeciwko tezie Starnawskiego, że wizja płocka to wytwór wyobraźni. 

     Dalej mamy już polecenie, a raczej nie tyle rozkaz, ani nawet życzenie, lecz “pragnienie”, więc bardziej “prośbę” niż nakaz, imperatyw, aby ten obraz był czczony najpierw lokalnie, a potem na całym świecie. Jest to naturalna i zgodna z praktyką Kościoła kolejność. Obietnice, które pojawiają się na samym końcu wizji, dotyczą nie tylko “życia wiecznego” (choć przede wszystkim), ale już także “pokonania nieprzyjaciół”, którymi równie dobrze mogą być tradycyjnie złe duchy, jak i ludzie złej woli.

 ***

     Opis urojonego objawienia w Płocku różniłby się znacznie od tego, który znajduje się w “Dzienniczku”, gdyby prawdziwa była teza Jerzego Starnawskiego, psychiatry z KUL, który postawił Siostrze Faustynie diagnozę ciężkiej choroby nerwowej, jaką jest choroba afektywna dwubiegunowa, dawniej nazywana “psychozą maniakalno-depresyjną” (albo krócej: “cyklofrenią”). 

    Za pomocą AI sporządziłem parafrazę przytoczonego opisu wizji mistycznej, zakładając, że sztuczna inteligencja jest na poziomie wczesnym, do którego werbalnie niekiedy regresują chorzy psychicznie i nerwowo. 

    Parafraza w trybie “hard” – to maksymalna unikalność w stosunku do oryginału, więc najwięcej zmian formalnych przy zachowaniu sensu całości – w programie do parafrazowania i sumaryzowania tekstów opartym na AI NeuralWriter. Parafraza lub przeformułowanie to oddanie tego samego tekstu innymi słowami bez utraty znaczenia samego tekstu. Innymi słowy, przekazujemy znaczenie tekstu naszymi własnymi słowami. 

      Często zdarza się, że sparafrazowany tekst lepiej oddaje jego znaczenie niż słowa oryginału i w rzeczywistości w ten sposób tworzymy kopię tekstu, która różni się znaczeniem od oryginału, np. gdy opowiadamy usłyszaną historię własnymi słowami, parafrazujemy ją, ale znaczenie pozostaje takie samo. Uczniowie często parafrazują, ponieważ nie są w stanie przekazać znaczenia dokładnie takiego, jak oryginał. Dawniej podkreślano, że należy uczyć się na pamięć i dokładnie cytować (np. w przypisach) czyjeś wypowiedzi – dziś piszemy raczej własnymi słowami, parafrazując mniej lub bardziej adekwatnie do znaczenia oryginału. Oto parafraza stworzona przez AI: 

“Wieczorem w mojej celi zobaczyłam Pana Jezusa w białej szacie, jedną rękę wzniesioną w błogosławieństwie, a drugą dotykającą szaty na Jego piersi. Z zakrzywienia szaty na Jego piersi wychodziły dwa wielkie promienie światła, jeden czerwony, a drugi blady. Patrzyłam na Pana w milczeniu, duszę moją napełniał strach, a zarazem wielka radość. Po chwili Jezus powiedział do mnie.”Zrób obrazek podobny do tego, który widziałaś i napisz 'Jezu, wierzę w Ciebie’. Chcę, aby ten obrazek został uhonorowany najpierw w twojej kaplicy, a potem na całym świecie.” 

     Jak nietrudno zauważyć, parafraza stworzona przez AI jest znacznie gorsza od oryginału. Jeśli przyjąć, że sztuczna inteligencja (AI) znajduje się obecnie na poziomie mowy powiedzmy przeciętnego 3-5 latka, a jak twierdzą psychiatrzy – chorzy umysłowo regresują nawet do wczesnego wieku dziecięcego (co przypomina też czasem mowę ludów pierwotnych) – to musimy stwierdzić, że przeprowadzony tu eksperyment ligwistyczny ma głęboki sens. AI, które jest w powijakach, pokazało “nieświadomie”, jak mógłby wyglądać opis spotkania Faustyny ze Zmartwychwstałym, gdyby operowała językiem na poziomie dzieci. Język Faustyny nie był zatem nie tylko właściwy chorym, ale przejawia wysokie walory artystyczno-estetyczne, niedostępne chorym psychicznie i nerwowo osobom. 

    To samo zresztą niedawno stwierdziła lekarka-psychiatra, która specjalizuje się w tematyce właśnie cyklofrenii. Chorzy na tę chorobę są dość podobni do siebie i zachowują się zupełnie inaczej niż wynika z relacji świadków w procesie informacyjnym. Gdyby Faustyna miała nie autentyczną wizję, tylko maniakalne omamy, to nie użyłaby w opisie słowa “rysunek” – “wymaluj obraz według rysunku, który widzisz” – tylko na przykład napisałaby, że “mam namalować obraz, bo miałam wizję”. Co więcej, gdyby jakakolwiek chora nerwowo (mniejsza na jaką chorobę) zakonnica w klasztorze doświadczyłaby urojonej bądź nawet rzeczywistej wizji, to nie potrafiłaby tego zachować w dyskrecji, co jest w Dzienniczku cechą podstawową. 

    Chorzy chętnie zwierzają się ze swych urojeń, omamów, halucynacji, tworzą różne traktaty teologiczne, niemal – obnażają się emocjonalnie przed innymi. Nie są w stanie też zachować dla siebie powierzanych im sekretów. Nie znają pojęcia “tajemnica”, “sekret”, dyskrecja, milczenie, tabu, reguła – wszystko wszystkim chętnie – jak małe dzieci – opowiadają, nieraz ubarwiając swe opowieści, dodając coś, aby wypaść lepiej albo zatajając wstydliwe kwestie. Nie stwierdzam tutaj żadnej z opisanych pokrótce zasad zachowania się osób chorych nerwowo, zwłaszcza szczególnie na cyklofrenię w fazie maniakalnej, kiedy chory nie dość, że jest towarzyski, to jest nadkontaktowy – potrafi być maksymalnie wylewnym, jak po spożyciu alkoholu, nieraz to doprowadza do poważnych skutków społecznych, a nawet – złamania prawa. 

     Chorzy z manią mówią wszystko, jak leci, nic nie potrafią zachować dla siebie. Ten obraz zupełnie nie pasuje do osoby Siostry Faustyny – zawsze zachowywała sekrety, a swoje wewnętrzne przeżycia traktowała jako prywatne doświadczenia, o których mogli wiedzieć jedynie spowiednicy, kierownicy duchowi czy przełożeni. To bardzo istotny szczegół – pomijając już inne obecne w fazie hipomaniakalnej cechy, jak brak pokory, szukanie siebie i swej sławy, próżność świata – poczucie bycia centrum wszechrzeczy. Faustyna w ogóle nie spełnia ani jednego kryterium psychiatrycznego, jeśli podejdziemy do sprawy poważnie, obiektywnie i bez zakładania albo wykluczania czegokolwiek z góry. Liczy się prawda i nie ma co się tego bać. Jestem pewien, że ostateczna prawda o życiu i dziele Świętej Faustyny będzie radosna. 

   Również hipoteza jednego z publicystów katolickich, niedawno opublikowana w “Tygodniku Powszechnym – że “Faustyna spotykała się tak naprawdę z własnym wewnętrznym, sobowtórowym alter-ego” – z którą polemizowała już najwybitniejsza jak dotąd autorka biografii Świętej Faustyny, Ewa Czaczkowska, w świetle tego, co ustaliłem – nie wytrzymuje elementarnej krytyki merytorycznej. Owszem, słynne “róże czerwone w garnku zamiast ziemniaków” i to w zimie, mogły być wyobraźnią, co przed komisją teologiczną zeznała pewnie pod przysięgą siostra zakonna, która wtedy razem z Faustyną gotowała te ziemniaki. Garnek był zapewne zbyt duży i zbyt ciężki dla schorowanej już wtedy Świętej. 

     Również inne wizje – zresztą spowiednicy Faustyny nakazali jej podkreślić w tekście wszystko to, co na pewno jest wyobraźnią – mogły wynikać z tak zwanej “mistyki naturalnej”. Okazało się, że na wyraźne żądanie kierowników duchowych bardzo wiele opisów różnych wewnętrznych wizji wykreśliła. I podkreśliła tylko te, co do których nie miała ani cienia wątpliwości, że nie są jej fantazją. 

    Nie ma tu de facto więc sprzeczności – pewne wizje mogły być wyobrażone, niemniej wizja płocka, którą się tu zajmujemy – niemal na pewno jest autentyczna. Zresztą sama autorka przyznała, że “widzeń zewnętrznych mam niewiele”, zewnętrznych, czyli takich, których źródło nie znajduje się w osobie widzącej, lecz pochodzi z duchowej, obiektywnej Rzeczywistości. To wszystko trzeba umieć odróżniać, na przykład zgodnie z maksymą św. Tomasza z Akwinu, który uczył, aby “często rozróżniać” (to nie znaczy z kolei – dzielić włos na czworo). 

*** 

    Na dobitkę, nie jest możliwe napisanie takiego arcydzieła, jakim jest “Dzienniczek. Miłosierdzie Boże w duszy mojej” bez podłączenia, że tak powiem, do wyższych źródeł inspiracji. To nie znaczy, że tekst “Dzienniczka” został podyktowany, podobnie jak dawniej rozumiano stworzenie Pisma Świętego i do dziś wielu ludzi o dobrych intencjach szczerze wierzy, że autorzy po prostu “słyszeli” (albo widzieli) gotowy tekst, od razu na “czysto”, którego nie trzeba poprawiać, redagować ani przepisywać. To osobny temat – inspiracja autorów natchnionych. 

     Moim zdaniem, Jezus polecił napisanie “Dzienniczka” Faustynie z kilku powodów: 

a/ nikt nie czytał wtedy z katolików świeckich Biblii (w średniowieczu było to nawet zakazane), mimo, że istniały już wtedy przekłady na języki narodowe (słynny, ale zbyt poetycki przekład ks. J. Wujka z epoki kontrreformacji, Biblia gdańska i rzecz jasna wielkie dzieło na 1000-lecie chrztu Polski, czyli “Biblia Tysiąclecia” wydana w latach 60., nad którą pracował autobus biblistów, tłumaczy z języków oryginalnych i teologów. To będzie omówione osobno, bo jest niezmiernie interesujące. 

b/ jeśli katolicy czytali nawet Nowy Testament bez wiedzy historycznej, znajomości kontekstów starożytnych zwyczajów żydowskich (etc.), nie rozumieli wiele z tego, co czytają;

c/ pewne wypowiedzi Jezusa w Ewangeliach (zakładając, że są autentyczne i dość wiernie przytoczone przez ewangelistów) miały jedynie odniesienie do jemu współczesnych czasów, a nie znaczenie uniwersalne, można więc je dziś traktować jako jedynie konteksty historyczne. Wypowiedzi przytaczane w tej swoistej “Ewangelii XX wieku”, jaką dla wielu teologów i zwykłych wierzących stanowi “Dzienniczek” odnoszą się już tylko głównie do czasów współczesnych Autorce tychże bezcennych zapisów, także jeśli przypiszemy im wyłącznie historyczno-literackie znaczenie.

    W każdym razie “Dzienniczek” nie został ani sfałszowany (jak sądzą krytycy całego Dzieła Miłosierdzia), ani dosłownie podyktowany – “zrób, co w Twej mocy, a ja uzupełnię resztę”. Jezus mówi wyraźnie, że jest jednak więc coś w mocy każdego z nas, każdego człowieka “bonae voluntatis” na świecie. “Beze Mnie nic uczynić nie możecie” znaczy więc, że cokolwiek choćbyśmy zaczęli, to nie dokończymy bez łaski z nieba. To nie znaczy, że mamy nic nie robić, siedzieć i czekać, aż “Jezus Tym się zajmie”. Niestety, modna obecnie modlitwa-akt strzelisty, czyli “Jezu, Ty się tym zajmij”, choć sama w sobie prawdziwa, bo przecież nie wszystko jest w naszej mocy, dla wielu ludzi służyć może jako usprawiedliwienie bierności. Nie mnie to jednak oceniać. 

***

    Mowę (i coraz częściej w czasach dostępu do edytorów tekstu także pismo) chorych psychicznie określa się w tradycyjnej psychiatrii mainem “schizofazji” (dosł. “sałata słowna”; łac. schizophasia); jest to bardzo poważny objaw psychopatologiczny, świadczący o znacznym rozkojarzeniu myślenia chorych szczególnie na schizofrenię, ale obecny także w innych zaburzeniach psychicznych. Mowa osób w stanie cyklofrenii w fazie hipomaniakalnej (a tym bardziej – w ostrym epizodzie manii) nie jest zmieniona jakościowo (treściowo, znaczeniowo, sens jest zachowany, a chory nie traci kontaktu z rzeczywistością), ale ilościowo – chory dużo mówi, choć często przeskakuje z tematu na temat, nie potrafi utrzymać wątku (“poślizg poznawczy”), bo skojarzenia idą w różne strony – ciężko wtedy utrzymać temat w rozmowie czy temat w formie pisemnej. 

    W schizofazji słowa wypowiadane przez pacjenta nie układają się w logiczny ciąg i są chaotycznie przemieszane. Termin „schizofazja” wprowadził do medycyny Emil Kraepelin, autor określenia “dementia praecox”, czyli “otępienie wczesne”, którego nazwę Eugene Bleurer zmienił w 1911 roku na “Gruppe der Schizophrenien”, dosłownie – “zespół schizofrenii” (w liczbie mnogiej, bo nie ma jednej, wzorcowej schizofrenii). 

    Podsumowując – język, jaki został użyty do napisania “Dzienniczka” nie spełnia ani jednego z podanych wyżej kryteriów “rozszczepienia mowy”. Jest to język nie tylko naturalnie harmonijny, ale wręcz zdumiewający wartościami estetycznymi “naddanymi”, zwłaszcza u osoby, która ukończyła zaledwie kilka klas szkoły powszechnej (co było częste u dzieci wiejskich, które musiały wrócić do domu i pomagać w prowadzeniu gospodarstwa). Zaburzoną chronologię można tłumaczyć tym, że pierwotna wersja tekstu została zniszczona, urwane zdania – faktem, że święta musiała pisać w tajemnicy i przerywała pisanie, gdy ktoś wchodził do jej celi. Skarżyła się, że nie “mam nawet dobrego pióra” i że robią się kleksy – prawdziwa zmora jeszcze uczniów lat 80., zanim nie zezwolono w szkole na używanie długopisów. 

***

     Sprawdziłem też kontekst historyczny na dzień Objawienia w Płocku. Otóż według źródeł w dniu, kiedy “wieczorem Faustyna była w celi”, czyli 22 lutego 1931 w krakowskim Domu Katolickim odbywał się wiec protestacyjny przeciw szerzącej się już wtedy i stale nasilającej w prasie, w literaturze i w teatrze pornografii. W wiecu tym uczestniczyli m.in. bp Adam Stefan Sapieha i Karol Rostworowski. 

     Zapewne ów kontekst historyczny jest jakoś istotny – ważne jest to, co się w dniu 22 lutego 1931 roku działo na demonstracji w Krakowie przeciw rozpoczynającej się, a potem rozlanej na całą Polskę fali erotyki, a niebawem – twardej, ohydnej pornografii, którą promowano potem w latach 60 w czasie “rewolucji obyczajowej” na całym świecie, jednak szczególnie w “cywilizowanym” świecie Zachodu i całej strefy euroatlantyckiej. Jak wiadomo, Faustyna szczególnie mocno podkreślała niszczące człowieka “grzechy zmysłowe”, z tym, że można to odczytywać różnie – z jednej strony luzowanie obyczajów miało realnie w świecie miejsce, z drugiej – ówczesny Kościół nieco czasami zbytnio koncentrował się na “tych grzechach”. 

     Niewiele osób spośród krytyków pontyfikatu papieża Benedykta XVI wie, że jako jeszcze młody kapłan i uczestnik obrad Soboru Watykańskiego II należał do frakcji liberalnej, któa chciała bardzo daleko idących reform, dostosowania się do świata nowoczesnego, który w naukach humanistycznych określa się jako “późny modernizm”. Kardynał Ratzinger był nawet za znacznym “poluzowaniem” rzeczywiście wtedy zbyt surowej etyki w zakresie życia rodzinnego i małżeńskiego z dopuszczeniem do “miękkiej” przeciwkoncepcji włącznie. Gdy jednak na własne oczy zobaczył, co się dzieje w ramach rzekomo postępowej “rewolucji seksualnej” drugiej połowy lat 60., zaczął rewidować swoje nastawienie i nabył sporo krytycyzmu wobec forsowanych przez zwłaszcza skrajną frakcję liberalno-lewicową zmian. Nazywanie Benedykta XVI z tego powodu, że zaczął krytycznie oceniać współczesność mianem “pancernego kardynała” jest tyleż krzywdzące, co głupie. Nikt nie pamięta, dlaczego przyszły papież zmienił spojrzenie na świat – po prostu był przerażony tym, co wyprawiano w latach 60. 

     Grzech ma nie tylko zmysłowy charakter, mówimy wszak “myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem”. Moim zdaniem, dziś nawet gorsze jest nie to, co źle zrobiliśmy, ile to, czego dobrego nie uczyniliśmy. Można więc podzielić grzechy na “dodatnie” (coś, czego nie powinno być) i grzechy “ujemne” – nie zrobienie czegoś, co należy do naszych obowiązków, a nawet – zmarnowanie okazji do czynienia dobra, które co prawda nie jest naszym obowiązkiem (np. wynikłym z umowy o pracę, dawniej też się mówiło o obowiązkach “stanu”), ale zaniedbanie go może komuś zaszkodzić. Nieudzielenie pomocy znajduje się nawet w prawie karnym i jest karalne.

  Tym bardziej obowiązuje to w sumieniu wszystkich chrześcijan, szczególnie katolików, skoro twierdzimy, że to w Kościele powszechnym jest przechowywana Prawda, sakramenty i że “poza Kościołem nie ma zbawienia”. To dar, ale i szczególne zobowiązanie – bo jeśli faktycznie mamy skarb, to jeśli go zaniedbamy, będziemy surowiej sądzeni niż inni chrześcijanie, a tym bardziej wyznawcy innych religii, a nawet ludzie niewierzący, lecz jednak pełni dobrej woli i przestrzegający prawa stanowionego przez ludzi. 

***

     Siostra Faustyna ponoć często widziała Jezusa jako małe Dziecko, które okazywało jej swoją wdzięczność i radość. Na przykład w czasie Mszy świętej w Boże Narodzenie 1937 roku ujrzała Dzieciątko Jezus stojące przy niej na rogu klęcznika i trzymające się jej ramienia. Po Komunii świętej ujrzała Jezusa takiego samego w swoim sercu i czuła Go przez cały dzień fizycznie (Dz. 343). Siostra Faustyna doświadczała również mistycznej łączności z cierpieniem i śmiercią Chrystusa. Na przykład w Wielki Piątek 1938 roku ujrzała Ukrzyżowanego Jezusa na ołtarzu i usłyszała Jego głos: Pragnę wejść do twojego serca (Dz. 1052). Po Komunii świętej odczuwała ogromny ból i rany na swoim ciele, które były odzwierciedleniem ran Chrystusa.

   Siostra Faustyna miała być również świadkiem chwały i mocy Zmartwychwstałego Pana. Na przykład w Niedzielę Miłosierdzia 1935 roku ujrzała Jezusa ubranego w białą szatę z ranami na dłoniach i nogach, ale promieniującego światłem. Jezus powiedział jej: Dziś otwieram morze miłosierdzia dla całego świata (Dz. 420). Siostra Faustyna prosiła Go o wiele łask dla siebie i dla innych ludzi. Siostra Faustyna miała również okazję ujrzeć Jezusa jako Króla Wszechrzeczy, który panuje nad niebem i ziemią. Na przykład w czasie modlitwy przed Najświętszym Sakramentem ujrzała Jezusa na tronie otoczonego aniołami i świętymi. Jezus powiedział jej: Jestem Królem nieba i ziemi (Dz. 83).

***

      Czym są halucynacje w kontekście mistyki religijnej? Halucynacje wzrokowe są to fałszywe doznania związane z narządem wzroku, które polegają na widzeniu przedmiotów, ludzi, zwierząt lub innych kształtów, które nie istnieją w rzeczywistości. Halucynacje wzrokowe mogą być proste (np. widzenie błysków, cieni) lub złożone (np. widzenie sylwetek ludzi, zwierząt) i mogą towarzyszyć im halucynacje innych zmysłów (np. słuchowe, węchowe). Halucynacje wzrokowe i wizje mistyczne to nie jest to samo, choć mogą być czasem  trudne do odróżnienia. Halucynacje wzrokowe to fałszywe doznania związane z narządem wzroku, które powstają bez zadziałania jakiegoś bodźca sprawczego i są odbierane jako realne przez osobę je doświadczającą. 

    Wizje mistyczne to doznania związane z religią lub duchowością, które mają charakter nadprzyrodzony lub transcendentny i są odbierane jako prawdziwe przez osobę je doświadczającą. Halucynacje wzrokowe mogą być objawem różnych stanów chorobowych lub zaburzeń psychicznych, takich jak schizofrenia, depresja psychotyczna, padaczka, nowotwory mózgu czy niewydolność wątroby. Mogą być też wywołane przez zażywanie substancji psychoaktywnych (np. LSD, meskalina), odstawienie alkoholu lub narkotyków, wysoką gorączkę lub niedostateczną ilość snu. 

    Wizje mistyczne mogą być związane z głębokim doświadczeniem religijnym lub duchowym, takim jak modlitwa, medytacja, kontemplacja czy ekstaza. Aby odróżnić halucynacje wzrokowe od wizji mistycznych, należy zwrócić uwagę na kilka czynników, takich jak:

  • halucynacje wzrokowe mogą mieć dowolną treść, często niezwiązaną z religią lub duchowością, a wizje mistyczne mają zazwyczaj treść religijną lub duchową, związaną z Bogiem, aniołami, świętymi czy demonami.
  • halucynacje wzrokowe mogą pojawić się w dowolnym momencie dnia lub nocy, bez żadnego powodu lub bodźca wyzwalającego, a wizje mistyczne często pojawiają się w określonym kontekście religijnym lub duchowym, np. podczas modlitwy, medytacji czy pielgrzymki.
  • wizje mistyczne mogą być odbierane jako symboliczne lub metaforyczne i mogą być poddawane ocenie lub interpretacji przez osobę je doświadczającą lub autorytety religijne.

      Można mieć zarówno halucynacje, jak i wizje mistyczne. Niektóre osoby mogą doświadczać halucynacji związanych z zaburzeniami psychicznymi lub innymi przyczynami, a jednocześnie mieć wizje mistyczne związane z ich religią lub duchowością. Niektóre osoby mogą też mylić halucynacje z wizjami mistycznymi lub odwrotnie. 

     Wizje mistyczne to doznania związane z religią lub duchowością, które mają charakter nadprzyrodzony lub transcendentny i są odbierane jako prawdziwe przez osobę je doświadczającą. Wizje mistyczne są prawdziwe dla osób, które je doświadczają i wierzą w ich znaczenie i pochodzenie. Wizje mistyczne mogą być też uznane za prawdziwe przez innych ludzi, którzy podzielają tę samą religię lub duchowość. Wizje mistyczne należą do sfery osobistej i mogą być różnie interpretowane przez różne osoby. Jednak wizji mistycznej nie można zmierzyć, udowodnić lub zweryfikować za pomocą metod empirycznych. 

     Jest to bardziej kwestia osobistej relacji z Bogiem, odwaga “rzucenia się na głębię”, bez oglądania się na zachowanie innych (w Łodzi w katedrze Faustyna pisze, jak po opuszczeniu zabawy tanecznej, “padła krzyżem na środku, nie zwracając na nikogo uwagi”), a stało się to po opuszczeniu balu z zachowaniem dyskrecji (“pozorując ból głowy”), gdzie doznała pierwszego spotkania z ubiczowanym Jezusem – “i znikło sprzed moich oczu towarzystwo, umilkła wdzięczna muzyka, pozostał tylko Jezus i ja”. 

     Również “halucynacje” raczej nie trzymają w rękach fizycznych brulionów Dzienniczka, ani nie powodują, że z obrazu umęczonej twarzy Jezusa na firance w celi klasztornej, będą kapać rzeczywiste łzy. Wszystko, co opisałem, w ogóle nie pasuje do obrazu chorych nerwowo i psychicznie, szczególnie do schizofrenii, depresji psychotycznej czy zaburzeń dwubiegunowych. Jeśli doświadczała rzeczywiście jakichś “objawów” (“przez całą Mszę walczyłam z myślami bluźnierczymi”, itd.), jak to skrótowo – więc krzywdząco – oznaczają lekarze, to było to oczyszczenie przez “noc ciemną” ducha i zmysłów, którą w XVI wieku opisał św. Jan od Krzyża, wyraźnie zaznaczając, że nie jest to tylko “acedia” (duchowa depresja mnichów), ani melancholia – w sensie dzisiejszej “depresji.” 

      Nie znaczy, to, że święci czy mistycy nie mogą zachorować nerwowo. Znaczy to tylko, że Faustyna zapisała prawdę o tym, co się zdarzyło w Płocku 22 lutego 1931 roku, podczas balu czy wielokrotnie, gdy potem w konteście życia zakonnego (i nigdzie poza tym) ukazywał się jej Jezus. 

      Jeszcze jednym argumentem jest to, że sama Faustyna miała wątpliwości (“Jezu, czy nie jesteś widmem jakimś?”), co przypomina pewien rodzaj stanu ducha, jaki mieli apostołowie po przyjściu Jezusa do wieczernika – niewiarę z radości: “A gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli”. Jest taki stan, gdy ewidentnie dzieje się coś tak pięknego, że w pierwszej chwili nie wierzymy jakby z radości (“no nie wierzę, to niemożliwe, zbyt piękne…”), aby nie doznać rozczarowania, którego pełen jest świat. Jestem pewien, że prawdziwe są słowa Pana, który powiedział, że “błogosławiony ten, kto we Mnie nie zwątpi”. Błogosławiony znaczy tyle, co szczęśliwy…

***

    Myślę, że podane tutaj argumenty na rzecz autentyczności objawienia Jezusa Miłosiernego można by mnożyć, ustawiać w kontekście zarówno całej biografii Świętej, jak i ówczesnej sytuacji w Polsce, Europie, na świecie, ale nawet – lokalnie, wszak Płock to prawie geograficzny środek Polski z najstarszą katedrą. 

     Kontekstów może być więcej – opis osoby, która doświadcza “omamów” byłby zupełnie inny, pełen zbędnych detali, albo z drugiej strony – zbyt ogólnikowy, nieuporządkowany, słownictwo zapewne kwieciste, “barokowe”, a całość sprawiałaby wrażenie sztuczności, teatralności czy dziwaczności. Z innych miejsc wiemy, że Faustyna nie miała świadomości, że tylko jej dane były te wszystkie przeżycia – myślała, że “tak mają tylko wielcy święci”. Może to też świadczyć o tym, że wizja nie zaskoczyła Faustyny – nie była “nagła”, była bardzo ludzka, choć jednocześnie niesłychanie wzniosła. Spotkała Tego, który ją właśnie wybrał, bo Pan wybiera kogo, chce, a często właśnie osoby słabsze, schorowane, z “nizin społecznych”, jak się dawniej mawiało. 

     Temat oczywiście nie jest zamknięty, lecz sądzę, że zarówno psychiatrzy negujący całkowicie autentyczność wizji płockiej (oraz wszystkich pozostałych), jak i skupieni wokół – skądinąd ważnej sprawy “intronizacji Jezusa w sercach Polaków” – krytycy, zarzucający Siostrze Faustynie “fałszywe miłosierdzie”, zbytnią pobłażliwość czy wręcz działanie zwodnicze – nie mają racji, choć te trudności miały i musiały się w historii kultu Bożego Miłosierdzia pojawić; były zresztą zapowiedziane w wielu miejscach tego wybitnego dokumentu katolickiej mistyki, jaki stanowi od niemal stulecia “Dzienniczek” świętej Siostry Faustyny Marii Kowalskiej ze Zgromadzenia Sióstr Matki Bożej Miłosierdzia.  

Postać Chrystusa z wizji Świętej Faustyny.Rafał Sulikowski

/Borówiec, kwiecień 2023 r./

***

 

.

 

Zaszufladkowano do kategorii Życie i dzieło Siostry Faustyny | Dodaj komentarz

Nie do wiary…

***
W dniach 30 kwietnia – 2 maja 2011 w moim życiu zdarzyło się coś tak nieprawdopodobnego, że nie zapomnę reakcji badającego mnie 2 maja rano w pon. na krakowskiej okulistyce przy ul. Kopernika lekarza-okulisty. Po przeczytaniu kartki z ostrego dyżuru przy ul. Fiołkowej 6 z sobotniego badania za pomocą poszerzenia źrenic atropiną i ponownym zbadaniu – siedział z pół minuty w całkowitej ciszy, tak, że słyszałem własne tętno. Potem wezwał drugą lekarkę, bo w takim był szoku. Lekarka zbadała mnie dokładnie i pamiętam jej słowa: „Panie doktorze, ja tu też nic takiego nie widzę…”
Od tamtych zdarzeń, wielokrotnie opisywanych przeze mnie i publikowanych, gdzie się tylko dało, mija właśnie 12 lat. Za pomocą sztucznej inteligencji sprawdziłem, co to właściwie za choroba oczu tak nagle zniknęła jak kamfora i aż dotąd nie powróciła.
Oto co na moje pytanie odpowiedział ChatGPT:
„Zwyrodnienie naczyń krwionośnych w oczach jest chorobą, która polega na uszkodzeniu naczyń krwionośnych w siatkówce oka. Siatkówka jest warstwą tkanki znajdującą się wewnątrz oka i jest odpowiedzialna za przetwarzanie światła na sygnały nerwowe, które następnie są przekazywane do mózgu w celu interpretacji obrazu.
Zwyrodnienie naczyń krwionośnych w oczach może prowadzić do powstawania uszkodzeń na siatkówce, które mogą powodować zaburzenia widzenia lub nawet prowadzić do utraty wzroku. Choroba ta często jest wynikiem chorób takich jak cukrzyca, nadciśnienie tętnicze, miażdżyca, zwyrodnienie plamki żółtej oraz wiele innych chorób, które wpływają na układ krwionośny.
Wczesne wykrycie zwyrodnienia naczyń krwionośnych w oczach jest kluczowe dla zachowania dobrego zdrowia oczu i uniknięcia poważniejszych powikłań. Regularne badania okulistyczne mogą pomóc w wykryciu choroby na wczesnym etapie i zapobiec jej postępom.”
Z kolei wyszukiwarka Bing, też oparta na algorytmach AI, sprawdziła źródła:
„Zwyrodnienie naczyń krwionośnych to choroba zwyrodnieniowa naczyń krwionośnych, która może dotyczyć różnych narządów i tkanek w organizmie człowieka. Najczęściej występuje w wieku podeszłym i jest związana z procesem starzenia się organizmu. W przypadku naczyń krwionośnych choroba ta może prowadzić do miażdżycy, która jest jedną z najczęstszych przyczyn chorób układu krążenia. Objawy zwyrodnienia naczyń krwionośnych zależą od miejsca wystąpienia choroby i mogą obejmować m.in. bóle kończyn, zawroty głowy, zaburzenia widzenia czy problemy z oddychaniem ¹².”
A co do oczu, to AI odpowiedziała mi tak:
„Zwyrodnienie naczyń krwionośnych w oku to choroba oczu, która dotyczy naczyń krwionośnych w siatkówce oka. Zwyrodnienie plamki żółtej to jedna z postaci zwyrodnienia naczyń krwionośnych w oku, która jest związana z uszkodzeniem siatkówki i prowadzi do pogorszenia się wzroku.
Choroba ta zwykle rozpoczyna się po 50 roku życia i prowadzi do uszkodzenia centralnej części siatkówki, czyli plamki żółtej. Rozróżnia się dwie postacie choroby: suchą i wysiękową. Leczenie zwyrodnienia plamki żółtej ma na celu zatrzymanie postępu choroby i łagodzenie objawów.”
/Źródło: Konwersacja za pomocą usługi Bing, 30.04.2023
(1) Plamka żółta – choroby z nią związane i ich leczenie – wylecz.to. https://wylecz.to/…/zwyrodnienie-plamki-zwiazane-z…/.
(2) Zwyrodnienie plamki żółtej – rodzaje, objawy, leczenie. https://portal.abczdrowie.pl/zwyrodnienie-plamki-zoltej.
(3) Zapalenie naczyń krwionośnych – wylecz.to. https://wylecz.to/uklad…/zapalenie-naczyn-krwionosnych/.
(4) 7 domowych sposobów na wzmocnienie naczyń krwionośnych – Krok do Zdrowia. https://krokdozdrowia.com/7-domowych-sposobow-na…/.
Tyle wie na podstawie wielu danych z sieci sztuczna inteligencja. Prosto mi tłumaczyli jeszcze w 2006 roku na okulistyce, że naczynia wrastają w gałkę oczną (rogówkę) i że to trzeba leczyć. Oczywiście, zlekceważyłem, zapomniałem, nie miałem czasu i inne problemy zdrowotne na głowie. Jednak już wtedy, gdy pojechałem do słynnych Witkowic, aby mi wyjęli odłamek muru z oka, zauważyli początki choroby i powiedzieli, że to koniecznie trzeba leczyć, bo „może być groźne”.
Podkreślić też trzeba, że po pierwsze – od dziecka mam ostrą krótkowzroczność, że od 1998 nosiłem soczewki kontaktowe, które nie zawsze są bezpieczne (zwłaszcza niewłaściwie używane), a od 2004 roku paliłem sporo papierosów (do dwóch paczek na dobę). Na dobitkę, w latach 2007-2011 pracowałem ciężko fizycznie, nosząc ponad 20-kilogramowe pojemniki z jedzeniem w firmie cateringowej, obsługującej cały szpital uniwersytecki przy pięknej i zadrzewionej ulicy Kopernika w królewskim Krakowie…
Dlatego nigdy w żadnej chorobie nie trać ani grama nadziei.
Ja jej w ogóle nie miałem, albo bardzo słabą. A jednak słowo stało się ciałem…
Fałszywa diagnoza? Dwa razy – w 2006 w Witkowicach i 30 kwietnia 2011 na Fiołkowej? Silna autosugestia? To spróbuj kogoś nią wyleczyć z tej lub innych chorób… Szczerze życzę powodzenia!
Gdybym został wtedy uleczony ze schizofrenii, którą mam od poczęcia (choć dowiedziałem się o tym na V roku studiów, gdy miałem 24 lata), to chyba dziś pewnie żyłbym w jakimś krakowskim zakonie.
Tylko ludziom się odmawia. Bogu, Jezusowi z Nazaretu, Maryi i wszystkim świętym ani aniołom w niebiosach – nie.
/rs/
Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Długi, majowy weekend…

***
Dziś, teraz, gdy czytasz te słowa, ktoś w Polsce, nie wiem, na przykład w Aleksandrowie kujawskim jeszcze nie wie, że jutro będzie już na tamtym świecie. W każdy weekend, zwłaszcza długi, ginie kilkadziesiąt osób na drodze, połowa to piesi. Mimo apeli policji ludzie jeżdżą za szybko. Ja też tak jeździłem. Dałem spokój. Zwolniłem. I tak wszystkiego i wszędzie nie zdążę. Nie zdążę wszystkiego spisać, zwiedzić, oglądnąć, posłuchać, przeczytać. Człowiek jest w stanie poznać tylko największe arcydzieła ludzkości w każdej dziedzinie i to jest droga, a nie zajmowanie się panią Tokarczuk, której dano Nobla za światopogląd i politykę, a nie za „artystyczne wartości” jej książek, quasi-powieści, które są nudne jak flaki z olejem już po pierwszej stronie czytania. Wiem, bo pisałem o niej najpierw magisterium, a potem jeden rozdział w dysertacji. Podobnie nudnie piszą pozostali „współcześni” pisarze – Chwin przynudza, Huelle też, a Stasiuk to już w ogóle nie są powieści, przynajmniej takie, jakie ludzie chętnie by czytali. Czy w tym kontekście dziwne jest, że tłumaczy się autobusy powieści zagranicznych, zwłaszcza czeskich, ale także modne są dzieła skandynawskie, rosyjskie, ukraińskie i w ogóle – słowiańskie. Wszak, „my, Sławianie lubim sielanki”. No, ale w ogóle „Słowianin” to ktoś kto staje się sławny „słowem”, czyli umie na tyle retorycznie przekonywać, nawet tłumy słuchacza, że jest na topie. Oczywiście, retoryka może być użyta do złych celów, co widzieliśmy w XX wieku. Teraz liczą się powieści religion-fiction (np. blasfemiczna lekko „Masakra profana”, ale lekko i fajnie napisana), typu „Kod da Vinci” z mocną historią symboliki świata, także różne fantasy, science-fiction jakby w dobie kryzysu nauki jakby mniej, ale za to nadal „zwykłe”, ale dobrze napisane powieści obyczajowo-społeczne, a nawet – wskrzeszana powoli wszechwiedząca narracja powieści realistycznych II poł. XIX wieku…
Tylko, kto ma jeszcze oprócz zawodowców czas, siły i spokój, aby siąść z książką w jesienny wieczór koło płonącego drewna i zatopić się w lekturze, wciągnąć się w nią, dać się jej porwać, niemal – utopić. Czy polska literatura wciąga i zmienia życie? Nie. Obecna nie, a na pewno nie ta, która jest na liście lektur na uniwersyteckich polonistykach…
Teraz rynek weryfikuje książki, grafiki czy muzykę. Myślę, że po prostu nie trzeba pisać „pod redaktora”, tylko „pod człowieka”, zwykłego Jasia Kowalskiego, który wraca z pracy zjarany jak sto nieszczęść, nie ma jeszcze-już dzieci i może sobie poczytać, co chce, a nie to, co mu się wmawia, że jest „arcydzielne”. Ja jednak mam zamiar przeczytać, posłuchać i oglądnąć największe arcydzieła z całego świata. Nie chcę czytać wszystkiego na „jakiś temat” albo wycinkowo (np. wszystko z polskiego Romantyzmu z lat 1822-1832, etc.), tylko generalnie. I myślę, że to byłaby dobra droga dla obecnych i przyszłych studentek polonistyki i w ogóle studiów humanistycznych.
A sercem humanistyki nie jest filozofia ani religioznawstwo – sercem jej była i jest porządna historia, czyli fakty – co, kiedy, gdzie, przez kogo i w jakim celu się zdarzyło. Wbrew pozorom w dobie 5G nie ma problemu z natychmiastowym ustaleniem, co się gdzieś zdarzyło. Trzeba natomiast sprawdzać fakty w co najmniej trzech niezależnych źródłach. Jak wiemy, są aż cztery ewangelie synoptyczne. Wystarczyłyby trzy i mamy prawie dowód, że niezależnie spisane, głoszą historyczny, a nie przenośny dowód istnienia i działalności Jezusa. Dziś trzeba na nowo przywrócić Jezusa historycznego, bo już odradzają się stare, odgrzewane kotlety rodem z XIX wieku o prawzorach opowieści ewangelicznych z Egiptu, o tym, że w każdej wschodniej religii „dziewica rodziła syna” (o czym wspomina Bułhakow) i tak dalej.
A Jezus po prostu istniał i tyle. Pamiętajcie czasem o tym, grillując…
Zaszufladkowano do kategorii świątecznie | Dodaj komentarz

To nie była halucynacja. Objawienie obrazu Miłosierdzia Bożego w Płocku. 

Wstęp

      Życie i dzieła Siostry Faustyny od początków natrafiały na różne trudności różnej natury. Przewidziała problemy teologiczne, wspólnotowe, społeczne, ale też zapewnienie – podobnie jak dzieci w Fatimie – że ostatecznie “wszystko będzie dobrze”, jak powiedziała święta Julianna z Norwich, żyjąca w wiekach średnich (XIV w.). “Na końcu moje Niepokalane Serce zatryumfuje” – powiedziała Maryja dzieciom. Jeślibym to powiedział ja, nie miałoby to znaczenia, byłoby wyrazem moich pragnień, a nawet – szukania próżnej sławy. Ale jeśli słowa te, doskonale zbadane przez różne komisje teologiczno-psychologiczne, wypowiada Najświętsza ze wszystkich ludzi w historii świata – to nie można ich po prostu ignorować ani zmieniać ich znaczenie. 

      To nie znaczy, że wszystko “samo się stanie”, nie oznacza żadnego “automatyzmu zbawczego”. Podobnie, wszelkie katastroficzne przepowiednie, z których część nie ma wartości, jeśli są prawdziwe i pochodzą od Boga, zawsze są w trybie warunkowym – “jeśli się nie nawrócicie, wszyscy podobnie zginiecie”. To znaczy, że mówiąc te słowa w Ewangelii, Jezus jednocześnie mówi, że “jeśli się nawrócicie, nie zginiecie”. Jezus nie obiecuje łatwego miłosierdzia – wiemy, ile ono kosztowało samą Faustynę, ale także jej spowiedników i kierowników duchowych, a także osoby z nią żyjące w różnych domach zakonnych. Miłosierdzie nie jest łatwe, choć zarazem Jezus obiecuje, że “nikogo nie wyłączyłem”. Jeśli nikogo, to nikogo. Koniec, kropka. 

     Słowa Boga są absolutne, a “mowa Boża wyraźna jest”. Święta miała momenty zwątpienia (“Jezu, czy ty nie jesteś widmem jakimś?”), ale i chwile jasnej pewności – jak każdy człowiek dobrej woli, bo nikt z nas nie wie wszystkiego. “Tylko On wie wszystko!” – wołał Jan Paweł II w 1979 roku podczas pielgrzymki w Krakowie na Błoniach, gdzie apelował: “Otwórzcie na oścież drzwi Chrystusowi! Nie lękajcie się! Otwórzcie drzwi wszelkich systemów społecznych, politycznych, ekonomicznych, prawnych! Nie lękajcie się…” – każdy, kto tam był, pamięta tę żarliwość przyszłego świętego, gdy głosił ewangelię “wszelkiemu stworzeniu”. Nawet najgorszym z najgorszych, jak lekarz, który najpierw musi ratować najbardziej chorych i których życie – w tym przypadku życie wieczne – wisi na włosku. 

***

       W tym szkicu raz jeszcze, nieco szerzej przyjrzę się słynnemu zapisowi objawienia w Płocku wizerunku Jezusa Miłosiernego, na podstawie którego powstał oryginalny obraz – który Faustynie się nie spodobał od strony estetycznej – a następnie przynajmniej dwa kolejne, które są znane na całym świecie. Rzeczywiście, oryginalny obraz, który według niektórych ludzi dobrej woli jest “tym prawdziwym”, estetycznie niestety jest słabszy od późniejszych, których Święta Faustyna już nie mogła zobaczyć. Sądzę, że gdyby ujrzała późniejsze wersje obrazu, nie doświadczyłaby takiego rozdźwięku między Oryginałem a obrazem malowanym ludzką ręką (“Któż wymaluje Cię tak pięknym, jaki Jesteś?”).

        Przytoczmy tedy krótki, jakby dla Faustyny zupełnie “naturalny” (jak zapis ze zwykłego spotkania w parku w pamiętniku osoby świeckiej) opis objawienia Obrazu, który obecnie znajduje się chyba we wszystkich sanktuariach, świątyniach, kościołach i kaplicach na świecie. 

“Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady. W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. – Po chwili powiedział mi Jezus: „Wymaluj obraz według rysunku, który widzisz, z podpisem: Jezu, ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie.” (Dz. 47).

***

        Opis urojonego objawienia w Płocku różniłby się znacznie od tego, który znajduje się w “Dzienniczku”, gdyby prawdziwa była teza Jerzego Starnawskiego, psychiatry z KUL, który postawił Siostrze Faustynie diagnozę ciężkiej choroby nerwowej, jaką jest choroba afektywna dwubiegunowa, dawniej nazywana “psychozą maniakalno-depresyjną” (albo krócej: “cyklofrenią”). To samo zresztą niedawno stwierdziła lekarka-psychiatra, która specjalizuje się w tematyce właśnie cyklofrenii. Chorzy na tę chorobę są dość podobni do siebie i zachowują się zupełnie inaczej niż wynika z relacji świadków w procesie informacyjnym. Gdyby Faustyna miała nie autentyczną wizję, tylko maniakalne omamy, to nie użyłaby w opisie słowa “rysunek” – “wymaluj obraz według rysunku, który widzisz” – tylko na przykład napisałaby, że “mam namalować obraz, bo miałam wizję”. Co więcej, gdyby jakakolwiek chora nerwowo (mniejsza na jaką chorobę) zakonnica w klasztorze doświadczyłaby urojonej bądź nawet rzeczywistej wizji, to nie potrafiłaby tego zachować w dyskrecji, co jest w Dzienniczku cechą podstawową. 

      Chorzy chętnie zwierzają się ze swych urojeń, omamów, halucynacji, tworzą różne traktaty teologiczne, niemal – obnażają się emocjonalnie przed innymi. Nie są w stanie też zachować dla siebie powierzanych im sekretów. Nie znają pojęcia “tajemnica”, “sekret”, dyskrecja, milczenie, tabu, reguła – wszystko wszystkim chętnie – jak małe dzieci – opowiadają, nieraz ubarwiając swe opowieści, dodając coś, aby wypaść lepiej albo zatajając wstydliwe kwestie. Nie stwierdzam tutaj żadnej z opisanych pokrótce zasad zachowania się osób chorych nerwowo, zwłaszcza szczególnie na cyklofrenię w fazie maniakalnej, kiedy chory nie dość, że jest towarzyski, to jest nadkontaktowy – potrafi być maksymalnie wylewnym, jak po spożyciu alkoholu, nieraz to doprowadza do poważnych skutków społecznych, a nawet – złamania prawa. 

       Chorzy z manią mówią wszystko, jak leci, nic nie potrafią zachować dla siebie. Ten obraz zupełnie nie pasuje do osoby Siostry Faustyny – zawsze zachowywała sekrety, a swoje wewnętrzne przeżycia traktowała jako prywatne doświadczenia, o których mogli wiedzieć jedynie spowiednicy, kierownicy duchowi czy przełożeni. To bardzo istotny szczegół – pomijając już inne obecne w fazie hipomaniakalnej cechy, jak brak pokory, szukanie siebie i swej sławy, próżność świata – poczucie bycia centrum wszechrzeczy. Faustyna w ogóle nie spełnia ani jednego kryterium psychiatrycznego, jeśli podejdziemy do sprawy poważnie, obiektywnie i bez zakładania albo wykluczania czegokolwiek z góry. Liczy się prawda i nie ma co się tego bać. Jestem pewien, że ostateczna prawda o życiu i dziele Świętej Faustyny będzie radosna. 

       Również hipoteza jednego z publicystów katolickich, niedawno opublikowana w “Tygodniku Powszechnym, głosząca, że “Faustyna spotykała się tak naprawdę z własnym wewnętrznym, sobowtórowym alter-ego” – z którą polemizowała już najwybitniejsza jak dotąd autorka biografii Świętej Faustyny, Ewa Czaczkowska – w świetle tego, co ustaliłem,  nie wytrzymuje elementarnej krytyki merytorycznej. Owszem, słynne “róże czerwone w garnku zamiast ziemniaków” i to w zimie, mogły być wyobraźnią, co przed komisją teologiczną zeznała pewnie pod przysięgą siostra zakonna, która wtedy razem z Faustyną gotowała te ziemniaki. Garnek był zapewne zbyt duży i zbyt ciężki dla schorowanej już wtedy Świętej. Również inne wizje – zresztą spowiednicy Faustyny nakazali jej podkreślić w tekście wszystko to, co na pewno jest wyobraźnią – mogły wynikać z tak zwanej “mistyki naturalnej”. Okazało się, że na wyraźne żądanie kierowników duchowych bardzo wiele opisów różnych wewnętrznych wizji wykreśliła. I podkreśliła tylko te, co do których nie miała ani cienia wątpliwości, że nie są jej fantazją. 

      Nie ma tu de facto więc sprzeczności – pewne wizje mogły być wyobrażone, niemniej wizja płocka, którą się tu zajmujemy – niemal na pewno jest autentyczna. Zresztą sama autorka przyznała, że “widzeń zewnętrznych mam niewiele”, zewnętrznych, czyli takich, których źródło nie znajduje się w osobie widzącej, lecz pochodzi z duchowej, obiektywnej Rzeczywistości. To wszystko trzeba umieć odróżniać, na przykład zgodnie z maksymą św. Tomasza z Akwinu, który uczył, aby “często rozróżniać” (to nie znaczy z kolei – dzielić włos na czworo). 

 

*** 

      Na dobitkę, nie jest możliwe napisanie takiego arcydzieła, jakim jest “Dzienniczek. Miłosierdzie Boże w duszy mojej” bez podłączenia, że tak powiem, do wyższych źródeł łaski i inspiracji. To nie znaczy, że tekst “Dzienniczka” został podyktowany, podobnie jak dawniej rozumiano stworzenie Pisma Świętego i do dziś wielu ludzi o dobrych intencjach szczerze wierzy, że autorzy po prostu “słyszeli” (albo widzieli) gotowy tekst, od razu na “czysto”, którego nie trzeba poprawiać, redagować ani przepisywać. To osobny temat – inspiracja autorów natchnionych. 

Moim zdaniem, Jezus polecił napisanie “Dzienniczka” Faustynie z kilku powodów: 

a/ nikt nie czytał wtedy z katolików świeckich Biblii (w średniowieczu było to nawet zakazane), mimo, że istniały już wtedy przekłady na języki narodowe (słynny, ale zbyt poetycki przekład ks. J. Wujka z epoki kontrreformacji, Biblia gdańska i rzecz jasna wielkie dzieło na 1000-lecie chrztu Polski, czyli “Biblia Tysiąclecia” wydana w latach 60., nad którą pracował autobus biblistów, tłumaczy z języków oryginalnych i teologów. To będzie omówione osobno, bo jest niezmiernie interesujące; 

b/ nikt z ludzi nie pamiętał, że istnieje Święto Miłosierdzia, co stwierdził sam Jezus;

c/ ludzie nie mieli żadnego teologicznego przygotowania do lektury tak poważnej literatury natchnionej, jaką stanowi Stary i Nowy Testament. 

      W każdym razie “Dzienniczek” nie został ani sfałszowany (jak sądzą krytycy całego Dzieła Miłosierdzia), ani dosłownie podyktowany – “zrób, co w Twej mocy, a ja uzupełnię resztę”. Jezus mówi wyraźnie, że jest jednak więc coś w mocy każdego z nas, każdego człowieka “bonae voluntatis” na świecie. “Beze Mnie nic uczynić nie możecie” znaczy więc, że cokolwiek choćbyśmy zaczęli, to nie dokończymy bez łaski z nieba. To nie znaczy, że mamy nic nie robić, siedzieć i czekać, aż “Jezus Tym się zajmie”. Niestety, modna obecnie modlitwa-akt strzelisty, czyli “Jezu, Ty się tym zajmij”, choć sama w sobie prawdziwa, bo przecież nie wszystko jest w naszej mocy, dla wielu ludzi służyć może jako usprawiedliwienie bierności. Nie mnie to jednak oceniać. 

***

      Mowę (i coraz częściej w dobie masowego dostępu do edytorów tekstu – także pismo) chorych psychicznie określa się w tradycyjnej psychiatrii mianem “schizofazji” (dosł. “sałata słowna”; łac. schizophasia); jest to bardzo poważny objaw psychopatologiczny, świadczący o znacznym rozkojarzeniu myślenia chorych szczególnie na schizofrenię, ale obecny także w innych zaburzeniach psychicznych. Mowa osób w stanie cyklofrenii w fazie hipomaniakalnej (a tym bardziej – w ostrym epizodzie manii) nie jest zmieniona jakościowo (treściowo, znaczeniowo, sens jest zachowany, a chory nie traci kontaktu z rzeczywistością), ale ilościowo – chory dużo mówi, choć często przeskakuje z tematu na temat, nie potrafi utrzymać wątku (“poślizg poznawczy”), bo skojarzenia idą w różne strony – ciężko wtedy utrzymać temat w rozmowie czy temat w formie pisemnej. 

      W schizofazji słowa wypowiadane przez pacjenta nie układają się w logiczny ciąg i są chaotycznie przemieszane. Termin „schizofazja” wprowadził do medycyny Emil Kraepelin, autor określenia “dementia praecox”, czyli “otępienie wczesne”, którego nazwę Eugene Bleurer zmienił w 1911 roku na “Gruppe der Schizophrenien”, dosłownie – “zespół schizofrenii” (w liczbie mnogiej, bo nie ma jednej, wzorcowej schizofrenii). 

      Podsumowując, należy stwierdzić, język, jaki został użyty do spisania “Dzienniczka” nie spełnia ani jednego z podanych wyżej kryteriów “rozszczepienia mowy”. Jest to język nie tylko naturalnie harmonijny, ale wręcz zdumiewający wartościami estetycznymi “naddanymi”, zwłaszcza u osoby, która ukończyła zaledwie kilka klas szkoły powszechnej (co było częste u dzieci wiejskich, które musiały wrócić do domu i pomagać w prowadzeniu gospodarstwa). Zaburzoną chronologię można tłumaczyć tym, że pierwotna wersja tekstu została zniszczona, urwane zdania – faktem, że święta musiała pisać w tajemnicy i przerywała pisanie, gdy ktoś wchodził do jej celi. Skarżyła się, że nie “mam nawet dobrego pióra” i że robią się kleksy – prawdziwa zmora jeszcze uczniów lat 80., zanim nie zezwolono w szkole na używanie długopisów. 

***

      Czym są w istocie halucynacje wzrokowe? Halucynacje wzrokowe są to fałszywe doznania związane z narządem wzroku, które polegają na widzeniu przedmiotów, ludzi, zwierząt lub innych kształtów, które nie istnieją w rzeczywistości. Halucynacje wzrokowe mogą być proste (np. widzenie błysków, cieni) lub złożone (np. widzenie sylwetek ludzi, zwierząt) i mogą towarzyszyć im halucynacje innych zmysłów (np. słuchowe, węchowe). Halucynacje wzrokowe i wizje mistyczne to nie jest to samo, choć mogą być czasem  trudne do odróżnienia. Halucynacje wzrokowe powstają bez zadziałania jakiegoś bodźca sprawczego i są odbierane jako realne przez osobę je doświadczającą. 

      Wizje mistyczne to doznania związane z religią lub duchowością, które mają charakter nadprzyrodzony lub transcendentny i są odbierane jako prawdziwe przez osobę je doświadczającą. Halucynacje wzrokowe mogą być objawem różnych stanów chorobowych lub zaburzeń psychicznych, takich jak schizofrenia, depresja psychotyczna, padaczka, nowotwory mózgu czy niewydolność wątroby. Mogą być też wywołane przez zażywanie substancji psychoaktywnych (np. LSD, meskalina), odstawienie alkoholu lub narkotyków, wysoką gorączkę lub niedostateczną ilość snu. 

     Wizje mistyczne mogą być związane z głębokim doświadczeniem religijnym lub duchowym, takim jak modlitwa, medytacja, kontemplacja czy ekstaza. Aby odróżnić halucynacje wzrokowe od wizji mistycznych, należy zwrócić uwagę na kilka czynników, takich jak:

  • halucynacje wzrokowe mogą mieć dowolną treść, często niezwiązaną z religią lub duchowością, a wizje mistyczne mają zazwyczaj treść religijną lub duchową, związaną z Bogiem, aniołami, świętymi czy demonami.
  • halucynacje wzrokowe mogą pojawić się w dowolnym momencie dnia lub nocy, bez żadnego powodu lub bodźca wyzwalającego, a wizje mistyczne często pojawiają się w określonym kontekście religijnym lub duchowym, np. podczas modlitwy, medytacji czy pielgrzymki.
  • wizje mistyczne mogą być odbierane jako symboliczne lub metaforyczne i mogą być poddawane ocenie lub interpretacji przez osobę je doświadczającą lub autorytety religijne.

 

Można mieć zarówno halucynacje, jak i wizje mistyczne. Niektóre osoby mogą doświadczać halucynacji związanych z zaburzeniami psychicznymi lub innymi przyczynami, a jednocześnie mieć wizje mistyczne związane z ich religią lub duchowością. Niektóre osoby mogą też mylić halucynacje z wizjami mistycznymi lub odwrotnie. 

       Wizje mistyczne to doznania związane z religią lub duchowością, które mają charakter nadprzyrodzony lub transcendentny i są odbierane jako prawdziwe przez osobę je doświadczającą. Wizje mistyczne są prawdziwe dla osób, które je doświadczają i wierzą w ich znaczenie i pochodzenie. Wizje mistyczne mogą być też uznane za prawdziwe przez innych ludzi, którzy podzielają tę samą religię lub duchowość. Jednak wizji mistycznej nie można zmierzyć, udowodnić lub zweryfikować za pomocą metod empirycznych. 

      Jest to kwestia osobistej relacji z Bogiem, odwaga “rzucenia się na głębię”, bez oglądania się na zachowanie innych (w Łodzi w katedrze Faustyna pisze, jak po opuszczeniu zabawy tanecznej, “padła krzyżem na środku, nie zwracając na nikogo uwagi”), a stało się to po opuszczeniu balu z zachowaniem dyskrecji (“pozorując ból głowy”), gdzie doznała pierwszego spotkania z ubiczowanym Jezusem – “i znikło sprzed moich oczu towarzystwo, umilkła wdzięczna muzyka, pozostał tylko Jezus i ja”. 

      Również “halucynacje” nie trzymają w rękach fizycznych brulionów Dzienniczka, ani nie spowodują, że z obrazu umęczonej twarzy Jezusa na firance w celi klasztornej, będą kapać rzeczywiste łzy. Wszystko, co opisałem, w ogóle nie pasuje do obrazu chorych nerwowo i psychicznie, szczególnie do schizofrenii, depresji psychotycznej czy zaburzeń dwubiegunowych. Jeśli doświadczała rzeczywiście jakichś “objawów” (“przez całą Mszę walczyłam z myślami bluźnierczymi”, itd.), jak to skrótowo, więc krzywdząco oznaczają lekarze, to było to oczyszczenie przez “noc ciemną” ducha i zmysłów, którą w XVI wieku opisał św. Jan od Krzyża, wyraźnie zaznaczając, że nie jest to tylko “acedia” (duchowa depresja mnichów), ani melancholia – w sensie dzisiejszej “depresji.” Nie znaczy, to, że święci czy mistycy nie mogą zachorować. Znaczy to tylko, że Faustyna mówiła i napisała prawdę o tym, co się zdarzyło w Płocku 22 lutego 1931 roku, podczas balu czy wielokrotnie, gdy potem w konteście życia zakonnego (i nigdzie poza tym) ukazywał się jej Jezus. 

      Jeszcze jednym argumentem jest to, że sama Faustyna miała wątpliwości (“Jezu, czy nie jesteś widmem jakimś?”), co przypomina pewien rodzaj stanu ducha, jaki mieli apostołowie po przyjściu Jezusa do wieczernika – niewiarę z radości: “A gdy oni z radości jeszcze nie wierzyli”. Jest taki stan, gdy ewidentnie dzieje się coś tak pięknego, że w pierwszej chwili nie wierzymy jakby z radości (“no nie wierzę, to niemożliwe, zbyt piękne…”), aby nie doznać rozczarowania, którego pełen jest świat. Jestem pewien, że prawdziwe są słowa Pana, który powiedział, że “błogosławiony ten, kto we Mnie nie zwątpi”. Błogosławiony znaczy tyle, co szczęśliwy…

***

       Sprawdziłem też kontekst historyczny na dzień Objawienia w Płocku. Otóż według źródeł w dniu, kiedy “wieczorem Faustyna była w celi”, czyli 22 lutego 1931 w krakowskim Domu Katolickim odbywał się wiec protestacyjny przeciw szerzącej się już wtedy i stale nasilającej w prasie, w literaturze i w teatrze pornografii. W wiecu tym uczestniczyli m.in. bp Adam Stefan Sapieha i Karol Rostworowski. Na demonstracji w Krakowie mocno protestowano przeciw rozpoczynającej się, a potem rozlanej na całą Polskę fali erotyki, a niebawem – twardej, ohydnej pornografii, którą promowano potem w latach 60 w czasie “rewolucji obyczajowej” na całym świecie, jednak szczególnie w “cywilizowanym” świecie Zachodu i całej strefy euroatlantyckiej. Jak wiadomo, Faustyna szczególnie mocno podkreślała niszczące człowieka “grzechy zmysłowe”, z tym, że można to odczytywać różnie – z jednej strony luzowanie obyczajów miało realnie w świecie miejsce, z drugiej – ówczesny Kościół nieco czasami zbytnio koncentrował się na “tych grzechach”. 

       Niewiele osób spośród krytyków pontyfikatu papieża Benedykta XVI wie, że jako jeszcze młody kapłan i uczestnik obrad Soboru Watykańskiego II należał do frakcji liberalnej, któa chciała bardzo daleko idących reform, dostosowania się do świata nowoczesnego, który w naukach humanistycznych określa się jako “późny modernizm”. Kardynał Ratzinger był nawet za znacznym “poluzowaniem” rzeczywiście wtedy zbyt surowej etyki w zakresie życia rodzinnego i małżeńskiego z dopuszczeniem do “miękkiej” przeciwkoncepcji włącznie. Gdy jednak na własne oczy zobaczył, co się dzieje w ramach rzekomo postępowej “rewolucji seksualnej” drugiej połowy lat 60., zaczął rewidować swoje nastawienie i nabył sporo krytycyzmu wobec forsowanych przez zwłaszcza skrajną frakcję liberalno-lewicową zmian. Nazywanie Benedykta XVI z tego powodu, że zaczął krytycznie oceniać współczesność mianem “pancernego kardynała” jest tyleż krzywdzące, co głupie. Nikt nie pamięta, dlaczego przyszły papież zmienił spojrzenie na świat – po prostu był przerażony tym, co wyprawiano w latach 60. 

       Grzech ma nie tylko zmysłowy charakter, mówimy wszak “myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem”. Moim zdaniem, dziś nawet gorsze jest nie to, co źle zrobiliśmy, ile to, czego dobrego nie uczyniliśmy. Można więc podzielić grzechy na “dodatnie” (coś, czego nie powinno być) i grzechy “ujemne” – nie zrobienie czegoś, co należy do naszych obowiązków, a nawet – zmarnowanie okazji do czynienia dobra, które co prawda nie jest naszym obowiązkiem (np. wynikłym z umowy o pracę, dawniej też się mówiło o obowiązkach “stanu”), ale zaniedbanie go może komuś zaszkodzić. Nieudzielenie pomocy znajduje się nawet w prawie karnym i jest karalne. Tym bardziej obowiązuje to w sumieniu wszystkich chrześcijan, szczególnie katolików, skoro twierdzimy, że to w Kościele powszechnym jest przechowywana Prawda, sakramenty i że “poza Kościołem nie ma zbawienia”.

      To dar, ale i szczególne zobowiązanie – bo jeśli faktycznie mamy skarb, to jeśli go zaniedbamy, będziemy surowiej sądzeni niż inni chrześcijanie, a tym bardziej wyznawcy innych religii, a nawet ludzie niewierzący, lecz jednak pełni dobrej woli i przestrzegający prawa stanowionego przez ludzi. 

/rafał sulikowski/

Borówiec, 20-27 kwietnia 2023 r.

***

 

Zaszufladkowano do kategorii Życie i dzieło Siostry Faustyny | Dodaj komentarz

AI-tropocen: witamy w nowym świecie. 

       W dziejach świata można wyróżnić kilka eonów, czyli er w historii życia na Ziemi. Pierwszym byłby “geocen”, kiedy ukształtował się jeden super-ląd (nazywany “pan-geą”); kolejne – “florocen”, potem “faunocen” i zaraz po nim pra-antropocen. Ten ostatni termin wymaga wyjaśnień – dziś mówi się, że żyjemy w “antropocenie”, jednak rozumianym jako “dominacja gatunku ludzkiego i skupienie na świecie tu i teraz, potrzebach i pragnieniach ludzkich”. 

     “Pre-antropocen” to po prostu pierwsze plemiona homo sapiens sapiens – które wcale nie były paradoksalnie skoncentrowane na pragnieniach, lecz po prostu walczyły o przetrwanie w groźnej dla nich przyrodzie. W tym sensie dalej nastąpił “tanatocen” – gdy ludzie uświadomili sobie własną śmiertelność i od celowych pochówków zaczęły się kulty przodków, z których ewoluowały wszystkie wierzenia religijne, najpierw animistyczne, potem politeistyczne, wreszcie – monoteistyczne.

   Później byłyby to kolejno – “urbanocen”: powstawanie pierwszych cywilizacji miejskich oraz wielka epoka po odkryciu pisma, którą nazwać można “graphocenem”. Odkrycie to po krzesaniu ognia i wynalazku koła oraz kalendarzy zmieniło wszystko. Następnie można mówić o epoce “mitocenu”, gdy powstawały zalążki literatury powszechnej, z kolei ów przeszedł dość płynnie, ale zarazem antagonistycznie w “erę pierwszych filozofów”, czyli “filozocen”. 

   Stąd już blisko było to trwającego najdłużej po powstaniu chrześcijaństwa “teocenu”, którego kres nastąpił w jesieni średniowiecza. Od czasów zwrotu reformacyjnego, odkrywania ludzkiej natury Jezusa, a także zwrotu neoantycznego można mówić o właściwym “antropocenie” i tu daje się wyróżnić epoki “nowożytną”, nowoczesną, późny modernizm (albo “płynną nowoczesność” – Z. Baumann) i…wszelkie “post”. 

    Właśnie mamy do czynienia z “końcem końców” – albo z początkiem końca. Wchodzimy w nową erę, epokę, a może nawet – eon: nazwałem go wstępnie i roboczo z braku lepszej nazwy “ai-tropocenem”. To era “sztucznej inteligencji”, jeszcze oddzielonej od inteligencji naturalnej, lecz jak napisał w eseju “naturalne i sztuczne u Lema’ J. Jarzębski, będzie potem bardzo trudno odróżnić to, co “sztuczne” (gr. techne – sztuka, także artystyczna) od tego, co naturalne. Sztuczne można wstępnie rozumieć jako wszystko to, co potencjalnie zawarte jest w prawach fizyki, obecne tylko tedy potencjalnie, ale to człowiek ostatecznie odpowiada za jego aktualizację i materializację. Historia uczy, że wszystko to, co możliwe – a możliwe technicznie jest dziś teoretycznie niemal wszystko – ktoś gdzieś kiedyś zrealizuje, nie bacząc na efekty, skutki uboczne czy dalekie konsekwencje. To dotyczyło już czaów nanotechnologii, genetyki, biologii molekularnej – swego czasu trwała dyskusja o klonowaniu, przeszczepach mózgu i tym podobnych sprawach. 

      Teraz na świeczniku jest “AI” (po polsku “SI”), czyli artificial inteligence, o której głośno z powodu produktów firmy Microsoft, OpenAI oraz szybko goniącego ich Google. Czat ChatGBT, który potrafi odpowiedzieć – na razie jednak dość ogólnikowo – ale sprawnie stylistycznie i unikalnie na niemal wszelkie pytania (w tym – nieetyczne) – został już w niektórych krajach zakazany jako narzędzie pracy oraz w szkołach i na uczelniach.

  Oto próbka możliwości tego narzędzia. Poleciłem AI napisać dwuzwrotkową piosenkę o ekologii, ochronie przyrody z jednym refrenem i w kilkanaście sekund otrzymałem taki oto wynik: 

“Witaj, to jest Bing. Spróbuję napisać tekst piosenki o ekologii, zieleni i ochronie przyrody. Oto mój pomysł:

Zwrotka 1:

Żyjemy na planecie pięknej i bogatej

Lecz nie doceniamy jej darów i skarbów

Zanieczyszczamy powietrze, wodę i ziemię

Niszczymy lasy, zwierzęta i rośliny

Refren:

Ekologia to nie moda, to nasza odpowiedzialność

Zieleni nie ma za dużo, to nasza potrzeba i zdrowie

Ochrona przyrody to nie luksus, to nasz obowiązek i szansa

Na lepsze życie dla nas i dla przyszłych pokoleń

Zwrotka 2:

Mamy moc zmienić ten świat na lepsze

Lecz musimy działać razem i świadomie

Dbajmy o środowisko, oszczędzajmy energię

Segregujmy odpady, sadźmy drzewa i kwiaty.”

***

    Jak widać, sztuczna inteligencja nie potrafi – na szczęście – jeszcze stworzyć niczego wartościowego, a tym bardziej – arcydzielnego, w sensie pisania dobrej literatury, to samo można zresztą sprawdzić, polecając napisać AI opowiadanie czy powieść albo dramat. Niestety, to się może wkrótce zmienić i nasunąć pytania nie tylko etyczne, ale i prawne. Symbolicznym początkiem AI była chyba słynna przegrana Kasparowa, mistrza szachowego z ówczesnym superkomputerem, który jednak działał off-line (był to najlepszy wtedy z możliwych programów typu “chess-play”, dziś dostępnych za darmo on-line). 

   Niestety, AI potrafi już pisać wszelkie teksty proste, użytkowe, copywritingowe – stąd upadają po kolei wszystkie portale dla copywriterów takie, jak “good content” czy niedawno uruchomione “contentovo”. Po prostu nie ma już sensu zlecać człowiekowi napisania precla, artykułu na zaplecze, na bloga czy wpisu na portal społecznościowy i mu za to płacić, skoro SI może to zrobić za darmo w kilka minut. 

    Niestety, dotyczy to nie tylko prostych tekstów, powtarzalnych i schematycznych, lecz także bardziej skomplikowanych w formie i treści szkiców, artykułów tematycznych na głównych portalach typu interia.pl. Dotyczy to – o zgrozo – także najwyższej formy dyskursu, jaką jest pewnie esej, uważany przez niektórych literaturoznawców za czwarty rodzaj literacki. Istnieją już co prawda programy do wykrywania tekstów AI, ale wkrótce – podobnie jak w przypadku programów antywirusowych – mogą przestać odróżniać teksty analogowe od cyfrowych. 

     To samo zresztą dotyczy wszelkich generatorów fotografii, grafiki czy obrazów malarskich – AI na podstawie własnego, co prawda unikalnego opisu werbalnego użytkownika, potrafi stworzyć naprawdę olśniewające dzieła. Niedawno głośna była sprawa wygrania w konkursie sztuk wizualnych obrazu stworzonego przez AI. Twórca stwierdził jednak, że aby uzyskać taki wynik, musiał sporo się napracować, a potem na kanwie stworzonej przez AI, dopiero dopracować i doszlifować efekt końcowy w bardziej wymagających współpracy ludzkiej programach graficznych typu PhotoShop czy Adobe Illustrator. Nagrodę więc uznano za prawnie ważną. 

     Jeśli chodzi o muzykę, to tu jest dla nas najlepiej, a dla AI najgorzej – moje próby wygenerowania losowej muzyki przez popularny program melobytes.com doprowadziły do powstania zarysu całkowicie przypadkowej, chaotycznej kakofonii, gorszej nawet od najgorszego “black metalu”. Póki co więc kompozytorzy i autorzy piosenek mogą spać spokojnie; natomiast gorzej jest z grafikami, urzędnikami piszącymi stosy okólników, marketingowcami i pracownikami agencji reklamowych, a także z tłumaczami – obecna jakość tłumaczeń z dowolnego języka na dowolne narzecze nie jest już praktycznie przez przeciętnego klienta do odróżnienia od wytworu wiedzy i kompetencji translatorów analogowych. 

      Zatem w zakresie muzyki i literatury (z wyjątkiem esejów, ale tylko o niskiej i średniej jakości) jeszcze – ale jak długo? – nie będzie możliwe prześcignięcie najzdolniejszych twórców, artystów czy naukowców – badaczy. Podobnie w grafice – zawsze będą malarze używający pędzla i akwareli na płótnie, zawsze ktoś będzie pisał ręcznie, na maszynie albo najwyżej na pustym edytorze tekstu (bez sugerowania choćby następstwa słów lub dalszego ciągu), zawsze też będą kompozytorzy piszący w zeszytach z pięciolinią, co najwyżej korzystać będą z pustych programów nutowych czy narzędzi do rozpoznawania improwizowanej na jakimś instrumencie melodii. 

     Niestety, za kilka lat znajdą się zapewne ludzie, którzy nie będą mieli już żadnych oporów i hamulców moralnych, aby tworzyć dużo i szybko i na tym zarabiać spore pieniądze. Co gorsza, bez wprowadzenia ograniczeń treściowych AI może posłużyć bardzo złym celom, mówiąc wprost – celom przestępczym, wojennym, może generować fake-newsy, a nawet coraz częstsze “deep-fejki” (głębokie fejki, bardzo trudno demaskowalne), powstaną nowe, całkiem prawdopodobnie brzmiące “teorie spiskowe”, pojawią się również szantaże finansowe – na przykład można już teraz stworzyć realistyczny obraz pornograficzny (a nawet wygenerować krótkie video w tzw. “dark-necie”, to rodzaj “internetu podziemnego, służącego głównie wszelkim cyber-przestępcom), którym potem można będzie szantażować ofiary tych procederów. Symbolem możliwości w tej sferze jest jednak dość nisko szkodliwy społecznie obraz-fotografia Papieża Franciszka w białej kurtce zimowej zamiast alby.

      Wielką rolę będą więc spełniać wszelkie organy powołane do walki z nadużyciami AI, także tak zwane firmy “fact-checkingowe”, których zadaniem będzie weryfikacja wszelkiej wiedzy generowanej sztucznie. Pomijam fakt, że zaraz rozpocznie się dyskusja o prawach autorskich, tantiemach, a z drugiej strony o całych wykluczonych cyfrowo rzeszach ludzi z III i II świata, którzy nie dostosują się do możliwych światów (bo nie będzie to jeden “świat”) AI. 

       W tym sensie nie jesteśmy już w epoce kontrowersyjnego 5G, bo zarówno ona, jak i słynne automatyczne samochody Tesli czy “internet rzeczy”, to już historia. AI będzie meta-bytem, który jest wszędzie i nigdzie. Może ostatecznym celem naukowców, stylizujących się na szalonego uczonego z “Powrotu do przyszłości”, jest stworzenie czegoś, czego nie jeszcze znamy, dosłownie z niczego, np. czerpanie energii z próżni albo stworzenie nieznanej w kosmosie, jakiejś nowej sztucznej cząsteczki elementarnej. Nie wiadomo, co tak naprawdę robią zespoły fizyków w słynnym zderzaczu hadronów pod Genewą. Na pewno nie chcą zniszczyć kosmosu, ale ów zderzacz – jak jak rozszczep jądra atomu – można będzie, jak wszystko, użyć do dobrych lub niecnych celów. W tym kontekście paradoksalnie wrócą stare pytania metafizyczne i moralne – jak żyć? Co robić, a czego nie? Wzrośnie więc rola zarówno twórców, jak i bioetyków, humanistów i wszystkich, co będą w ariergardzie od tyłu ubezpieczać ten zbyt jednak szybki pęd ku nowym światom. 

***

    Jednego można być pewnym –  nawet, jeśli AI będzie potrafić już zrobić wszystko, co dotąd robiliśmy my, a na dokładkę będzie to robić na najwyższym, możliwym poziomie, to niekoniecznie jeszcze wszystko stracone. Jednego nigdy AI nie będzie mogło zrobić – rozwijać się duchowo, niezależnie od wyznania, rodzaju duchowości. Bo choćby nawet powstała wszechwiedząca (i wszechmocna) Inteligencja, nie będzie mieć tego, w co nadal jednak wierzy większa część ludzkości – nieśmiertelnej duszy (“boskiej iskry” Romantyków) oraz wolnej woli. 

     W ten sposób doszedłszy niejako do granicy, a nawet do ściany w ślepym korytarzu progresu – ludzkość niejako zatoczy koło i z jednej strony powróci – dzięki zielonym programom społecznym – do utraconej częściowo natury, z drugiej – może odkryje jakąś zapomnianą, pradawną duchowość, niczym legendarny kielich Graala przez arturiańskich rycerzy “okrągłego stołu” w celtyckiej, przepięknej Kornwalii, gdzie piszący te słowa był osobiście w 1988 roku…

rafał sulikowski

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Halucynacja czy Prawda? O objawieniu płockim Świętej Siostry Faustyny.

Wstęp

W tym tekście pragnę podać kilka bardzo poważnych, a zarazem polemicznych argumentów na rzecz hipotezy o niemal stuprocentowej pewności, że zapisane w słynnym już na całym świecie “Dzienniczku” Świętej Siostry Faustyny prywatne objawienie, które miało miejsce w Płocku w roku 1931 – jest autentyczne. Kilka słów pro domo mea jednak muszę tu zawrzeć. 

Z wciąż rosnącym kultem Bożego Miłosierdzia, którego inicjatorką z woli Bożej jest Siostra Faustyna spotkałem się trzydzieści lat temu, kiedy w dniu 18 kwietnia 1993 Papież Jan Paweł II dokonał uroczystej beatyfikacji łagiewnickiej zakonnicy. “Dzienniczek” mnie oczarował, zachwycił, wciągnął – szczególnie wtedy, doświadczając różnych trudności osobistych w swoim życiu, potrzebowałem “dowodu”, że istotnie żyjąca w I połowie XX wieku skromna, prosta zakonnica, pełniąca podrzędne, aczkolwiek ważne role w zakonie sióstr Matki Bożej Miłosierdzia – dostąpiła autentycznego spotkania z realną Osobą Jezusa Chrystusa, tego samego, który narodził się w ubóstwie, nauczał, czynił cuda, by umrzeć na krzyżu i – jak głosi niezmiennie od dwóch tysięcy lat chrześcijaństwo – “trzeciego dnia zmartwychwstać, jak oznajmia Pismo”. Potrzebowałem pewności, oparcia się na czymś trwałym w chaosie lat 90., kiedy w Polsce i na całym świecie dokonywała się transformacja ustrojowa i gospodarcza, ale także pogłębiały się różne kryzysy natury duchowej. Szukałem więc “dowodu” na istnienie i działanie Jezusa w życiu Siostry Faustyny, tym samym dowodu na Jego autentyczne zmartwychwstanie, które jako takie może być opisywane jako fakt historyczny, wreszcie więc – na istnienie Boga. Myślę, że tak głębokie kryzysy egzystencjalne przechodziło wtedy wiele osób w Polsce. 

W roku 2000 w dniu 30 kwietnia Papież Jan Paweł II dokonał kanonizacji świętej Marii Faustyny Kowalskiej, zezwalając na kult w całym Kościele powszechnym. odtąd miliony, jeśli nie wszyscy katolicy wiedzą, kim była i dla wielu jest zakonnica, której misją było przypomnienie nieco zaniedbanej wtedy prawdy o tym, że choć niełatwe i trudne, jednak Boże Miłosierdzie jest nieskończone. To tyle tytułem wstępu, choć można by ten wątek lat 90. rozwinąć i umieścić w wielu różnych kontekstach. 

***

Wizja płocka, którą chcę się wyłącznie zająć w tym tekście, miała miejsce w dniu 22 lutego 1931 roku w celi domu zakonnego w Płocku, wieczorem, o nieokreślonej godzinie. W innym miejscu Święta pisze, że “nie wiedziała, że po 21 nie wolno się w celi modlić”. Nie wiem, jak wyglądał typowy dzień w klasztorze. Sprawdziłem jednak, jakim dniem tygodnia była data 22 lutego – okazuje się, że była to niedziela i to pierwsza niedziela Wielkiego Postu. W kontekście tego pragnę przypomnieć, że Faustyna bardzo przeżywała zawsze popełniane podczas karnawału grzechy w Polsce i oczekiwała okresu pokuty. 

Można więc rzec, że objawienie płockie – którego bezpośrednim celem było ukazanie wzoru “rysunku” słynącego łaskami na całym świecie obrazu Jezusa zmartwychwstałego – nie przypadło w przypadkowy, powszedni dzień tygodnia, lecz w rozpoczynającym się nowym okresie liturgicznym oraz na dwa lata przed Jubileuszem 1933 lat od męki, śmierci i zmartwychwstania Jezusa Chrystusa. Myślę, że ten kontekst jest nie bez znaczenia, choć nie tylko on decyduje o wartości objawienia w Płocku. 

***

Kolejnym kontekstem – który dobrze znamy – jest trwający od wielu lat spór o życie i dzieło Siostry Faustyny. Początkowo nikt zakonnicy drugiego chóru nie wierzył (wątpliwości mieli nawet spowiednicy i kierownicy duchowi, przełożeni), później Kongregacja Nauki Wiary zakazała kultu Bożego Miłosierdzia w formach podanych przez Siostrę Faustynę. Następnie – głównie dzięki staraniom ówczesnego uczestnika obrad Soboru Watykańskiego II, biskupa Karola Wojtyłę (Jana Pawła II) – zakaz uchylono specjalnym dekretem, toczył się proces informacyjny, zezwolono pod pewnymi warunkami na kult ściśle lokalny. 

***

Kolejnym problemem była opinia specjalistów-lekarzy – jak wiadomo za życia Siostra Faustyna (co pokazuje film “Faustyna” oraz wybitna biografia Ewy Czaczkowskiej) została poddana badaniom neuropsychiatrycznym i żadnych zaburzeń nerwowych nie stwierdzono. Opinię tę jednak podważono w notatce Jerzego Starnawskiego, który określił – nie czytając całości “Dzienniczka” – przeżycia zakonne świętej jako co najmniej “bujną wyobraźnię”, a w najgorszym razie – chorobę nerwową. Tym samym zanegował pośrednio główną wizję, o której tu piszemy. Stwierdził, że wizje świętej to urojenia, omamy czy halucynacje. Nic więcej. 

Nie czytając całości, nie biorąc pod uwagę kontekstów biograficznych, religijnych, filozoficznych – na kilku stronach przekreślił wartość dzieła Faustyny Kowalskiej. Nie zgadzam się, że wizja płocka jest halucynacją lub złudzeniem bujnej wyobraźni. Zgadzam się natomiast, że zakonnica mogła okresowo – także ekspiacyjnie – doświadczać pewnych problemów emocjonalnych, które jednak wynikały z bardzo wielu czynników (plotki klasztorne, stosunek współsióstr, itd.), miały jednak głównie wymiar duchowy. Dalej zamierzam podać argumenty – bo “dowodu” nie sposób przedstawić, to kwestia osobistej wiary i osobistej relacji z Bogiem każdego chrześcijanina – że w dniu 22 lutego, w pierwszą niedzielę Wielkiego Postu w roku 1931 w Płocku miało miejsce zdarzenie nadorzyrodzone. 

***

Przytoczmy zatem bardzo zwięzły, krótki (co już samo w sobie daje do myślenia) opis spotkania z Jezusem zmartwychwstałym. Oto co dosłownie zapisała zakonnica po trzech latach od wizji płockiej. Opis ten zna na pamięć chyba każdy czciciel i czcicielki Bożego Miłosierdzia.  

Wieczorem, kiedy byłam w celi, ujrzałam Pana Jezusa ubranego w szacie białej. Jedna ręka wzniesiona do błogosławieństwa, a druga dotykała szaty na piersiach. Z uchylenia szaty na piersiach wychodziły dwa wielkie promienie, jeden czerwony, a drugi blady. W milczeniu wpatrywałam się w Pana, dusza moja była przejęta bojaźnią, ale i radością wielką. Po chwili powiedział mi Jezus: wymaluj obraz według rysunku, który widzisz z podpisem: Jezu ufam Tobie. Pragnę, aby ten obraz czczono najpierw w kaplicy waszej i na całym świecie. Obiecuję, że dusza, która czcić będzie ten obraz, nie zginie. Obiecuję także, już tu na ziemi zwycięstwo nad nieprzyjaciółmi, a szczególnie w godzinę śmierci. Ja sam bronić ją będę jako swej chwały. (Dz 47-48).

***

Tyle. To znaczy? To znaczy, że w tym jednym akapicie, w kilkunastu zdaniach święta Faustyna Kowalska twierdzi, że “ujrzała” (użyła takiego właśnie słowa) “Pana”. Używa słów prostych, zrozumiałych, jakby dla niej oczywistych, styl nie jest barokowy, ale też nie jest ubogi znaczeniowo. Jako literaturoznawca, który zajmuje się językiem “Dzienniczka” od wielu lat mogę stwierdzić, że jest to opis bezbłędny pod względem ortograficznym, gramatycznym, sprawny, choć nie idealny stylistycznie i bardzo pojemny semantycznie. Ale po kolei. Prześledźmy cały opis słowo w słowo. 

Jak wiemy, pierwszy rękopis zakonnica spaliła. Spowiednik jako pokutę zlecił odtworzenie z pamięci już zniszczonych stronic i kontynuowanie na bieżąco pamiętnika. Stąd tok tekstu linearny nie odpowiada chronologii zdarzeń. Święta musiała odtwarzać przeszłość (istotne zdarzenia, wstąpienie do klasztoru, opis pierwszych doświadczeń i codzienności), a zarazem zapisywać nowe spostrzeżenia, co dla absolwentki zaledwie kilku klas szkoły powszechnej nie mogło być zadaniem łatwym. 

Odtwarzając zdarzenia stosuje zwykle określenia czasowe takie, jak “w pewnej chwili”, “od tej chwili” – rzadko lub wcale nie podaje dokładnych dat, szczególnie dat miesięcznych, a tym bardziej – dziennych. Tu jest inaczej – Faustyna po trzech lub więcej latach od spotkania ze Zmartwychwstałym pamięta dzienną datę objawienia. Piszę “po trzech latach”, ponieważ druga i ostateczna wersja pamiętnika duchowego zaczęła powstawać od roku 1934, więc już po Jubileuszu roku 1933. Musiało być to więc przeżycie, które bardzo zapisało się w sercu i duszy zakonnicy. 

Opis dalej podaje tylko istotne szczegóły – pora wieczorna (choć nieokreślona co do godziny, co nie ma znaczenia), miejsce – cela, święta nie pisze, w jakiej pozycji ciała się znajdowała (czy klęczała, stała, siedziała), bo nie jest to w tym momencie istotne. Jest cała skupiona na “Panu”, którego nie “zobaczyła”, czy “spostrzegła”, ale – ujrzała. Przypomina się opis ewangeliczny: “Ujrzał i uwierzył”. I słowa Jezusa do niedowierzającego Tomasza: “Uwierzyłeś, bo Mnie ujrzałeś”. To bardzo istotny detal. 

Następnie zakonnica pisze, że “wpatrywała się” w Jezusa – wpatrywać się, to intensywnie obserwować, jakby w tym celu, aby wszystko dokładnie zapamiętać, żeby potem móc przywołać w pamięci wzrokowej, opisać malarzom wygląd zewnętrzny Pana. Odbywało się to w “milczeniu” – nie od razu usłyszała słowa wypowiadane na głos przez Jezusa. “Wymaluj obraz, według rysunku, który widzisz” – oczywiście nie osobiście, lecz Bóg znając mądrość i niewątpliwą inteligencję wybranej apostołki Miłosierdzia nie musiał konkretyzować, kto ma ostatecznie fizycznie namalować pierwszy oryginał Obrazu. 

Dalej święta dowiaduje się, że obraz ma być “podpisany” – w tradycji ikonograficznej ani malarze się nie podpisywali pod dziełami religijnymi, ani też żaden obraz, przynajmniej z tych, jakie mogła w dzieciństwie widzieć w kościołach Faustyna nie był nigdy podpisany. Tu inaczej – sam obraz jakby nie wystarcza – potrzebne jest Słowo i tym jest zdanie oznajmiając w trybie wykrzyknikowym, jakby akt strzelisty – “Jezu, ufam Tobie”. 

Jezus “wznosi prawą rękę do błogosławieństwa” (więc nie w geście “królewskim” z palcem wskazującym), a “druga dotyka szaty na piersiach”. Ukryte serce nie oznacza ani braku emocji (co obecnie zarzucają wizerunkowi tradycjonaliści), ani braku miłości, ani – jak mówią psychologowie – żadnych ukrytych emocji. Spełnia to rolę realistyczną – ostatecznie nie widziałem nigdy człowieka z sercem na powierzchni ciała. Faustyna nie waha się napisać wręcz “na piersiach” – serce, jakby ukryte przed złem świata, jakby nie chcące się narzucać człowiekowi, który ma wolną wolę, jest na swoim miejscu – we wnętrzu świątyni Ducha Świętego. Szata na piersiach jest “uchylona” – nie całkiem odsłonięta, lecz właśnie lekko uchylona, a stamtąd, z ukrytego (jak za życia ziemskiego) wychodzą dwa promienie – jeden barwy czerwonej, drugi – i tu jest istotny szczegół: nie “biały”, lecz “blady”. Biała jest cała szata Jezusa, promień oznaczający wodę, która wypłynęła po przebiciu serca włócznią, jest taki, jak kolor wody – woda nie jest biała, jest przezroczysta, właśnie blada (widzenie odbywa się w celi zapewne nieoświetlonej światłem elektrycznym, może właśnie dlatego wieczorem, kiedy kontrast postaci Pana jest wyraźniejszy niż gdyby wizja miała miejsce w świetle dnia). 

Dlatego wszelkie interpretacje “patriotyczne”, choć czynione w dobrej wierze są raczej chybione – Jezus nie żąda od Faustyny “intronizacji”, wyraźnie mówi, że napis nie ma brzmieć “Chrystus, Król Miłosierdzia”, a obraz ma być namalowany fizycznie, a nie metaforycznie w “duszy zakonnicy”, jak początkowo myśleli spowiednicy. Stąd promienie, choć pewne podobieństwo jest, nie oznaczają barw narodowych Polski, choć skądinąd Jezus gdzie indziej stwierdza, że “Polskę szczególnie umiłowałem”. 

Decydującym – przynajmniej dla piszącego te słowa – argumentem jest to, że Faustyna, która nie czytała nawet Pisma świętego, ani tym bardziej prac teologicznych czy religioznawczych doskonale oddała swój stan ducha podczas całego, trwającego zapewne kilka minut objawienia: “dusza moja przejęta była bojaźnią, ale i radością wielką”. 

Jest to opis antycypujący późniejsze o wiele lat ustalenia wybitnych religioznawców, m.in. M. Eliadego, a szczególnie R.Otto, który w swym fundamentalnym dziele opisał stan dusz doświadczających “teofanii” (czyli dosłownie: “objawienia/ukazania się Boga/Bósta”) właśnie jako z jednej strony “tremens” (nie lęk, ani strach, lecz płynące z odczucia majestatu poczucie “bojaźni” w sensie także biblijnym jako uczucie bardzo pozytywne, szacunek i uwielbienie wielkości Boga), a z drugiej – “fascinosum”, czyli odczucie nie tyle potocznie rozumianej dziś “fascynacji”, lecz ekstatycznej radości, nie dającej się wytłumaczyć psychologicznie, ani tym bardziej – na gruncie psychologii klinicznej. Faustyna na pewno nie wiedziała o ustaleniach wspomnianych badaczy, niezależnie dochodzących do podobnych wniosków. To dość poważny argument przeciwko tezie Starnawskiego, że wizja płocka to wytwór wyobraźni. 

Dalej mamy już polecenie, a raczej nie tyle rozkaz, ani nawet życzenie, lecz “pragnienie”, więc bardziej “prośbę” niż nakaz, imperatyw, aby ten obraz był czczony najpierw lokalnie, a potem na całym świecie. Jest to naturalna i zgodna z praktyką Kościoła kolejność. Obietnice, które pojawiają się na samym końcu wizji, dotyczą nie tylko “życia wiecznego” (choć przede wszystkim), ale już także “pokonania nieprzyjaciół”, którymi równie dobrze mogą być tradycyjnie złe duchy, jak i ludzie złej woli. 

***

Myślę, że podane tutaj argumenty na rzecz autentyczności objawienia Jezusa Miłosiernego można by mnożyć, ustawiać w kontekście zarówno całej biografii Świętej, jak i ówczesnej sytuacji w Polsce, Europie, na świecie, ale nawet – lokalnie, wszak Płock to prawie geograficzny środek Polski z najstarszą katedrą. Kontekstów może być więcej – opis osoby, która doświadcza “omamów” byłby zupełnie inny, pełen zbędnych detali, albo z drugiej strony – zbyt ogólnikowy, nieuporządkowany, słownictwo zapewne kwieciste, “barokowe”, a całość sprawiałaby wrażenie sztuczności, teatralności czy dziwaczności. Z innych miejsc wiemy, że Faustyna nie miała świadomości, że tylko jej dane były te wszystkie przeżycia – myślała, że “tak mają tylko wielcy święci”. Może to też świadczyć o tym, że wizja nie zaskoczyła Faustyny – nie była “nagła”, była bardzo ludzka, choć jednocześnie niesłychanie wzniosła. Spotkała Tego, który ją właśnie wybrał, bo Pan wybiera kogo, chce, a często właśnie osoby słabsze, schorowane, z “nizin społecznych”, jak się dawniej mawiało. 

Temat oczywiście nie jest zamknięty, lecz sądzę, że zarówno psychiatrzy negujący całkowicie autentyczność wizji płockiej (oraz wszystkich pozostałych), jak i skupieni wokół – skądinąd ważnej sprawy “intronizacji Jezusa w sercach Polaków” – krytycy zarzucający Siostrze Faustynie “fałszywe miłosierdzie”, zbytnią pobłażliwość czy wręcz działanie zwodnicze – nie mają racji, choć te trudności miały i musiały się w historii kultu Bożego Miłosierdzia pojawić; były zresztą zapowiedziane w wielu miejscach tego wybitnego dokumentu katolickiej mistyki, jaki stanowi od niemal stulecia “Dzienniczek”. 

Rafał Sulikowski

 

Zaszufladkowano do kategorii Życie i dzieło Siostry Faustyny | Otagowano , | Jeden komentarz

Gdzie są wszyscy ułomni?

Kiedy pierwszy raz zgrzeszyłem? Gdzie jest grzech nazywany niezgrabnie pierworodnym? Szukam. Nie wiem. Do 16 roku nie ma mowy o świadomym i dobrowolnym przekraczaniu Dekalogu w materii ważnej, bo dopiero w wieku 16 lat dziecko przestaje być dzieckiem i nabywa rozumu, którego może używać do rozeznania tego, co jest dobre, a co jest złe. A przecież rok wcześniej zachorowałem, mając 15 lat. Wiecie, pamiętam, że w tym roku, gdy mi się pogorszyło, czyli w 8 klasie (1991) w moje 15-te urodziny akurat przypadał Wielki Piątek. Dokładnie to pamiętam.

Czy zatem osoby z diagnozami, z jakąkolwiek diagnozą psychologiczną czy psychiatryczną są w ogóle w stanie odróżnić dobro od zła? Czy chcemy, aby na fali nowej surowości w Kościele (po liberalnych czasach Franciszka), prowadzić do konfesjonałów dzieci z oligofrenią, dzieci z różnymi zespołami, zespołem Downa, upośledzone umysłowo, dzieci z początkami schizofrenii? Czy nawet one naprawdę są w stanie świadomie coś złego zaplanować i zrobić, bo tylko wtedy ma miejsce grzech? Idźmy dalej: czy nawet osoby z cyklofrenią, schizencefalią, padaczką, Parkinsonem, demencją, z zaburzeniami osobowości, ciężkimi postaciami depresji i nerwicy – naprawdę mogą w pełni odpowiadać przed Bogiem i ludźmi za swoje winy?
Drodzy, nie szukam wymówek. Nie byłem aż w takim stanie, abym nie mógł uniknąć zła i uczynić więcej dobra. Ale ta sprawa w Kościele nie jest prawnie i kanonicznie uregulowana. Spójrzcie, kogo nie ma na niedzielnych Eucharystiach? Nie ma ludzi, osób, które przed momentem wymieniłem. Boją się. Wstydzą się, rodzice się wstydzą, że „normalni” i „zdrowi” psychicznie wierni ich zlinczują. Kochani, nie walczę z Kościołem. Ja chcę, aby panowała w nim Boża miłość. Kościół jest albo dla wszystkich, także poszukujących, wątpiących, przeżywających ateizm szlachetny, cierpiących na brak Boga – albo dla nikogo. Kto zostanie w Kościele, jeśli zaczniemy dzieci upośledzone umysłowo karać, napominać, ciągać po spowiedziach i zabraniać im przystępowania do Komunii. Że co, że niby nie potrafią odróżnić zwykłego opłatka od konsekrowanej, przeistoczonej Hostii? Rozumem może nie potrafią. Ale potrafią to sercem, ich wielkim sercem. A serce i czucie jest ważniejsze. Nie teologia, nie potop koszmarkowatych książek religijnych, nie doktoraty, nie wiedza, nie mądrość ludzka.
Źle się dzieje, jeśli w Kościele nie ma kalek, ułomnych, sparaliżowanych. Widzę tylko samych zdrowych, bogatych, zadowolonych, zajmujących pierwsze ławki. A dzieci z niepełnosprawnościami nie ma. Nie ma ich nawet w ostatnich ławkach. Nie tego uczył Jezus. Nie tak chciał. I ja to wiem, już nie rozbitym umysłem (bo „schizo” – rozłupuję, rozdzieram, rozbijam i „frenos” – umysł, wola, serce, przepona z greki), ale sercem. Ono jeszcze bije mocno. Potem będzie coraz słabsze i słabsze, też będę sterany życiem, jak to się fajnie mówi. A potem, gdy już nie da rady, uderzy raz ostatni. I mam nadzieję, że chociaż raz pierwszy i ostatni dla Boga i ludzi niepełnosprawnych. Już nie dla siebie samego. Bo to, co potocznie nazywa uczona teologia „piekłem” (różnie zresztą), to dziwna, pusta pseudo-kaplica. Bez drzwi i bez okien. Zamurowana. A w niej pod zimną, szarą ścianą ja. Sam. Na wieki wieków…
Oby pozostała pusta. O to warto w życiu walczyć. Nie walczyć z człowiekiem, choćby najgorszym. Walczyć o człowieka. to jedyna walka godna pochwały. Zawalczyć o każdą i każdego. W tym jest sens, jakiego nie znamy. Bo zapomnieliśmy o czymś. I nie pamiętamy. I musimy za wszelką cenę sobie o tym przypomnieć.
Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Cywilizacja pustki. Jak walczyć ze współczesną nudą? 

Najpierw odpowiedzmy na pytanie, skąd pochodzi nuda, co jest jej przyczyną, a potem na pytanie, jak z nudą walczyć czy jak jej zapobiegać. Otóż nuda co prawda znana jest ludzkości od zarania, także w świecie zwierząt, ale stopień jej nasilenia dziś jest szczególny. Wydaje się, jakby zapanowała cywilizacja nicości, depresji, nudy, zmęczenia życiem i znużenia, niektórzy dodają – śmiertelnego. Mówi się więc, że opanowała kogoś “piekielna nuda” albo właśnie “śmiertelna nuda”. Mówi się, że “nudzi mi się jak cholera”, że “wszystko już było”. 

Właśnie to chyba jest istotą nudy – “wszystko znam”, nic nowego pod słońcem, jak mawiał mędrzec biblijny Kohelet, cokolwiek się stanie, to będzie tylko powtórka, nic nowego nas nie spotka. To właśnie jest sednem nudy – nie warto się niczym zajmować, bo nie sposób wyjść poza świat zastany, więc znany i powtarzający się tylko w pewnych cyklach: biologicznym, rocznym, dobowym czy historycznym. Postmodernizm jako epoka obecna, jako pewien obecny sposób myślenia, zaprzecza, aby mogła powstać oryginalna jakość, więc unikalne dzieło sztuki, rewolucyjne odkrycie w nauce czy nowe zachowania społeczne. Mówi się, że cokolwiek jest i będzie już kiedyś było, można więc tylko w kółko powtarzać czynności biologiczne, psychiczne czy społeczne sposoby zachowywania się. 

***

Dlaczego jednak taka myśl, że “wszystko już kiedyś było”? Zauważmy, że współczesny człowiek w jednej dobie przeżywa całe życie człowieka z poprzednich stuleci. Dociera do niego tyle bodźców w sekundzie, co dawniej w ciągu tygodnia. Zewsząd bombardują nas obrazy, dźwięki i słowa, teksty mówione, szepty, pisma, druki. Dawniej dominowało życie wewnętrzne, bo na zewnątrz prócz przyrody nie było jeszcze dzieł człowieka. W miarę jak rosła zarówno demografia, jak i produkcja rzeczy i dóbr materialnych wnętrze człowieka poddane zostało dekompresji. Teraz wewnątrz odczuwamy pustkę i nudę, bo wszystko zostało wyprojektowane na zewnątrz w postaci rzeczy, dzieł sztuki, techniki czy projektów społecznych, reklam i ogłoszeń, wszechobecnej informacji. Jeżeli na zewnątrz jest chaos, to wdziera się on do środka i aby nie doszło do przeciążenia ludzkiej psyche, włączają się mechanizmy obronne, takie jak blokada przyswajania. Kto czyta dużo książek wie, że po przekroczeniu pewnej bariery ilości przyswajanych słów, następuje zmęczenie umysłowe i psychiczna blokada. To naturalne – przebodźcowanie umysłu groziłoby naruszeniem równowagi, więc następuje podniesienie progu dla bodźców z zewnątrz. 

To tylko teoria, ale jest coś na rzeczy. Ilość książek do lektury, filmów do obejrzenia, dzieł sztuki do oglądnięcia, rozmów do odbycia – wszystko to tworzy chaos, brak w nim orientacji, a to grozi zagubieniem w morzu danych mało istotnych. Upada hierarchia wartości – wszystko wydaje się ciekawe, równie ważne, koniecznie trzeba przeżyć jak najwięcej. Jednak ilość ta nie przechodzi w jakość – zamiast jednej dobrej książki, chcemy pochłonąć dosłownie wszystko, co jest na rynku, oglądnąć wszystkie filmy, poznać wszystko. Odwrotną stronę więc medalu nudy stanowi obok chaosu “wszystkoizm” – wszystko trzeba przeżyć w życiu, bo kończy się ono definitywnie, nie ma dalszego ciągu, więc jak najwięcej trzeba przeżyć, zobaczyć, doświadczyć. Nic bardziej mylnego – im więcej i szybciej tym gorzej, o czym wiedzieli już rękodzielnicy, kiedy ich manufaktury zastąpiono fabrykami i wszechobecną “taśmą”. Bo nuda to dziecko życia taśmowego, nastawionego na ilość i pośpiech. Zwolnij – nuda zniknie w try-miga.

Zaszufladkowano do kategorii przeklęte problemy | Otagowano , , , , | Dodaj komentarz