Wypłacajcie szybko wszystkie swoje pieniądze z wszystkich banków!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Chcę, żebyś Był…

***
Wigilia, Boże Narodzenie, wspomnienie świętego Szczepana, którego zamordował Szaweł, przyszły wielki święty, faktyczny twórca chrześcijaństwa.
Co do historii, czyli wielkiego pytania każdego rzetelnego historyka „jak było naprawdę” – nie wiemy. Żyjemy 80-100 pokoleń po Jezusie. To tak, jakbyś wzięła kartkę i napisała 100 razy „pra” przed słowem „babka” albo „dziadek”. 100 pokoleń to otchłań czasu, w której zdarzyć się mogło wszystko i zdarzyło tylko to i to. Dziś w dobie relatywizmu historycznego („nie pytajmy, jak było, pytajmy, jak ludzie wyobrażają sobie, co było”) jest mi samotnie, bo ja nadal pytam „jak było naprawdę”. Wiem, że im dalej w przeszłość, tym mniej pewna wiedza. Że nie wiemy nawet tego, co się obecnie dzieje na świecie. Zauważ, że teraz to czytasz, więc jesteś w jednym punkcie twojej czasoprzestrzeni i nigdzie indziej. Nie wiesz nawet, co robi za ścianą dziecko czy sąsiad, a co dopiero – co się teraz dzieje w Singapurze, w Australii, w USA czy na Ukrainie. Wyobrażasz sobie coś bliżej lub dalej, ale każde wyobrażenie opiera się na tym, co zapamiętałaś wcześniej. Projektujesz wiedzę zdobytą uprzednio na to, co jest i co gorsza na to, co będzie. A skąd wiesz, co będzie za 5 minut… Odpowiesz: „to samo, co zwykle”. Ok, ale pamiętaj, że coraz więcej jest w świecie anomalii i wyjątków – jeśli nuży cię codzienność, zacznij medytować – to pomogło wielu ludziom niezależnie od wiary czy wyznania.
Nie wiemy zatem nawet tego, co się teraz dzieje na autostradzie A2 na 167 km, a może zaraz tam ktoś zginie, a ja – gdybym o tym wiedział – mógł powiadomić służby i ostrzec. Ale tego nie wiem.

Podobnie jest z przeszłością, którą sobie wyobrażamy z reguły jako lepszą („dawne, dobre czasy”, „za młodu to było”, etc.), bardziej bezpieczną – to projekcje dzieciństwa, z reguły nie musieliśmy martwić się o nic w sensie bytowym, a ci, którzy wcześnie musieli odejść z domu i zacząć zarabiać, zahartowali się na trudy życia.

Jeśli chodzi o przyszlość – jest otwarta, zawsze była i taka będzie. Ale o niej decydujemy wszyscy razem, nie jedna osoba, choćby sam Prezes. To nie on kształtuje, ale Ty sama teraz siejesz coś, co potem zbierzesz. Jeśli zasiejesz ziarna zboża – zbierzesz do spichlerza zboże. Jeśli rozsiewasz chwasty – zbierzesz takowe. Prawo przyczyny i skutku działa w obie strony. Los już teraz może nagrodzić cię w formie „zaliczki” za dobro, które uczynisz na przykład za 5 lat i jednocześnie zawczasu „ukarać” za zło, które popełnisz za 3 lata. Ty decydujesz – naukowcy mówią o różnych mechanizmach, ale jak to oni – muszą coś publikować, aby mieć z czego żyć.

Wiedzy historycznej o Jezusie jest coraz więcej, ale wciąż mało. Mało kto wie, że jeszcze w XIX wątpiono w to, czy w ogóle ktoś taki istniał. Podobnie było z autorstwem psalmów, „Trenów” czy z kwestią homerycką – okazało się jednak, że Istniał Homer, że król Dawid napisał tylko ok. jedną trzecią „Psalmów”, ale jednak coś napisał, że Kochanowski naprawdę miał ukochaną córeczkę, która zmarła. I wreszcie – że istniał Jezus z Nazaretu.

O Jezusie spekulujemy, a teologia wikła się w coraz bardziej zażarte spory, które sprawiły, że poeta ks. Twardowski modlił się słowami „a na końcu zbaw teologów”. Nie wiemy nic rzetelnego o poczęciu Jezusa (mój tata zwrócił mi tylko uwagę, że jeśli mężczyzna z Całunu to Chrystus, to musiał mieć ziemskiego ojca, bo w zbadanej krwi są dwa chromosomy – XY, jeden od mamy, drugi od taty), okolicznościach narodzin (wiemy, że nie w żadnej „szopce”, tylko w grocie skalnej), dzieciństwie w Egipcie, możliwej wyprawie do Indii (wiele z tego, co mówił spokojnie potwierdziłby Budda, Konfucjusz i inni mędrcy świata, monarchowie…), o śmierci Józefa, o tym, dlaczego w ogóle postanowił zostać wędrownym kaznodzieją (takich było wtedy więcej, żyli w czasach zamętu i fermentu), o jego konflikcie religijnym – na jakim było to tle, dlaczego tak ostro krytykował faryzeuszy i uczonych w piśmie, nie wiemy nawet, ile miał lat, gdy Go zabito – 30, 33 czy 36. Wedle prawdziwego kalendarza dziś jest rok nie 2022, ale 2028/29, bo mnich we wczesnym średniowieczu przepisując kalendarz kropnął się o kilka lat (jakieś 6-7 lat do tyłu, więc Jezus się narodził ok. -6/7 r. p.n.e.). Nie wiemy dokładnie, co się zdarzyło w Wielką Noc, wierzymy tylko i chcemy, aby zamrtwychwstanie przyszli historycy wpisali do podręczników historii powszechnej i uznali je także za pełnoprawne zdarzenie historyczne, unikalne, ale przecież nieraz historycy zajmowali się unikalnymi zdarzeniami, jak wyprawa dookoła świata Magellana, odkrycie Ameryki, wynalazek druku – wydarzenia te tylko raz się zdarzyły. Większość jednak w życiu zdarzeń się powtarza do tego stopnia, że historiografia ich nie notuje, bo są redundantne, powtarzalne, więc schematyczne.
Podobnie jest z całą warstwą nadnaturalną w Ewangeliach – nie wiemy, czy „naprawdę” Jezus uwalniał faktycznie „opętanych”, czy „tylko” leczył nieznane wtedy zaburzenia nerwowe, nie wiemy, czy „na pewno” zdarzały się wskrzeszenia, rozmnożenia chleba i ryb, chodzenie po wodzie, uciszenie burzy na jeziorze, etc. Wierzymy, a raczej marzymy, aby tak było, aby to była prawda. Ale tego się za życia nie dowiemy. Podobno wielu mistyków widziało przeszłość Jezusa, zwłaszcza jego śmierć, a także przyszłość. Ale to od nas zależy, czy chcemy „abyś był”. Czy chcę, „abyś Był”? Czy chcemy, pragniemy, tęsknimy i marzymy, aby Bóg był…?

Bo miłość najlepiej określa jedno zdanie. Zapamiętajcie je: „Chcę, abyś była, chcę, abyś był…” Chcieć czyjegoś życia i to jego życia w obfitości – oto najlepsza z możliwych definicja Miłości. Słowa, które dziś jest źle rozumiane, więc wielu katolików woli nie mówić „kocham”, ale „miłuję”. Ale to jedno i to samo. Miłość jest Jedna. Nie ma osobno miłości rodziców, przyjaciół, żony, sąsiada, Boga – miłość jest Jedna, bosko-ludzka, niepodzielona, łącząca, a nie dzieląca, wprowadzająca pokój i spokój w naszych złamanych czasem sercach…

/Bórówiec, 26.12.2022/

Zaszufladkowano do kategorii świątecznie | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Psychiatrzy nie walczą z wiarą – oni prostują skrzywioną wiarę…

Trwa spór o życie i dzieło Siostry Faustyny. Z jednej strony krytyka idzie ze środowiska psychiatrycznego, które redukuje wszystkie naprzyrodzone zdarzenia w życiu Świętej do objawów niewykrytej wtedy choroby nerwowej, czemu dał wyraz swego czasu Strojnowski jako autor opinii psychiatrycznej na potrzeby kanonizacji w roku 2000 (odbyła się mimo negatywnej opinii lekarza 30 kwietnia 2000 roku w Łagiewnikach i w Rzymie, a między miastami powstał most transmisyjny, który w wizjach miała widzieć przyszła święta). 

Z drugiej strony krytyka i to coraz ostrzejsza idzie od środowisk tradycjonalistycznych, związanych z lefebrystami, Bractwem Piusa X i tym podobnymi (w tę stronę w niektórych tekstach zdaje się zmierzać też środowisko redakcji popularnego pisma “Miłujcie się”) stowarzyszeniami (np. PCh24, środowisko suspendowanego ks. Natanka, portale na wpół religijne, na poły “ufologiczne”). Krytyka ta postuluje uznanie przesłania o Bożym miłosierdziu za “przesadzone”, negujące rzekomo potrzebę sprawiedliwości, pokuty, zadośćuczynienia. 

Załóżmy przez chwilę, że rację mają psychiatrzy, którzy zdążyli postawić już diagnozy znanym postaciom z historii świata i Kościoła. Jeśli całą mistykę zredukujemy do psychopatologii, to również zdrowie psychiczne – w tym ich własne – musimy uznać za jedynie równowagę w biochemii mózgu i nic poza tym. Z drugiej strony przez chwilę stańmy po stronie ludzi soboru trydenckiego, którzy chcą powrotu Kościoła przedsoborowego. Jak się z tym czujemy? Dziwnie. Jest trochę tak, jakby z jednej strony bieguna skrajności stali materialistycznie ukształtowani medycy, z drugiej – redukujący wszystko do duchowości, oczywiście tej “prawowiernej” tradycjonaliści. Istnieje tak zwany “redukcjonizm spirytualistyczny”, redukujący człowieka do “ducha” i gardzący – jak gnostycy i manichejczycy – wszystkim, co materialne. I sądzę, że i jedni i drudzy się mylą. Z trzeciej strony nie jest też prawdą, iż racja leży gdzieś pośrodku. Raczej jest tak, że prawda leży zupełnie gdzie indziej. I naszym zadaniem w życiu jest jej szukać. 

Wiara, pobożność i duchowość mogą być w normie, mogą też szwankować. Zbytnie wychylenie w każdym kierunku grozi utratą duchowej i mentalnej równowagi. Ale wiara “centrowa”, jak ją nazywam często faktycznie jest zubożoną wiarą, daleką od spektakli i kadzideł oraz barokowych kirów, kiedy w pogrążonej w mrokach ledwo rozświetlanych świecami świątyni lud w XVII wieku aż po połowy XX wczuwał się w nastrój podniosły, uroczysty, ale także podszyty grozą, jak podczas kazań ks. Skargi. Hasłem po Trydencie było: “przez oczy do duszy” i chodziło o wypełnienie ascetycznych katedr gotyckich przepychem i bogactwem barokowych malowideł iluzjonistycznych i olśniewającą muzyką organową. To wtedy zaczęły się obecne problemy katolickiego świata. Kościół zwarł szeregi, stał się na powrót (po odwilży na fali reformacji i renesansu) zamknięty, nietolerancyjny, scentralizowany, nadmiernie hierarchiczny, uporządkowany odgórnie i wymagający od wiernych noszenia ciężarów nie do uniesienia przez zwykłych ludzi. 

Dziś wielu katolików nie chce iść w razie depresji do psychiatry. Kojarzy im się to z rzekomym brakiem wiary lekarzy, co jest trochę racją. Tymczasem zarówno nerwica i depresja, podobnie jak poważniejsze schorzenia są częściowo uleczalne. I fakt istnienia leków na depresję nie znaczy, że “nie ma duszy”. Leki na depresję działają na mózg, nie na duszę i poprawiają myślenie, które jest zależne, przynajmniej częściowo od jakości pracy mózgu. Psychiatria nigdy oficjalnie w żadnym dokumencie nie zaprzeczyła istnieniu duszy, ani jakimkolwiek twierdzeniom Kościoła dotyczącym antropologii człowieka, choć każdy z osobna lekarz może i ma osobisty pogląd na tę sprawę. Lekarze leczą system nerwowy – nie leczą duszy, więc słowo “psychiatra” jest mylące (gr. psyche – dusza, iatros – leczyć). Większość psychiatrów po stwierdzeniu braku choroby umysłowej, kieruje pacjentów do księży, często egzorcystów. Jedno drugiego nie wyklucza – czasem psychiatrzy rozkładają ręce, a bywa, że egzorcyści odsyłają do lekarza, aby wykluczyć np. schizofrenię czy inną psychozę. 

Mądrzy psychiatrzy, a jest wielu takich nie neguje wartości religijnych pacjentów, nawet jeśli ich wiara nie jest zgodna z Magisterium. Bardzo wielu pacjentów wierzy “po swojemu” – dla jednych taki subiektywizm jest dobry, inni zaś wpadają w pułapki integryzmu i tradycjonalizmu. Dopóki jednak jakakolwiek wiara w cokolwiek kogoś ratuje – wszystko jest ok. Nie da się sprawić, aby wszyscy wierzący wierzyli na jedną modłę, bo rzeczywistość duchowa jest pluralistyczna i  skomplikowana. Dlatego większość psychiatrów neguje tylko te przekonania pacjentów, które są dysfunkcjonalne, powodują cierpienie (np. nadmierne poczucie grzeszności, skutkujące skrajnie niską samooceną) i zaburzają życie codzienne, zawodowe, towarzyskie. 

A nawet, jeśli psychiatra prywatnie nie wierzy w Boga, to ma do tego prawo. Nie spotkałem się natomiast z żadnym lekarzem, który próbowałby “nawrócić mnie na niewiarę”. Pomagali mi tylko uporządkować poglądy i odrzucić te sprzeczne z rozumem – tu w tym punkcie spotyka się dobra psychiatria (zupełnie inna od tej XX-wiecznej) i dobra, zdrowa wiara. Bo wiara też może chorować.

Zaszufladkowano do kategorii nauka a religie | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Wielki Bóg, choć nieznany Jest…

Mamy rok 2022 po Chrystusie. Jest to także epoka „po II wojnie światowej, Holokauście”, wcześniej „po Koperniku” czy wreszcie „po Einsteinie”. Niektórzy sądzą, że zbliża się „koniec świata”, apokalipsa i łożą ciężkie pieniądze na budowę schronów. Żyjemy „tu i teraz”, lecz nasza współczesność to jakby jedna wielka „ciemna noc”. Nie wiemy, skąd ani na dobitkę „dokąd” idziemy? Mnożymy teorie, hipotezy, sugestie, monologujemy na forach internetowych, gdzie emocje związane z konfliktem ewolucjonizmu z kreacjonizmem sięgają czasem apogeum.

Jednak mam wrażenie, że XXI wiek jeszcze się nie zaczął, bo miał być mistyczny, a jest terrorystyczny. Tak, jak XX wiek zaczął się w 1914 roku, tak i teraz mamy nadzieję wciąż na pokój i początek nowego milienium. Stanisław Lem (zm. 2005) pod koniec życia, a więc w okresie, kiedy człowiek podsumowuje cały swój dorobek, powiedział, że z ludzkością jest jakiś „piekielny problem”. Judaizm i chrześcijaństwo nazywają od dawna ten „piekielny problem” grzechem czy winą pierworodną. Wyruszamy zatem do korzeni, aby nie tyle dokonać rewolucji globalnej, o jakiej marzyli utopiści, ile aby wiedzieć, co przeżyliśmy, zgodnie ze słowami Marii Janion („czy będziesz wiedział, co przeżyłeś?”). Da się wiele naprawić, mając świadomość, że ten świat przemija, jest tymczasowy, że jesteśmy tu przez okamgnienie, że ostatecznie nie powinniśmy tutaj budować „domu spokojnej młodości”. Jeśli już – to młodość pełną ideałów – ostatecznie, jak sądzę, żyjemy po jakiejś mitycznej katastrofie i nie widać, aby na tym martwym morzu miał zawiać pomyślny wiatr w żagle naszej łajby.

 Nikt nie może dziś negować teorii ewolucji, którą określono jako „coś więcej niż spekulację czy hipotezę”. Sam Papież Jan Paweł II stwierdził, że należy doceniać wysiłki badaczy-ewolucjonistów. Jeśli tak, to od tego problemu, stanowiącego dla wielu ludzi religijnych poważny dylemat wypadnie zacząć.

Ludzie XXI wieku żyją mimo wszystko – wbrew temu, co powiedziano wyżej – w wieku religijnym. Ktoś, jeszcze zanim nastało nowe tysiąclecie powiedział, że wiek XXI będzie „religijny” (w innej wersji „mistyczny”) albo.. nie będzie go wcale. Zaczął się od tragedii w Ameryce, gdzie przeprowadzono zamach terrorystyczny, u którego podstaw tkwi zderzenie cywilizacji wschodu i zachodu. Tak naprawdę to był element walki ludzi „religijnych” (choć w negatywnym sensie) i cywilizacji okropnie jednak jednostronnej, zorientowanej na wartości materialne, pozorne i zewnętrzną ekspansję w świecie. Ten zamach pokazał, że u podstaw wszystkich ludzkich konfliktów zarówno jednostkowych, jak i globalnych leży „walka o prawdę”, co znowuż pokazały wydarzenia w Finlandii.

Terrorysta zabił tam kilkadziesiąt osób, żeby „walczyć z wielokulturowością”. A przecież podstawowym prawem biologii obok I i II prawa biologicznego jest bioróżnorodność.

Po doświadczeniach bezdusznego wieku XX, wieku wielkiego skoku technicznego, a zarazem dwóch wojen światowych, wiemy jedno: religia jest wewnętrzną, odwieczną potrzebą ludzką, pragnieniem, które jakoś trzeba zaspokoić. O ile w znanej hierarchii wybitnego psychologa Roberta Maslowa prymarną potrzebą człowieka są potrzeby fizyczne i poczucie bezpieczeństwa, to na poziomie ponadfizycznym chodzi o doświadczenie transcendencji – „coś tam jest”, „chodżcie, zobaczcie”, „coś odkryłem”, jest „coś więcej”.

Innymi słowy doświadczenie religijne koryguje naukowe tendencje do analizy i redukowania zjawisk skomplikowanych do prostych. Nauka mówi: „to nic innego, jak”, „to tylko to i nic więcej”, podczas gdy człowiek chce ‘czegoś więcej’, chce nieskończoności. Czymże są rozpaczliwe próby oszukania starzenia się, a nawet poszukiwanie Graala – pigułki nieśmiertelności, zamrażanie w ciekłym azocie czy budowanie schronów, aby przetrwać wszelki kataklizm? Wpisane w naturę jest dążenie coraz wyżej, dalej, szerzej, aż po nieskończność. Tyle, że o ile religia twierdzi, że to dążenie wpisał w nas Bóg, nauka mówi, że to jeszcze jedno złudzenie, które podlega kolejnemu rozczarowaniu.

Max Weber jako pierwszy opisał podstawowe „odczarowanie” świata – demitologizację, utratę sacrum – życie nas stale rozczarowuje. Rozczarowanie zaczyna się chyba wtedy, gdy odkrywamy, że to nie święty Mikołaj przynosi nam prezenty, że nie przyniósł nas bocian, a kręgi w zbożu, pojawiające się co roku na polach uprawnych to jedynie wygłup zazdrosnego sąsiada. Życie to pasmo nie tyle udręki, co rozczarowań.

Cóż tedy dziwnego, że coraz to pojawiają się próby „remitologizacji” – w sztuce, kulturze, w humanistyce, w działaniach codziennych małych narracji, w zaaferowaniu w pracy, pracoholizmie, który zakrywa pustkę duchową ludzi XXI wieku. Kto tę pustkę spowodował, na to pytanie odpowiedzi nie znam, jednak nie wierzę w manichejską teorię walki dobrego bóstwa i złego demona. To nie jest takie proste, że położymy się na kozetce albo zasięgniemy porady egzorcysty i od razu będzie super.

Problemem ludzi leżących w parku na ławce i nocujących na dworcach wielkich miast jest utrata sensu – cierpią oni na bezsens. Psychiatrzy nazywają takie stany depresją, dawniej melancholią, lecz to przecież tylko nazwy. Za bezsensem kryje się rzeczywistość – słowa mają wbrew temu, co twierdzą postmoderniści, swoje odniesienie: to świat niegotowy, stający się, wiecznie zmienny. Już teraz wiemy, skąd tyle pesymizmu w egzystencjalizmie połowy XX wieku – utrata korzeni na skutek II wojny, a te korzenie były trzy: a) kultura śródziemnomorska; b) antyk grecko-rzymski, c) judeo-chrześcijaństwo. Wszystko to zabrała pożoga wojenna. Nic dziwnego, że wszyscy cierpimy.

 Jednak na tym doświadczeniu nie wolno się zatrzymać. Trzeba, przepracowawszy naszą tradycję (także prasłowiańską, przedchrześcijańską), iść naprzód pomimo strat, jakie ponieśliśmy choćby przez dwie dekady wprowadzania do naszego kraju kapitalizmu. Pisało o tym mnóstwo pisarzy, najpiękniej Marek Nowakowski, który piętnując wady narodowe emigracji „za chlebem”, jednocześnie potrafi dać coś w zamian, coś pozytywnego.

Stąd w tym najszerszym kontekście przypatrujemy się bolesnej wojnie między nauką i religią, a właściwie religiami, bo o ile istnieje jeden światopogląd czy metodologia naukowa, to religii jest wiele, nawet tylko tych monoteistycznych. Podkreślamy konieczność ekumenizmu, bo tylko religie, które się wzajemnie szanują, mogą podjąć wspólny dialog z naukowcami, którzy powinni liczyć się z etyką badań i bioetyką.

Nie sądzę, że możliwy jest powrót do stanu rajskiej symbiozy techne i sztuki (gr. techne – sztuka), lecz zarazem nie jestem przekonany, że poszukiwanie obcych cywilizacji czy klonowanie to dobra droga dalszego rozwoju ludzkości. Długo hamowany rozwój naukowy nagle „wybuchł” około XVII wieku i odkrycia oraz wynalazki pojawiały się jedne po drugich, niemal równocześnie. Nic już tego nie może pewnie zatrzymać, można i trzeba jednak zwolnić tempo, tym bardziej, że podczas gdy bada się lek na nieśmiertelność, miliony ludzi po prostu głodują.

 Teoria ewolucji jest młoda, a jej autorem jest Karol Darwin, który sformułował ją niezależnie od innego badacza mniej więcej w II połowie XIX wieku. Jednak jeszcze przed nimi znano pojęcie „rozwoju”, kluczowego dla teorii ewolucji, które jest słowem obcym, pochodzącym z łaciny („evolvo” – rozwijam). Kluczem do ewolucji naturalnej jest rozwój. Od form prostych organizmów jednokomórkowych ku złożonym organizmom wielokomórkowym, takim, jak małpa czy człowiek. Rozwój ten nie został zapoczątkowany zbyt blisko nas, lecz trwał miliony lat. Wedle wczesnych badaczy nie interweniowała podczas tego rozwoju żadna siła wyższa ani nadprzyrodzona, bo być może nie było takiej konieczności. Jest to ewolucja samoistna, ślepa, bezkierunkowa i bezcelowa.

Uproszczona wersja ewolucjonizmu, którą w XX wieku chętnie posługiwali się w walce z religiami komuniści, głoszona w szkołach podstawowych sprowadzała się do zdania, że „człowiek pochodzi od małpy”, przy czym stale usilnie szukano tajemniczego „brakującego ogniwa” i co jakiś czas w prasie można było usłyszeć „eureka”. Problem z banalizacją niezwykle złożonej teorii Darwina i wulgaryzowaniem idei spotyka wszelkie śmiałe, nowe i skomplikowane teorie.

 Ewolucję niektórzy uznali za wszechzasadę tłumaczącą dosłownie wszystko: ewolucja kosmosu od Wielkiego Wybuchu, ewolucja gwiazd, układów planetarnych, wreszcie geologiczna ewolucja Ziemi, która liczyć ma około 5 miliardów lat. Idąc w kierunku kultury zastosowano ewolucjonizm do kultury, techniki, wynalazków, które też ewoluują w czasie, a nawet do duchowości, zmiennej zarówno w życiu społeczeństw, jak i u jednostki. Wreszcie – ewolucji podlegała…sama teoria ewolucji.

 Nikt przy zdrowych zmysłach nie zakwestionuje pojęcia rozwoju – przecież mówi się o potrzebie „zrównoważonego rozwoju” w polityce, gospodarce, projektach społecznych. Nauka w szkole, początkowo tylko w edukacji alternatywnej, wzmacnia (lub osłabia) rozwój ucznia. Uczelnie przyspieszają lub spowalniają rozwój, procesy społeczne w czasie są zmienne, więc podlegają ewolucji, nawet jeśli wiedzie ona przez kryzys, zjawiska chaotyczne czy nawet okresowy regres.

 Jak powiedziano sama teoria przeszła znamienną ewolucję. Początkowo odkrycie Darwina wywołało znany okrzyk „bóg umarł”, które komentowano szeroko potem w całym XX wieku. Nie było miejsca dla Boga we wczesnej teorii ewolucji – nie był potrzebny, zachodziło nawet podejrzenie, że ewolucja musi siłą rzeczy obejść się bez „pomocy”, stąd Bóg był na cenzurowanym co najmniej przez I połowę XX wieku. To wtedy jakby dla reakcji powstały takie dzieła, jak „Nieuświadomiony Bóg” Frankla czy „Człowiek jednowymiarowy” Musila. Znani humaniści zwalczali pesymizm tchnący z ewolucjonizmu i w dobrej wierze popierali prymitywny, oparty na dosłownej lekturze Genesis kreacjonizm.

Do gabinetów słynnych psychiatrów (Freud, Jung, Adler, Horney) zaczęli zgłaszać się pacjenci, twierdzący, że ich życie i w ogóle życie nie ma już sensu, celu, a wieczność to urojenie. Leczenie było trudne i mało skuteczne, ponieważ wydawało się, że nauka i technika negują pośrednio Boga. W XX wieku Bóg był nie tylko zbędny, lecz i szkodliwy. Okazało się, że można świetnie urządzić sobie życie ziemskie bez odniesienia do jakiejkolwiek formy transcendencji. Ten kruchy lód jednak w pewnym momencie trzasnął. Ludzie dryfowali, pozbawieni tradycyjnego celu, jakim było zbawienie czy nawet świętość. Wreszcie nadeszła II wojna światowa…

Granice rozumu – racjonalizm i empiryzm.

 Ikoną dzisiejszych czasów nie jest już fabryka, dymiące kominy i przedmieście, lecz wielkomiejskie korporacje naukowe, które projektują coraz bardziej miniaturowe (nanotechniczne) urządzenia, układy i maszyny. Dzisiejszy świat faktycznie stoi na naukach ścisłych – humaniści są postrzegani jako „hamulcowi”, którzy mają rozterki, wahania, czy jeden obrany przez ludzkość kierunek rozwoju jest tym właściwym. Otóż „zaludniliśmy świat” (jak to projektowano w Genesis), uczyniliśmy go sobie prawie całkowicie poddanym. Nie ma już w geografii białych plam – nieodkryte lądy są wyłącznie w świecie wewnętrznym. Opisaliśmy planetę, począwszy od wyprawy Kolumba, mamy dokładne, satelitarne mapy terenu, GPS i Google Street. Nie wychodząc z domu dzięki multimediom możmy być wszędzie. To już się stało, kiedy wymyślono fotografię, film, a potem telewizję. Miliony ludzi wiedzą, co się dzieje z milionami. Żyjemy w globalnej wiosce – mamy massmedia, kulturę masową i wszystko, co chcemy. Oczywiście, my, czyli ludzie z I i II świata – krajów rozwiniętych i rozwijających się. Naszym wyrzutem sumienia podczas porannego golenia pozostaje jeden szkopuł – istnienie III świata, o czym chcemy szybko zapomnieć, myśląc: „bogaci pomogą, albo poradzą sobie sami”.

Demografia to fakty – jest nas pond 7 miliardów. Jeszcze dwieście lat temu…był to miliard, w 1900 roku zaledwie dwa miliardy. Czy to dużo? Myślimy, że jest nas za dużo, gdy tymczasem już nas nie jest mało (i stąd produkcja nie nadąża za demografią), ale jeszcze…za mało, aby wszystkiego wystarczyło dla wszystkich. Większość ludzkości żyje w nędzy.

Odkrycia raz dokonanego czy wynalazku nie da się z powrotem ‘zasłonić’, ukryć. Co raz odkryto (np. prąd, teoria ewolucji, atom), musi być odtąd odkryte, co już jako pewne prawo omówiła nam ewangelia. Jeśli odkrywam, to nie mogę zakryć. Zresztą nie odkryje pan X, to odkryje to samo pani Y. Wynika z tego, że dzisiejszy świat mógł być odrobinę lepszy, mógł być gorszy, lecz generalnie to, co się stało (milowe kroki w rozwoju ludzkości: wynalazek koła, druku, prądu, energii nuklearnej) stać się w takiej masie ludzi musiało. Prawdopodobieństwo odkrycia wzrasta wraz z postępem demograficznym – gdyby małpie dać syntezator i dać jej milion lat wraz z obietnicą oczekiwanej nagrody, to w końcu wystukałaby IX Symfonię. Tutaj ewolucjoniści głoszą, że za cały rozwój odpowiada…czas. Po prostu jeśli dostatecznie długo podejmuje się jakieś działanie, w końcu będzie jego wynik czy skutek. Tym samym nasz najlepszy z możliwych świat (Leibniz), musiał się w końcu ułożyć, bo miał na to aż za wiele czasu.

Wydawało się, że bez nauki świat nie funkcjonuje, czemu zresztą przeczą prymitywne, nadal żyjące plemiona, przypominające pierwotne grupy pierwszych ludzi. To prawda, że bez nauki w ogóle nie sposób się dziś obejść – nawet najzatwardzialsi dyskutanci na forach, krytykujący zachodnią cywilizacją robią to…za pomocą laptopów, czyli ikony współczesnej cywilizacji. Pytaniem tedy nie jest, czy zamknąć laboratoria, lecz kontrola społeczna badań naukowców, co się zresztą w wielu krajach dzieje. Jak napisał Francis Fukuyama w „Końcu człowieka”, nauka bez kontroli, „nauka dla nauki”, to błąd.

Nauka na służyć nie wojsku i wojnie, lecz poprawiać jakość życia, przy czym nie tylko ‘warunki mieszkaniowe”, warunki życia, lecz po prostu pomagać być. Tymczasem nie tyle chodzi już o „zbędne kierunki badawcze”, lecz o szkodliwość nauki, którą jak pisze badacz, poprawia kolejny naukowiec. Inaczej mówiąc, jeśli nauka wyprodukowała samochód, który szkodzi środowisku, to zamiast przestać produkować auta, należy za pomocą nowej techniki niwelować skutki wynalazku samochodu. To trochę tak, jak podawanie leku, który niweluje skutki uboczne uprzednio stosowanego leku.

 Czy nauka prowadzi donikąd?

 I tak i nie. Czymś ostatecznie musimy się zajmować w życiu. Trudno sobie wyobrazić, że od milionów lat mieszkamy w jaskini albo na drzewie, nadal zbieramy owoce leśne, polujemy za pomocą noży kamiennych i tak dalej. Życie się zmienia i dobrze, bo na tym polega rozwój. Czasem jednak nieustanne poprawianie jakiegoś dzieła, zaczyna psuć dzieło: jeśli osiągnę doskonałą wersję tekstu, powstałego przez liczne korekty brudnopisu i nadal będę chciał tę wersję poprawiać, to nie tylko nigdy nie skończę dzieła, lecz zacznę go psuć.

 Problemem jest też to, czy opisywana tu ewolucja postępowała prostoliniowo od struktur nieożywionych, przez organiczne po pierwszy organizm jednokomórkowy, świat fauny i flory, aż po człowieka w jego obecnej formie. Czy był to niezmącony pochód na drodze postępu, progres niezakłócany niczym z wewnątrz i zewnątrz, rozwój pełną parą i pod wszystkimi żaglami?

Otóż wiemy już, że nie. Następowały okresy przyspieszonego rozwoju, po nich okresy zastoju (staza), kiedy utrwalane były zdobycze etapów wcześniejszych, a nawet okresy „ciemne” – regresu, inwolucji, tak, jakby trzy kroki naprzód – dwa kroki wstecz. To po pierwsze.

 Jednak to jeszcze nie problem centralny – to, czy ludzkość pochodzi od organizmów zwierzęcych, raczej jest udowodnione. Dowodów na to jest sporo – także z dziedziny patofizjologii. Problemem jest co innego: czy ludzkość, jak chce księga Genesis i inne teksty starożytne pochodzi od jednej pary ludzkiej, „pierwszch ludzi”, prarodziców, naszych przodków? Czy byłoby to możliwe, aby zważywszy ryzyko śmierci w katastrofie (choćby przygniecenie drzewem, utonięcie, uderzenie piorunem, etc.) ludzkość pochodziła dosłownie od “Adama i Hewy”?

Otóż wydaje się to mało prawdopodobne. Jedną z nowych hipotez jest teoria pomnożonej personifikacji: „Adam” i „Hewa” to imiona symboliczne, określające ogólnie jakąś mniejszą czy większą grupę „pierwszych ludzi”, może rodzaj klanu, rodu czy plemienia. W tej opcji – nadal atrakcyjnej dla ludzi szukających duchowości – ocalamy pojęcie „pierwszych ludzi”, a także – co pokażemy dalej – nawet inne relacje biblijne, włącznie z teorią pierwszej winy. Tutaj liczbę pojedynczą zmieniamy na mnogą – zamiast dosłownie mówić o jednym, złym czynie (zerwania owocu z drzewa poznania) można mówić o wielu „grzechach pierworodnych”: pierwszym kłamstwie, zabójstwie (symbolizowanym w dziejach Kaina i Abla), pierwszym cudzołóstwie, bałwochwalstwie, itd. Nie ma tedy dwojga ludzi, choćby najdoskonalszych ani jednego wyróżnionego miejsca na ziemi zwanego „Edenem” czy „Rajem”, skąd nas rzekomo wyrzucono za jeden czyn. Zamiast tego cała ziemia była rajem, gdzie żyło pierwsze pokolenie ludzi homo sapiens, ale kiedy to było – trudno dociec.

Trzeba jednak pobawić się w detektywa i pokojarzyć fakty: oto Izraelici swój kalendarz datują od umownego dla nich stworzenia świata (my od narodzenia Jezusa). Jest to około 5 tysięcy lat, czyli 3 tysiące lat przed Chrystusem. Dlaczego akurat tyle? Otóż jak wskazuje archeologia wtedy należy umiejscowić początki ludzkiej, zbiorowej pamięci, przejście od opowieści ustnych (to bada z kolei folklorystyka) do zapisu. Owe tabliczki kamienne, gliniane, drewniane, potem papirus, pismo węzełkowe i pergamin – pojawiła się jakaś potrzeba zapisu i utrwalania wiedzy dla potomnych. Genesis ma datowanie na około XVIII w p.n.e., dzieła Homera nieco później. Pamięć ludzka – co do tego nie ma wątpliwości – została odciążona, ulepszona, lecz nadal była żywa, bo wszak nie istniały książki w naszej formie. Jeśli tedy opowieści o „dawnych czasach” uznajemy za czystą fantazję, to możemy się mylić. Bo nie znano wtedy pojęcia „literatury”, literackości, wartości dodatkowej (np. estetycznej), tak więc opowieści o bajkowych czasach, klechdach – zgodnie z nowym rozumieniem mitu – zawierały zawsze choćby „ziarno prawdy”.

Biblia i jej opowieści, zwłaszcza Genesis, nie są tedy ani czystą naukową prawdą (traktatem naukowym, przyrodniczym) ani czystą fantastyką naukową, czymś w rodzaju science-fiction, bujdą na resorach. Nowa hermeneutyka to doskonale rozumie – w każdej legendzie, podaniu, przekazie o mitycznych władcach polskich sprzed Mieszka I zawiera się sporo prawdy historycznej. Wiemy to i jesteśmy bardziej pokorni od czasu odkrycia przez Schliemanna ruin Troi…

 Podobnie jest z weryfikowaniem biblijnej opowieści o potopie: najpierw dominowała teoria, że była to katastrofa ogólna, powszechna, potem, że nie było wcale żadnego potopu (najwyżej powódź), a dziś wiemy, że była to lokalna, ale jednak historyczna tragedia, mniejsza z tym, czy uznamy to za karę czy przypadek. I podobnie sprawa się ma z innymi kluczowymi odkryciami: odkryto wiele miejsc historycznych z czasów Jezusa (ostatnio pałac Heroda), także odkrywane są nowe tabliczki, pergaminy, teksty.

Problem w tym, że na fali scjentyzmu w XIX wieku poddawano rewizji wszystkie przekazy tradycji zgodnie z hasłem, że „liczy się nasz świat i jutro”, a nie przeszłość. Panowała pycha pod hasłem „my wiemy lepiej niż zmarli”, „zmarły nie ma racji”, itd. Wbrew logice proponowano postęp jako „grubą kreskę”, zakładaną na przeszłość, wybierano świat „tu i teraz”, no i rzecz jasna świetlaną, błogosławioną przyszłość „szklanych domów”, budowanych przez naukę i technikę. Nauka zdawała się negować cały wcześniejszy dorobek ludzkości, może z wyjątkiem Oświecenia (wtedy w ramach deizmu Boga wysłano…w kosmos) i niektórych wielkich dzieł sztuki antycznej i renesansowej. Wydawało się, że następuje „śmierć Boga” jako symbol utraty duchowości, wnętrza, wartości i tak rzeczywiście było.

Dziś wiemy, że pokolenie pozytywistyczne naszych prapradziadków mocno się pomyliło, poza tym, że poprawiono doczesny los sporej grupy populacji europejskiej w tamtym czasie. A była to „belle epoque” – świat nowoczesny, pozbawiony złudzeń i urojeń romantyków, a także optymistyczny – nauka zdawała się nie mieć granic, miała wszystko wyjaśnić, wszystko wytłumaczyć, wszystkim zawładnąć. Wkrótce osiągnięcia techniczne przeniesiono do Ameryki, a stamtąd udoskonaliwszy je i dodawszy szybko nowe, na cały świat. Rzeczywiście nie można negować myśli technicznej. Problem w tym, że jak mówi narrator czy bohater jednej z powieści Stefana Chwina, popularnego polskiego powieściopisarza, „ufaj nauce tyle, żeby zbudować bezpieczny most i pamiętaj: ani grama więcej!”. Tu tkwi cały błąd pokoleń ludzi, dla których nauka stanęła na miejscu Boga…

Ewolucja to tyle, co rozwój. Nikt mądry nie neguje faktu, że od momentu poczęcia w łonie matki wszyscy podlegamy – chcąc nie chcąc – rozwojowi. Początkowo rozwój ten odbywa się automatycznie, i jest rozwojem cielesnym: z zarodka rozwija się forma cielesna przyszłego człowieka, kształtują się poszczególne narządy, następuje różnicowanie komórek. Po 9 miesiącach rodzi się człowiek – to „noworodek”, czyli dosłownie „nowo narodzony”, nowy, świeży, tabula rasa, jak chciał Jan Jakub Rosseau, pisząc, że za wszelkie błędy ludzkie odpowiada otoczenie, które w procesie socjalizacji i wychowania tę „tabulę” zanieczyszcza. Nie wchodzimy tu w dyskusję, czy rodzimy się czyści i niewinni. W świetle teologii judeochrześcijańskiej rodzimy się – choćby w najlepszym zdrowiu – obciążeni genetycznie „winą pierwszych ludzi”. Nawet najzdrowszy człowiek na świecie podlega starzeniu się i wreszcie śmierci. Nic na to technika czy medycyna nie pomogą i nawet nie powinny pomagać.

 Okazuje się, że ontogeneza noworodka, jeszcze w łonie matki, powtarza filogenezę: człowiek w niesamowicie krótkim czasie musi przejść przynajmniej kluczowe momenty ewolucji całego gatunku/rodzaju ludzkiego. Od komórki przez stadia pośrednie po niezwykle precyzyjnie dostrojony, przynajmniej na początku, organizm, który musi dostosować się do środowiska. Początkowo za rozwój odpowiada jedynie wyposażenie genetyczne oraz sprzężenie zwrotne z otoczeniem najbliższym – ważne co matka je, gdzie przebywa, jakie emocje przeżywa.

Następuje burzliwy etap rozwoju – noworodek zmienia się w niemowlę (dosłownie: „nie mówiący”), potem w małe dziecko, nadal bezradne, podobnie jak w świecie zwierzęcym. Uczy się wszystkiego – jest omnipotentne, to od dalszej historii życia, a wreszcie od własnych decyzji po osiągnięciu dojrzałego stopnia używania rozumu (ok. 16-18 r.ż.) zależy, czy wygra życie doczesne, czy będzie Kimś, czy zostanie pośród masy ludzi przegranych, zależnych przez długie lata od innych.

 Oczywiście przedstawiony model/schemat jest idealny i typowy – rzadko dziś życie tak wygląda harmonijnie, tak zgodnie i tak „po kolei”. Chcieliśmy tylko pokazać, że nikt dziś nie neguje faktu, że w ciągu całego życia (od poczęcia po śmierć) człowiek się zmienia, rozwija, zachowując jednak „ja”, swoją tożsamość, swój charakter, mentalność. Wydaje się, że najwięcej zmienia się cielesność, nieco mniej psychika, najmniej – sfera duchowa, poglądy, wartości, którymi człowiek się kieruje przez całe życie.

Dlatego tak ważna jest duchowość – to ona utrzymuje ciągłość linii życiowej od początku, a co najmniej od progu dojrzałości po kres. Równie ważna jest kondycja psychofizyczna, lecz tutaj nie ma w pełni możliwości dobrowolnego kierowania swym rozwojem w tym zakresie: starzenie się jest automatyczne, rozwój psychiczny zaś skorelowany ze środowiskiem, którego wszak nikt sobie nie wybiera. Może natomiast je próbować zmieniać, nie ulegać mu biernie, stawiać opór, w miarę sił i energii witalnej.

Podstawowym uczuciem człowieka XX wieku była utrata fundamentów istnienia – żeby żyć trzeba w coś uwierzyć lub komuś zaufać, inaczej skręcamy w ciemność. Co utracono w XX wieku? Cóż, utracono kilkutysiącletnią wiarę, że istnieje wyższy niż ziemski porządek uniwersalny, różnie nazywany: jako „Bóg”, „Nadsens”, „Harmonia”, „Sprawiedliwość”, „Honor”, „Godność”. Te wyrazy pisano niegdyś z wielkiej litery, dziś nawet „boga” czasem piszemy z małej, gdy chcemy się zdystansować od wiary, czy aby nas nie wyśmiano. Tymczasem nikt nie podał nigdy mocnego dowodu na nieistnienie świata ducha, przeciwnie: sformułowano w filozofii (i w… fizyce kwantowej) wiele argumentów na poparcie istnienia niematerialnego świata, wieloświatów czy metaversum. O nich opowiemy innym razem.

 

Zaszufladkowano do kategorii nauka a religie | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz

Lasciate omni speranza. Piekielny problem wierzących…

***
Słowa te widnieją nad bramą do piekieł w średniowiecznym poemacie Aligheri Dantego “Boska Komedia”. Pojawiają się tam różne obrazy zaświatów. Pierwsza część tekstu opisuje wędrówkę autora po piekle, gdzie przewodnikiem jest starożytny pisarz, autor “Eneidy”, Wergiliusz. Jest to najciekawsza część eposu – pozostałe, czyli czyściec, raj ziemski oraz Empireum, siedziba samego Boga, niedostępna profanom, zieją właściwie nudą. W genialny sposób Dante oddał wyobrażenia ówczesnych ludzi, sobie współczesnych o piekle. Nie przypomina ono w niczym Hadesu z mitologii greckiej ani Szeolu z tradycji żydowskiej, nie jest też to obraz ewangeliczny.
Problem z wiarą w piekło to nie tylko odczucie dziwności ludzi, którzy je głoszą, zapominając o porządku miłosierdzia. Szczególnie osoby chore umysłowo oraz ci, którzy przeszli chorobę umysłową wierzą mocno w pośmiertną Gehennę. Są – jak chora na cyklofrenię Siostra Faustyna – pewni, że jest piekło, ale w niebo nie są skłonni już tak mocno wierzyć. To znamienny przykład – wiara w piekielne czeluście i lochy rodem ze średniowiecza bez nadziei na zbawienie. Ludzie chorzy umysłowo są więc pewni, że nie tylko “jest coś po śmierci”, ale i malują szczegółowo z niepotrzebnymi detalami, jakie to coś jest. Inaczej mówiąc, chorzy nie dlatego wierzą w piekło, że uwierzyli w słowa Jezusa czy ogólnie Biblię, ale dlatego, że “byli tam” (“Ja, Siostra Faustyna byłam w czeluściach piekła z rozkazu Bożego, aby świadczyć, że piekło jest” – klasyczny tekst psychotyczny z nadmiernym “ego” na wstępie) i że – jak dzieci fatimskie “je widzieli”. Osoby chore w ten sposób dodają sobie wartości, której nie potrafią zdobyć w normalny, adaptatywny sposób.
Tak więc wiara w piekło wynika z objawów psychozy, ciężkiej depresji, kanalizuje negatywne emocje i negatywną, nagromadzoną w czasie życia energię, jest sposobem domagania się sprawiedliwości dla wszystkich, które osobę chorą skrzywdziły (tzw. radość zbawionych z mąk potępionych w dawnej religijności). “Piekło” zatem jest takim wentylem bezpieczeństwa, który spuszcza nadmierne ciśnienie psychiczne z aparatu psyche, pozwala na utrzymanie chwiejnej równowagi, równoważąc dość nudne w kulturze i ubogie obrazy nieba. Piekło opisywane jest bardzo szczegółowo, w czym celuje niezastąpiona Faustyna. Jej “podróż do piekła” pełna jest detalicznych opisów, jakie to męki czekają na grzeszników, a to lochy, a to tortury dziwnie do złudzenia przypominające opisy średniowieczne.
Jakie piekło jest dziś? Uległo ewolucji, stało się bardziej psychiczne – tak więc jest to najczęściej nieprzenikniona ciemność, pustka, wręcz wieczna depresja, poczucie bezsensu i beznadziejności, poczucie, że to trwa od zawsze i nigdy się nie skończy, poczucie uwięzienia w czymś nieskończonym, a jednak dziwnie małym. Piekło dzisiejsze to nie ogień i siarka, nie kotły pełne smoły, lecz właśnie niekończąca się depresja, sekunda, która trwa wiecznie, na zawsze, nieodwołalnie. Ludzie chorzy psychicznie uwielbiają dodawać sobie wartości przez potępianie bliźnich, przez straszenie ich i psucie im i tak zatrutego życia na planecie. Myśl, że ten sam los spotyka świętych i zbrodniarzy wywołuje bunt i gniew oraz poczucie bezradności, które wywołują obrazy infernalne. Dziś właściwie nie ma katolika, który nie byłby zarażony “wirusem” piekła. Bardzo chętnie posyłamy bliźnich na wieczne męki. Bardzo chętnie się wywyższamy kosztem naszych wrogów, osób nam niemiłych, naszych nieprzyjaciół.

Ale Jezus o piekle wypowiedział się tylko kilka razy. I nikogo nie straszył, mówił zawsze w trybie warunkowym. Franciszek powiedział ostatnio, że sam jest komunistą, bo Jezus nim był. No, na pewno nie należał do PiS. I nie przyszedł, aby zastraszać, choć sam nieraz na pewno doświadczał strachu…

Zaszufladkowano do kategorii przeklęte problemy | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz

(Nie)omylność Piusa X – analiza „Historii religii”

Mamy do czynienia nie z rzetelną, opartą na źródłach zewnętrznych historiografią, ale z wielką apologią, mającą cechy “historioidalne”, a nie historyczne i z wielką pomyłką, która mogła zmylić wielu wiernych katolików, albo co gorsza – z celową i świadomie napisaną z premedytacją dezinformacją. Przykre, że do dziś są grupy (jak Bractwo Piusa X czy grupa Ultramontes, broniąca “prawdziwego katolicyzmu”, będąca edytorem tej broszury w2016 roku), dla których tekst, który omówię szczegółowo, stanowi jedyną pochodnię oświaty w życiu i poza nim nie czytali żadnej bardziej obiektywnej historii religii, wiary czy duchowości. A kiedy przeczytamy ten tekst i zestawimy z pisanymi przez niżej usytuowanych biskupów czy księży – musi objawić nam się poznawcza groza. Jeśli bowiem ten tekst w tylu sprawach w najlepszym razie się myli, to jak bardzo muszą się mylić pozostałe, tworzone nie tylko równolegle, ale później, w oparciu o to opracowanie.

Czytając ten tekst sprzed stu lat, ma się wrażenie, jakbyśmy odwiedzali muzeum lub skansen, albo odbywali szokującą podróż w przeszłość. Świat namalowany przez papieża jest całkowicie niewiarygodny już w tym, w czym miał się on specjalizować – miał ogarnąć tylko i aż dzieje religii katolickiej, ale i nawet tego nie dokonał. Zamiast tego dał zupełnie oderwany od rzeczywistości historycznej przykład laurkowej i bardzo pocukrowanej interpretacji swojej wiary, którą pragnął zwyczajnie narzucić innym i zaprowadzić siłowo katolicyzm na całym świecie. Tekst zaczyna się pomaptycznie i górnolotnie i tak jest w wielu miejscach następujących:

“Krótka Historia Religii POCHWALONA I ZALECONA przez OJCA ŚW. PIUSA X” – tak oto zaczyna się krótka, licząca niecałe 50 stron broszurka, wydana kilka lat temu przez wydawnictwo “Ultramontes”. Jest to praca historyczna dotycząca religii chrześcijańskiej, ściślej: jej katolickiej interpretacji. Pius X wypowiada się jako papież, więc zgodnie z dogmatem o nieomylności w sprawach wiary, powinien napisać rzetelną, zgodną ze stanem faktycznym historię swojej dziedziny. Dziełko to ukazało się sto lat temu, czyli zaledwie pięć pokoleń wstecz. Czy podołał zadaniu?

Zaglądnijmy do środka.

“Wszystko to stwierdza historia Religii, która, rzec można, jest zarazem historią całej ludzkości. Z tego pokazuje się jasno, że wszystkie inne, tak zwane religie, poza tą jedną, prawdziwą i objawioną od Boga, o której tu mowa, są wynalazkami ludzkimi i zboczeniami od prawdy, pełnymi baśni, kłamstwa i niedorzeczności, z zachowaniem gdzieniegdzie niejakich okruszyn Religii objawionej.”

W hermetycznym i stabilnym świecie katolickim okresu modernizmu, który wyłania się z kart broszurki Piusa X, następcy Piusa IX – inicjatora I Soboru Watykańskiego, przerwanego wojną o Piemont, ale tego, który zdążył sformułować niesławną zasadę nieomylności papieży w sprawach wiary i obyczaju – nie ma miejsca na rozwój, zmianę czy wątpliwości. Wszystko jest jasne – nie ma potrzeby stawiania żadnych pytań, trzeba ślepo wierzyć w to, co urząd nauczycielski Kościoła “podaje do wierzenia”, gotowe, jak obiad na tacy. Nie ma możliwości swobodnej debaty teologicznej czy społecznej, nie mówiąc o polityce.

Wtedy to rodziły się pierwsze ruchy robotnicze, które protestowały przeciw wyzyskowi. Nie wspomina słowem o społecznej nauce Kościoła, bo jej zwyczajnie nie było – Kościół i jego hierarchia wywodzili się z wysoko postawionych grup arystokratycznych, nie mających pojęcia o społecznych “nizinach”, którymi gardzono jako “dołami” albo wręcz marginesem. Ruchy robotnicze były pierwszym masowym zdarzeniem i Kościół pragnął jak najdłużej ich istnienie utrzymać w tajemnicy i na dystans. Książęta Kościoła izolowano zresztą w procesie najcżęściej prywatnej, kościelnej, bardzo tendencyjnej i wybiórczej edukacji tak, żeby nigdy nie dowiedzieli się, że ich wygodny i bezpieczny świat nie jest całym światem, że nie są żadnym centrum ani ośrodkiem, wokół którego ma toczyć się historia.

Pius jako dobry retor zaczyna bardzo górnolotnie, pisząc o kwestiach tak ogólnych i na takim poziomie abstrakcji, że są one właściwie “nieobalalne”. Chroniąc się za autorytetem kościelnym przypisuje wszystkie zasługi jedynie Kościołowi rzymskiemu, poza którym oczywiście nie ma zbawienia. Potępia w czambuł inne odłamy chrześcijaństwa i wszelkie inne – jak pisze – “tak zwane religie”, które prowadzą – jego zdaniem – do potępienia. Tradycja od apostołów przekazana jest w“pierwotnej czystości” (“(…) każdy łatwo zrozumie, jak wielkiej wagi jest Tradycja, czyli Boskie Podanie. Jest ono tym słowem Bożym, które Apostołowie zaczerpnęli z ust samego Jezusa Chrystusa i które przechodząc potem przez nieprzerwany szereg następców Apostołów, doszło aż do nas w pierwotnej swej czystości.”). Ani słowa o językach oryginalnych Biblii, o przekładach Septuaginty na grekę, o przekładzie Wulgaty na łacinę, o przekładach na poszczególne języki narodowe, w tym polski za sprawą słynnego tłumaczenia staropolskiego X. Wujka.

Przecież znamy z przedszkola zabawę w “głuchy telefon” – słowo na wejściu zmienia się wposzczególnych etapach przekazywania, by mieć zupełnie inny sens i znaczenie na wyjściu. Ale papież takimi technicznymi sprawami rzecz jasna nie może się interesować. Zbyt wysoko siedzi i stamtąd widok jest bardzo ogólny, zdolny wchłonąć wszystko w jedną, monolityczną wersję historii swego Kościoła.

Ten ścisły integryzm lat pierwszych XX wieku, kiedy rodził się ewolucjonizm i panowała moda na modernizm (nowoczesność) nie może dziwić – jest typową reakcją obronną na “zły świat”, który odszedł od jedynie prawdziwej wiary, ośmielając się poddawać w wątpliwość katolicką naukę o stworzeniu. Jaka to nauka? Idźmy dalej.

Papież dosłownie interpretuje, a raczej kopiuje bezrefleksyjnie naukę Starego Testamentu o pochodzeniu człowieka. Nie obchodzi go rodzący się ewolucjonizm, choć na pewno o nim słyszał. Nie potrafi sobie wyobrazić, że człowiek mógł powstać samoistnie, bez interwencji z zewnątrz. Filozofia Bergsona, jego pojęcie “elan vital”, wewnętrznej siły zmieniającej świat też nie przemawia mu do serca – świat się z perspektywy watykańskiej nie zmienia. Panuje statyzm i idee platońsko-perypatetyckie – świat jest statyczny, nieruchomy, niezmienny, człowiek powstał natychmiast, od razu jako dorosły, czyli nie mógł mieć pępka. Jednakowoż nieuważni malarze popełniali przez stulecia znaczący lapsus – na wszystkich obrazach Adam i Ewa mają pępki. Tego – na swoje szczęście – Pius X nie zauważył chodząc po wielkich korytarzach watykańskiego pałacu.

Przepisując w swej książeczce dosłownie interpretowaną historię biblijną, za dobrą monetę bierze wszystko, co przynosi literalna egzegeza. Ani słowa o powstającej wtedy w bólach krytyce biblijnej, o gatunkach i rodzajach literackich w Biblii, o krytyce psychologicznej, genetycznej i historycznej. Wszystko jest takie, jak stoi w Biblii, a jedynym organem, który zna właściwe znaczenie niejednoznacznych fragmentów jest tylko “święta Matka Kościół”, jak wtedy mawiano. Ta święta Matka, która dopuszczała się dosłownie masakry pogan i analfabetów z podbijanych od czasów Konstantyna terenów – jest nieomylna, ma więc atrybuty boskie, więc nie w Boga, ale w Kościół musiał wierzyć przeciętny śmiertelnik za czasów Piusa X.

Już nie chodziło o żywo dyskutowane w średniowieczu uniwersalia, kwestię dowodów na istnienie Boga – to wszystko papież przemilczał, zapewne mając większość czytelników za durniów, ale to, że byli oni analfabetami stanowi niemałą “zasługę” właśnie Kościoła, który przez wieki wpędzał ludzi w analfabetyzm, zabraniając samodzielnej lektury Biblii (o jej wyjaśnianiu nie wspominając), a conajmniej nie zrobił nic, aby wyciągnąć masy z pierwotnego analfabetyzmu. Zwykli ludzie nie mieli żadnych szans z selekcją edukacyjną, uskutecznianą w Kościele. Uczyć mogli się tylko wybrani – reszta do roboty, wznosić katedry i pałace biskupie.

Tak niestety było, ale o tym dowiadujemy się dopiero z prac niezależnych, powojennych historyków, krytycznie oceniających działalność Kościoła w świecie od IV w. począwszy aż po neotomizm w XIX wieku. Wtedy, gdy dyskutowano prawa termodynamiki i doboru naturalnego, Pius X pisał, że wąż skusił Ewę, żeby zerwała jabłko z drzewa i tym samym wpędziła ludzkość, której jeszcze nie było, do otchłani piekielnych. Nie zająka się ani razu, czy ta historia nie jest sfałszowana, bo świadectw fałszowania Nowego Testamentu jest dziś co nie miara. Jeśli fałszowano pisma nowotestamentalne, to równie dobrze można było sfałszować dzieje ST.

Dziś już wiemy, że ludzkość nie może pochodzić od jednej pary i jest to odkrycie ponad wszelką wątpliwość. Ludzkość zaczyna się w kilku albo kilkunastu miejscach Afryki, więc nie w Mezopotamii, gdzie tradycyjnie lokowano ziemski raj. Biologia genetyczna i ewolucyjna dokładnie potrafi wskazać początki jakiejś odmiany przedludzi, potem ich migracje i krzyżówki. Nikt o zdrowych zmysłach dziś nie zaneguje ogólnej wizji powstania ludzkości, jaką przynoszą nauki ewolucyjne, wspomagane najnowszą technologią komputerową i genetyką molekularną.

Jako papież Kościoła modernistycznego nie mógł nie dostrzegać istnienia alternatywnej wobec jego własnej wizji świata. Przemilczał jednak taktownie wszystko, co negatywne w dziejach Kościoła. Napisał, że jeden czy dwóch “złych papieży”, nie szkodzi wobec tylu świętych wyniesionych przez Kościół na ołtarze. To jednak, że gros spośród kanonizowanych też miało sporo za uszami, papieża nie interesuje. On chce cementować, chronić tożsamość, więc musi być jednolity, jednostronny i tendencyjny. Dziełko ma cele apologetyczne, więc musi siłą rzeczy być bardzo wybiórcze i selektywne – wyrzuca wszystko, co nie pasuje do światopoglądu nie tyle chrześcijańsko-ewangelicznego, co specyficznie “rzymskokatolickiego” i wszystko, co przeczyłoby uwznioślonej historii Kościoła.

Myślicie Państwo, że to kuriosum było jedyne? Takich dziełek, pisanych niekiedy naprawdę w pełnej nieświadomości prawdziwych dziejów Kościoła, było masę – pisane przez niedouczonych księży, albo częściowo douczonych świeckich, prezentowało poziom o wiele niższy niż omawiana broszura. Jeśli papież pisze na żenującym poziomie o swej własnej dziedzinie, to czego oczekiwać od zwykłychautorów, zwłaszcza, że Kościół zawsze chronił dostępu do swoich tajemnic i nieudostępniał archiwów, bibliotek i cały czas przecież działała inkwizycja oraz ILP, czyli indeks dzieł zakazanych. Nadal na indeksie były dzieła Kopernika, nie mówiąc o innych filozofach i naukowcach. Indeks zniesiono dopiero po II wojnie, na fali II Soboru Watykańskiego, podobnie i inkwizycję przemianowano najpierw na Święte Oficjum, a potem dopiero na Kongregację Nauki Wiary, działającą do dziś.

Jest to tak kuriozalne, że wstyd o tym pisać, bo proponowany nadal i dziś poziom debaty o początkach świata, człowieka, dziejach religii i ich różnorodności, jest naprawdę żenujący. Poza kilkoma odważnymi teologami na świecie nie ma nikogo, kto by odkrył całą prawdę o Kościele. Zbyt wiele materiałów zniszczono. Zbyt wiele ukryto, sfałszowano, źle przetłumaczono. Działa tu wspomniany “głuchy telefon” – to, co miał mówić Jezus, przeszło przez tyle uszu i oczu, przez tyle wersji zapisanych, że dziś z Ewangelii pozostały zdania o miłości nieprzyjaciół, dobrym życiu i nadziei na zbawienie. Po prostu pisanie historii rozciągającej się sześć tysięcy lat wstecz i kilka tysięcy kilometrów w przestrzeni nie jest możliwe, nie było możliwe nawet przy tak ostrej selekcji, jakiej dokonał Pius X.

Jest to bardzo estetyczne dzieło, bardzo dobrze napisane pięknym językiem, bardzo przekonującemniej wnikliwych czytelników. Tyle, że tylko w części prawdziwe. A jeśli w części, toznaczy w omawianej tematyce – wcale. Nie da się opisać w jednym tomie bogactwa historii samego tylko Kościoła, nie mówiąc o chrześcijaństwie jako szerszej całości i o innych religiach. Nawet opisanie samego tylko katolicyzmu potrydenckiego, tak szanowanego przez Piusa X, nie było już wtedy możliwe.

Zamykając to rozważanie, trzeba powiedzieć, że pełnej prawdy nie dowiemy się pewnie nigdy. Może tak musi być. I może to jest ostania szansa Kościoła, że znowu zamknie archiwa, wykluczy niezależnych badaczy i dzięki nowemu integryzmowi jakoś przetrwa. Może do Paruzji, kto wie…?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Piekielny dramat Rozalii, czyli prosty przepis jak zniszczyć ludzkie życie…

Postać Rozalii Celakówny jest bardzo popularna w pewnych, zwłaszcza silnie tradycjonalistycznych kręgach Kościoła katolickiego. Niektóre środowiska, których celem jest intronizacja Chrystusa na Króla Polski, postulują wręcz wyniesienie jej na ołtarze i obwołanie świętą. Przyjrzyjmy się bliżej i bardzo dokładnie jej przedwcześnie zakończonemu życiu (żyła 43 lata) i nie dajmy się zwieść presji owych środowisk.

Zamierzam udowodnić, że Celakówna cierpiała na jedno z dość popularnych zaburzeń psychicznych i częściowo umysłowych, co nie przeszkadzało jej jednak dość dobrze funkcjonować w pracy w szpitalu krakowskim w charakterze sanitariuszki i salowej i w Kościele, z którym była wręcz organicznie związana.

Jej choroba ma prozaiczne przyczyny, dające niezwykłe bogactwo objawów psychiatrycznych: to mieszanka nerwicy natręctw, depresji, w której były momenty podniesionego patologicznie nastroju oraz częściowo zaburzeń schizoafektywnych, w których okresowo doświadczała omamów słuchowych oraz pseudo-halucynacji wzrokowych. Jej życie jest tragicznym przykładem, jak ze zwykłego dziecka, ciekawego świata można zrobić psychiczny wrak za pomocą przedsoborowego, niewłaściwego nauczania kościelnego, które promowało rygoryzm i surowość jako źle pojętą sprawiedliwość, żywcem wziętą ze Starego Testamentu.

Pamiętajmy, że diagnozowanie osób zmarłych jest dyskusyjne – to samo było w przypadku innych mistyków czy świętych, proroków czy apostołów, niemniej niemal na pewno Rozalia Celakówna odbiegała w sposób patologiczny od normy psychicznej. Jej nerwica na podłożu kościelnym (tzw. nerwica eklezjogenna – nowy typ nerwicy, dziś często diagnozowanej – przebiegała w dramatyczny sposób: od nadmiernej, wręcz skrajnej pobożności, przez głosy schizofreniczne aż po wewnętrzne wizje piekła i szatanów, czyhających na jej młodą duszę, przekonaną, że “jest największą grzesznicą”. Prawdopodobny, choć wyparty bardzo silnie kompleks “grzechów cielesnych”, nie dopuszczany do świadomości jako “największe zło”, dawał patologiczne wyrzuty sumienia i stałe poczucie winy, owocujące skrajną depresją z myślami samobójczymi włącznie.

To, co wyczytałem w jednej z jej biografii jest przerażające. Przykład: ktoś Rozalię, mającą już 19 lat, zapytał, kiedy wychodzi za mąż, na co jej ojciec omal nie uderzył pytającego, mówiąc, żeby “nigdy przy dziecku nie wymawiał takich słów i nie mówił o takich rzeczach”. Przy dziecku, które ma 19 lat! I o takich rzeczach! Jakich mianowicie!?

Patologię rodziny Celakówny widać jak na dłoni: surowe wychowanie, karanie za najmniejsze przewinienia, uwięzienie w domu, zakaz wychodzenia, klasztorne stosunki między rodzicami i rodzeństwem, ciężka praca na roli, środowisko wiejskie, silnie patriarchalne z dominującą figurą “ojca”, zagniewanego programowo i na zapas.

Ciężki poród, który omal nie zakończył się śmiercią mamy Rozalki, podobnie jak przebyte ciężkie choroby dzieciństwa – świnka, odra, dyfteryt – odbiły się na zdrowiu jako całości życia młodej kobiety. Dojrzewanie odbywało się w atmosferze podejrzliwości – Rozalia musiała nawet jako nastolatka ‘spowiadać się’ rodzicom z lekcji w szkole. Tłumienie aż po niemal psychiczną kastrację seksualności – postrzeganie ciała i seksu jako domeny grzechu, diabła i moralnego bagna. Do tego przyczynił się epizod z próbą molestowania, po której to traumie Rozalia “znienawidziła mężczyzn”. Nienawiść ta, postrzegana z jednej strony jako grzech, a zarazem pewnego rodzaju paradoksalną cnotę doprowadziła do całkowitej dewastacji młodej, dojrzewającej, wchodzącej dopiero w świat, a raczej żyjącej jakby naprzeciw świata psychice.

Oczywiście ludowa, sąsiedzka mitologia religijna próbowała już za jej życia zrobić z niej kolejną zmagającą się ze swym libido świętą i nie zauważała ewidentnej patologii. Biograf Celakówny zachwyca się na przykład tym, że w domu rodzinnym służącej “czytano tylko pobożne książki”, konkretnie – żywoty świętych. I dla równowagi…Sienkiewicza. No, tak inne lektury były zbyt frywolne jak na młodą, niewinną duszę. Kolejny zachwyt biograf, ewidentnie przenoszący na papier swoją platoniczną fascynację postacią Celakówny, wypowiada, gdy twierdzi, że “Rozalia jeździła do Krakowa nie, żeby zobaczyć Wawel, muzem czy pójść na rynek. Nie! Ona jeździła, aby pójść do spowiedzi!”. Może przykładów już wystarczy choć zapewniam, że podobnych kwiatków jest więcej i to bardziej pikantnych intelektualnie.

Oto Rozalia twierdzi, że najlepsze, co można zrobić dla swego Pana, to wyrzec się absolutnie wszystkich światowych i życiowych przyjemności. Bóg niczego innego nie pragnie, tylko napawania się dymem ludzkich cierpień i skrajnej ascezy, a szczególną rozkosz sprawia mu wyrzeczenie się przez ludzi przyjemności, szczególnie oczywiście erotycznej, którą wcześniej sam stworzył. Po prostu ojciec Rozalki bał się, że córka „przyjdzie z brzuchem” i to samo dotyczyło innych niezbyt zamożnych rodzin wtedy. W razie ‘wtopy’ infamia sąsiedzka była pewna i dyshonor na wieki. Obsesja, wręcz histeria na punkcie seksu wtedy w Kościele przedsoborowym była pełnoobjawowa: wszystko, co wiązało się, choćby pośrednio z seksem, było z automatu złe, a na zasadzie prawa, żewyparte powraca w innej formie – wrażliwe natury dostawały histerii, nerwicy anankastycznej(obsesyjno-kompulsywnej), w skrajnych przypadkach omamów, urojeń i halucynacji.

Jest niemal pewne, że wszystkie słyszane i spisane potem w autobiograficznych zapiskach “głosy” pochodziły z głowy Celakówny i nie miały nic wspólnego ze światem nadprzyrodzonym, podobnie jak widziane obrazy, “wizje” i rzekome objawienia. Wszystko odbywało się w jej głowie i tam rozgrywał się jej dramat, wyreżyserowany przez “ojca”, tyle, że tego ziemskiego, biologicznego, a nie metafizycznego. Podobne brednie, jak te, które fragmentarycznie wyczytałem z cytowanej biografii (nazwisko autora przemilczę), jeszcze do dziś snują się po kątach różnych zapadłych parafii, zakrystii i plebani.

Jest szokiem dla mnie, że już w czasach, kiedy stosuje się leczenie psychotropowe, nadal część Kościoła święcie wierzy, że takie postacie, jak Rozalia czy Faustyna Kowalska są jakoś oddzielone od “zwykłych”, pogardzanych przez środowiska kościelne pacjentów psychiatrycznych, że mają jakąś pieczęć, która je wynosi poza zwyczajne prawa psychologii klinicznej, że są jakoś uprzywilejowane.

Pamiętajmy też, że ówcześnie diagnostyka psychiatryczna raczkowała. Poza tym w przypadku osób duchownych oraz ludzi związanych blisko z potężnym wtedy Kościołem, panowała zmowa psychiatrów, aby nie stawiać żadnych diagnoz i uznawać ewidentne nawet przypadki patologii jako normę. Czyniono tak po prostu w obawie przed Kościołem i w trosce o dalszą karierę lekarską. Czy wyobrażacie sobie Państwo, że w latach 20-tych, przed Soborem, jakiś psychiatra nazwie wizje Rozalii “urojeniami” albo co gorsza – halucynacjami? Taki lekarz następnego dnia, o ile by go dożył, musiałby zamknąć praktykę i odwołać swoją diagnozę. Sprawa toczyła się wszak o sprawy nie tylko światopoglądowe, ale wręcz metafizyczne. Nie było więc mowy, żeby pisano w zaświadczeniach prawdę, a tym bardziej  – całą prawdę.

Kiedy cofniemy się na moment do wczesnego dzieciństwa, które – zdaniem Freuda i wielu jego uczniów – stanowi newralgiczny punkt rozwoju osobowości, widzimy, jak wpajano małej Rozalce brednie w rodzaju, że “anioł stróż zawsze stoi przy tobie i widzi wszystko i zna wszystkie twoje myśli”. Jak się nietrudno domyśleć, taka i podobna indoktrynacja wywołała w dorosłym życiu (ale nie dojrzałym, bo Rozalia pozostała dużą dziewczynką w rozwoju) urojenia odsłonięcia – poczucie, że “Bóg wszystko widzi i nic się przed nim nie ukryje”. Takie urojenia dziś leczy się powszechnie w szpitalach dla nerwowo chorych za pomocą leków oraz psychoterapii. W czasach Rozalii nie było to jeszcze możliwe.

Co bardziej inteligentne pacjentki z powszechnymi w schizofrenii urojeniami tego typu przechodziły prywatną psychoanalizę, nawet jeżdżąc za granicę. Rozalia jako pochodząca z niższej klasy społecznej nie miała żadnych szans. To, że przeżywając takie omamy w ogóle jako tako spełniała swoje obowiązki zawodowe i tak świadczy o niezwykłej sile psyche, której jeszcze dziś, my ludzie nie doceniamy. Nieustannie popularne są nadal prywatne projekcje i przeniesienia na zewnątrz – “nie wierzę, że te głosy pochodzą z mego wnętrza, one na pewno są od Boga…” – myśli niemal każdy pacjent.

Ciekawe w tym jest to, że nie była to osoba zupełnie upośledzona i wykazywała nawet poczucie humoru oraz przejawy co najmniej przeciętnej inteligencji. Niestety, jej siły ducha i własna wola zostały scedowane na wolę rodziców najpierw (“co postanowili, tak się musiało stać”), a potem wolę spowiedników, która oczywiście w jej mniemaniu była wolą samego Jahwe. Tak zupełnie ubezwłasnowolniona była według mojej wiedzy spośród córek Kościoła jedynie święta Faustyna, której depresję świetnie opisał psychiatra Jerzy Strojnowski z KUL.

Kompletny brak woli własnej Rozalii, rozumianej błędnie jako “grzeszna samowola”, wyrażał się w ogólnym osłabieniu, awolicji i niezdolności podejmowania najprostszych decyzji życiowych. Na przykład rodzice nie chcieli, aby wyprowadzała się z domu, mimo, że dawno ukończyła dwadzieścia lat. Ponieważ bała się ich gniewu i kary, bardzo przeżyła rozstanie z rodziną. Do końca życia miała ciężkie skrupuły związane z samowolnym, jak mniemała, opuszczeniem gniazda rodzinnego. Żeby je zracjonalizować, sądziła, że to “Bóg tak chce”. Wtedy jej odpowiedzialność malała, bo zawsze mogła się usprawiedliwić, że “tak chciał Jahwe”. Tyle, że jest niemal pewne, że Jahwe jako stwórca wszechrzeczy raczej mało przejmuje się decyzjami życiowymi jakiejś biednej dziewczyny ze wsi podhalańskiej, której rodzice zrobili zaiste wszystko, aby uczynić z niej kalekę życiową i okaleczyć z wszelkiego człowieczeństwa, którego miarą jest właśnie własna, wolna i silna wola.

Kończąc ten szkic, trzeba powiedzieć wyraźnie, że nawet jeśli przypadek Rozalii Celakówny nastręcza badaczom pewne trudności diagnstyczne, niemal na pewno oznacza to, że mamy do czynienia z ciężkim przypadkiem przewlekłej schizofrenii religijnej, zakrytej i obudowanej kulturą kościelną i ukrytej w ten sposób przed specjalistami.

Wokół Kościoła i dziś kręci się mnóstwo osób, których stan psychiczny zdecydowanie implikuje natychmiastową pomoc psychiatryczną, a w wielu przypadkach – hospitalizację. We wspólnotach charyzmatycznych spotkać można i dziś, mimo tak świetnych możliwości, jakie daje medycyna, ludzi pogubionych, wewnętrznie złamanych, pozbawionych swej jaźni i poczucia ciągłości linii życia. Ludzie ci, z załamaną osią czasu, potrzebują nie modlitwy ani wody święconej, ale fachowej pomocy medycznej. Dopóki będziemy oddzielać opisany przypadek Rozalii jako “wyjątkowy”, będziemy nieświadomie stygmatyzować “normalnych” pacjentów. Dziś byłaby tylko jedną z wielu tysięcy pacjentek, chodzących na terapię i starających się stanąć na własnych nogach. Jednak bez tej pomocy nie miała żadnych szans, więc zmarła przedwcześnie. Jest ostrzeżeniem zza grobu dla tych wszystkich, którzy nadal wierzą dosłownie w to, co głosi coraz bardziej dziś krzykliwy Kościół przedsoborowy. I stanowi przykład dobitny, jak patologiczne i toksyczne rodzicielstwo może zniszczyć dziecku całe późniejsze, młode życie, jakże przedwcześnie zakończone…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Historia z Medjugorje: prawda czy wielkie kłamstwo?

      Ciągnąca się już od ponad 40 lat historia tak zwanych prywatnych “objawień maryjnych” w bośniackim miasteczku Medjugorie nasuwa wiele pytań i wątpliwości, zarówno natury egzystencjalnej, jak i psychospołecznej.  Niemal od początku wspomniane objawienia budziły kontrowersje, początkowo wyłącznie związane z faktem, że miały mieć miejsce w kraju głęboko komunistycznym, w którym panował światopogląd naukowy, oparty na dialektycznym i historycznym materializmie.  Wydawało się, że właśnie w takim kraju powinien  – dla przeciwwagi – wydarzyć się jakiś “cud” albo “znak” i tak też się “stało”.  

    Kościół lokalny na początku odczuł, że istnieje szansa na odzyskanie utraconej w wyniku ekspansji komunizmu mocnej dawniej pozycji w społeczeństwie.  Jednak objawienia już na drugi dzień stały się mocno wątpliwe i podzieliły obserwatorów na gorących zwolenników oraz równie zaciekłych przeciwników. Ci ostatni wyłonili się nie tylko spośród ateistów czy agnostyków, wyznających światopogląd racjonalistyczny, ale również spośród przedstawicieli innych religii, szczególnie protestanckich odłamów chrześcijaństwa. 

    Ci ostatni – zaznaczymy tylko – krytykowali objawienia z pozycji radykalnego chrystocentryzmu, zarzucając tym, jak i innym objawieniom maryjnym nieuprawnione zajmowanie pozycji należnej Chrystusowi, bałwochwalstwo, a w skrajnych przypadkach tak zwane “szatańskie zwiedzenia”.  Już sama ta nomenklatura wskazuje na głębokie podziały, jeśli chodzi o głęboką prawdę o Medjugoriu.  Dziś Kościół, chociaż oficjalnie nie zajął stanowiska w tej sprawie, to ustami papieża nieoficjalnie stwierdził, że objawienia medjugorskie, o ile w ogóle są autentyczne, niewiele wnoszą do chrześcijaństwa, a tym samym – nie są wiele warte. 

    Powstaje jednak pytanie, czy Kościół nie popełnia błędu, z góry zakładając, że w Medjugorie może dochodzić do “fałszywych objawień”, przepisywanych na przykład istotom ze złego świata. Kwestią fundamentalną nie jest to, kto czy co objawia się w Medjugorie, ale pytanie czy ktoś lub coś w ogóle się tam objawia.  Zanim będziemy  zastanawiać się nad naturą fenomenów z Medjugorie, trzeba postawić pytanie, czy w ogóle dochodzi tam do jakichkolwiek zjawisk przepisywanych najszerzej rozumianej Transcendencji, innemu wymiarowi, zjawiskom ufologicznym czy jakiejkolwiek innej aktywności paranormalnej.  Jeżeli – jak twierdzi Kościół – objawienia te nie są prawdziwe, to trzeba postawić pytanie, gdzie w czasie fałszywych objawień znajduje się rzekomy nadawca tychże, czyli postać Matki Bożej? Jest widząca rzeczywiście coś “widzi” zachodzi pytanie, jak na to zapatruje się “prawdziwa” Maryja?  Pytanie, jakie otwiera sprawa Medjugorie, jest zupełnie fundamentalne –  jeżeli w Medjugorie nic się nie dzieje, to co się tam właściwie dzieje? 

     Jeżeli w Medjugorie nie pojawia się Maryja, to zachodzi wątpliwość, czy gdziekolwiek indziej się pojawia albo pojawiała w przeszłości.  Medjugorie jest takim eksperimentum crucis, które stawia na ostrzu noża podstawowe pytanie o samą możliwość objawień maryjnych. Innymi słowy pytamy, czy w XXI wieku w ogóle możliwe są nie tylko objawienia czy uzdrowienia, ale także jakiekolwiek fenomeny niewytłumaczalne jeszcze na drodze naukowej.  Pytać też należy o pozostałe objawienia maryjne, o jakich donoszą parafie z różnych części świata, a wreszcie zapytać o najsłynniejsze objawienia wcześniejsze – z La Salette, z Lourdes czy z Fatimy, by wymienić pierwsze z brzegu.  Pytanie więc ostatecznie jest nie, czy Maryja pojawia się w Medjugorie, ale czy gdziekolwiek w ogóle może się pojawić…?

***

     Na potrzeby tego artykułu przeanalizowano dokładnie jeden z zapisów wideo z domniemanego objawienia maryjnego w Medjugorje, jakie miało miejsce w poprzedniej dekadzie na terenie bardzo dziś rozbudowanego sanktuarium, do którego zmierzają tysiące, a może nawet miliony pielgrzymów każdego roku. Zachodzi więc pytanie, czy  i komu  może dzisiaj zależeć na tym, aby fenomen Medjugorie – niezależnie od jego natury – utrzymywał się jak najdłużej? 

  Jest oczywistym fakt, że wokół Medjugorie krążą olbrzymie środki finansowe, jest to miejsce numer jeden, jeśli chodzi o pojęcie sacro-biznesu –  po prostu im więcej pielgrzymów, czyli klientów, tym większe dochody, nie tylko tego sanktuarium, ale całej parafii, diecezji czy archidiecezji, a ostatecznie i większe dochody Watykanu. Nie jest już tajemnicą, że każda parafia odprowadza część pieniędzy w postaci tak zwanej “daniny diecezjalnej”,  a każdy kraj wpłaca jakąś sumę do kasy watykańskiego banku. 

      Na wspomnianym zapisie wideo widać grupę osób, a kamera obserwuje jedną z nadal widzących, czyli Mirjanę, która klęcząc modli się razem z prowadzącym modlitwy przez megafon oraz z ludźmi zgromadzonymi bezpośrednio wokół (dość ciasno) i nieco dalej.  Nie wyczuwa się w ogóle nastroju oczekiwania na coś niezwykłego; przeciwnie, najwyraźniej niektórzy ludzie są tam jakby z przymusu, wyraźnie się nudzą, przenoszą wzrok i punkt obserwacyjny na coraz to inne rzeczy w otoczeniu; charakterystyczne jest też, że unikają patrzenia na samą widzącą. 

     Mirjana, podobnie jak w czasie innych objawień, jest wyraźnie poddana wpływowi silnego stresu społecznego, co przejawia się charakterystycznymi głębszymi zaczerpnięciami powietrza, tak jakby widząca wzdychała w sposób niezauważalny dla mniej sprawnych obserwatorów.  Wyraźnie też jest jakby trochę nieobecna myślami – modli się podobnie jak pozostali uczestnicy raczej mechanicznie.  Podobnie, jak dzieje się to zazwyczaj, przez kilka sekund przed nastąpieniem rzekomego kontaktu wzrokowego z nadprzyrodzoną istotą, widząca najwyraźniej zbiera się w sobie tak, jakby się przygotowywała do odegrania sceny aktorskiej. Widząca jakby wybiera sobie moment, kiedy będzie mogła zacząć udawać, że widzi “Maryję”. 

     Poza wspomnianymi objawami stresu społecznego, który może wiązać się zarówno z powagą sytuacji, jak i  – co jest bardziej prawdopodobne – ze świadomością uczestniczenia w kłamstwie, Mirjana nie przejawia żadnych poważniejszych oznak zaburzeń zdrowia neurologicznego czy psychicznego.  Charakterystyczne, że zawsze Maryja pojawia się w górze – widząca zwraca oczy pod kątem około 45 stopni i niemal od początku udaje, że rozmawia  z domniemana Maryją, bezgłośnie poruszając ustami; wykonuje też ruchy głową, raz potakujące, raz przeczące, a na zbliżeniu wideo w pewnym momencie widać pewną asymetrię widoczną w wielkości źrenic – prawa jest minimalnie szersza od lewej. Może to sugerować zarówno dyskretne problemy neurologiczne, jak i pozostawać bez znaczenia.  Mimika twarzy podczas objawienia przechodzi przez wiele metamorfoz – od uśmiechu i radości, dosyć stonowanej jak na kontakt z istotą, bądź co bądź, nadprzyrodzoną, co musi być dosyć szokującym przeżyciem, przez udawanie, że się uważnie słucha czegoś ważnego z poważną, surową mimiką aż po wyraźnie odgrywane przerażenie, które zwykle pozostaje aż do końca objawienia i ma prawdopodobnie na celu uzasadnienie późniejszych reakcji po objawieniu; pojawiają się więc później płacz, ocieranie z łez, ciężkie wyschnięcia i wszelkie objawy zbiorowej histerii. 

    Uważny obserwator może być przekonany. że scena objawienia jest od początku do końca zmistyfikowana, a widząca jest tego świadoma i świadomie – choć nie dobrowolnie – uczestniczy w całym spektaklu, który nosi charakter sakralnego teatru, gdzie każdy spełnia swoją rolę.         Podstawowe pytanie, jakie tutaj musimy zadać, brzmi, dlaczego mimo ewidentnej niewiary osób uczestniczących w widowisku, fenomen Medjugoria nadal się utrzymuje i nic nie zapowiada tego, aby miał mieć miejsce jego finał?  

     Watykan ze zrozumiałych względów zachowuje ostrożność; z jednej strony nie chce wziąć odpowiedzialności za ewentualne odkrycie i zdemaskowanie prawdy o Medjugorie, a z drugiej strony wie, że jest to sprawa ustawiająca kwestie eschatologiczne na ostrzu noża i że ewentualne zdemaskowanie oszustwa lub choroby umysłowej czy ujawnienie z drugiej strony zjawisk “ufologicznych” może mieć daleko idące psychospołeczne konsekwencje. 

    Kościół katolicki potrzebuje – w przeciwieństwie do ewangelickiego – “cudów”, zwłaszcza objawień, ale także uzdrowień, aby uzasadnić swoje długie trwanie. Istnieje dzisiaj zapotrzebowanie na cudowne, niewytłumaczone zjawiska,  religijną sensację i religijnych celebrytów, a widzący z Medjugorje najwyraźniej wpisują się w ten nurt – zostali po prostu jeszcze jednymi religijnymi celebrytami, czerpiącymi dosłowne zyski (a także zyski symboliczne) z wielkiego kłamstwa, jakim jest to sanktuarium. 

   Podchodząc do sprawy od strony czysto historycznej musimy stwierdzić, że w Medjugorie nie dzieje się nic, co wykraczałoby poza czysto psychologiczne i socjologiczne zjawiska grupowe, zwłaszcza zbiorową histerię, nasilone przeniesienia i przeciwprzeniesienia, a także zbiorowe mechanizmy obronne, szczególnie projekcje,  racjonalizacje,  wyparcie, zaprzeczenie oraz elementy myślenia urojeniowo-spiskowego i typu paranoidalnego (kto do nas nie należy, jest przeciw nam; kto nas atakuje, atakuje Boga, etc.). 

  Dotychczasowa krytyka Medjugorje zakłada z góry, że tam coś się dzieje, chociaż nikt nie wie, jakiej jest to natury. Proponowane tutaj stanowisko podchodzi do kwestii Medjugorja nie z pozycji innowierczych czy ufologicznych, lecz racjonalno-naukowych. Żaden poważny historyk nie będzie z jednej strony negował historyczności postaci Jezusa z Nazaretu oraz jego matki, nazywanej Matką Bożą albo Maryją, a z drugiej nie będzie uznawał historyczności całej sfery nadprzyrodzonej, jaka narosła przez wieki wokół tych postaci, niczym legenda wokół mitycznych herosów albo starożytnych bohaterów.  Rzetelny historyk uzna dosłownie traktowaną przez wiernych nadprzyrodzoną sferę jako mitologiczną i symboliczną, a psychologia religii uzupełni ten fakt o elementy psychologii głębi, psychoanalizy, ewentualnie – archetypicznej krytyki jungowskiej.  

Tak więc Medjugorje jest ciągle nieuświadomione i nieprzepracowane zarówno przez Kościół, jak i przez całe społeczeństwo katolickie; jest fenomenem zbiorowej psyche, a dopóki takim pozostaje, trudno jest tutaj cokolwiek ostatecznie ustalić. Jeżeli prawdą o Medjugorje jest jednak wielkie oszustwo, to przypuszczalnie poznamy je dopiero pod koniec życia ostatnich “widzących” albo nie poznamy nigdy, jeżeli domniemani wizjonerzy postanowią zabrać swoje tajemnice do grobu. 

Rafał Sulikowski

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Uzdrowienie, które się zdarzyło naprawdę…

Byłem chory – jestem zdrowy. Świadectwo prawdziwe.

Od dziecka noszę okulary z powodu wrodzonej i wysokiej krótkowzroczności. Już w zerówce musiałem zacząć korygować wzrok, a potem wada się pogłębiała, aż doszła do -7.0 diptrii obuocznie. W 1998 roku, kiedy studiowałem w Krakowie, zacząłem używać soczewek kontaktowych. Dają one większy komfort widzenia, szerszy kąt patrzenia niż w przypadku ograniczających pole widzenia oprawek okularów. W 2004 roku zacząłem niestety palić papierosy. Dwa lata później pracowałem przy konserwacji budynku, tynkując ścianę i odłamek muru utkwił mi w prawym oku. Pojechałem od razu na ostry dyżur, który tego akurat dnia wypadał w podkrakowskich Witkowicach, gdzie jest jedna z najlepszych w kraju klinik okulistycznych. Tam wyjęto mi odłamek, a jednocześnie powiedziano, że rozpoczyna się u mnie degeneracja naczyń krwionośnych w obu oczach i żebym rozpoczął leczenie. Zwyrodnienie naczyń w oczach polega na tym między innymi, że zaczynają one z czasem wrastać w rogówkę oka i nieleczone w skrajnych przypadkach grozi nawet utratą wzroku.
Po tej pierwszej diagnozie szybko zlekceważyłem poradę z Witkowic, bo wir życia i problemy zawodowe i osobiste nie pozwoliły zająć się terapią oczu. Nadal paliłem i nosiłem soczewki, często ich nawet na noc nie zdejmując, a do tego zacząłem w 2007 roku ciężką pracę fizyczną wożąc posiłki w firmie cateringowej. Wiązało się to z koniecznością dźwigania nawet kilkudziesięciokilogramowych paczek, przesuwania stukilowych bemarów z podgrzewanym jedzeniem czy specjalnych metalowych szaf z posiłkami dla pacjentów szpitala przy ul. Kopernika. Pracę tę zakończyłem dopiero cztery lata później w 2011 roku. Nadal nie leczyłem stwierdzonej w Witkowicach wady oczu.
Pewnego dnia, już nie pracując w firmie cateringowej, zauważyłem jakieś niebieskie błyski, jak flesze czy pioruny na niebie, które pojawiły się w skraju pola widzenia lewego oka. Wiedziałem, że noszenie ciężarów w krótkowzroczności jest zakazane, bo grozi czasem odklejeniem siatkówki, a wczesnym objawem tego są właśnie “błyski” w oczach. Był 30 kwietnia 2011 roku, kiedy taksówką pojechałem na ostry dyżur okulistyczny, który tego dnia w sobotę przypadał na ul. Fiołkowej 6 w Krakowie. Tam poszerzono mi oczy z pomocą atropiny i wykonano bardzo dokładne badania, włącznie z badaniem dna oka w ciemni, używając wszystkich standardowych urządzeń do badań okulistycznych. Stwierdzono zaawansowane zwyrodnienie naczyń krwionośnych obuocznie i początki odklejania siatkówki w lewym oku, które zawsze miałem słabsze. W trybie pilnym wystawiono skierowanie na Klinikę Okulistyczną, gdzie miałem zgłosić się w poniedziałek 2 maja 2011 roku. Wróciwszy do domu, przygotowałem się jeszcze do wieczornego uroczystego koncertu z okazji wigilii przypadającej następnego dnia – 1 maja 2011 w niedzielę – beatyfikacji papieża Jana Pawła II.
Wróciłem do domu, a w niedzielę oglądałem transmisję z uroczystości w telewizji. Byłem wtedy mocno sceptyczny i wątpiący w prawdy wiary, w której zostałem ochrzczony i wychowany. Jednak poszedłem wieczorem do kościoła parafialnego o.o. redemptorystów przy ul. Zamojskiego w Krakowie, gdzie nieraz modlił się Karol Wojtyła. Tam bez specjalnej wiary ani nadziei powierzyłem mającą się nazajutrz rozpocząć hospitalizację okulistyczną, bo na skierowaniu z badania sobotniego z Fiołkowej zaznaczono, że konieczne będzie chirurgiczne opatrzenie siatkówki za pomocą lasera. Nie miałem pracy, nie byłem w ogóle ubezpieczony, a wiedziałem, że każdy dzień pobytu w szpitalu kosztuje kilkaset złotych.
Kiedy dotarłem na Kopernika na okulistykę, gdzie wcześniej pracowała moja babcia jako pielęgniarka, a także Rozalia Celakówna, krakowska mistyczka, przyjęto mnie w trybie pozakolejkowym. Wykonano te same standardowe badania, co w sobotę na Fiołkowej, tyle, że bez użycia atropiny. Po zbadaniu przy dwóch okulistów nie stwierdzono ani śladu po zmianach zwyrodnieniowych w obu oczach. Spytano mnie, czy nadal widzę “błyski” w lewym oku. Wtedy poruszywszy okiem zauważyłem, że błyski zniknęły. Lekarz przez pół minuty milczał i siedział z podpartą brodą, jakby nad czymś medytował czy głęboko się zamyślił. Potem wystawił zaświadczenie, że “nie stwierdza się żadnych zmian w anatomii i funkcji naczyń krwionośnych i nie jest konieczne laserowe zabezpieczenie lewej siatkówki”. Zlecił badanie za rok, które powtórzyłem i od tamtej pory powtarzam co najmniej co dwa lata. Przez cały ten czas, jaki minął od tamtych zdarzeń z roku 2011 oczy są nadal zdrowe.
Poszedłem po wyjściu z kliniki, dokąd przyjechałem z rzeczami pierwszej potrzeby, do kościoła o.o. jezuitów, gdzie uklęknąłem w kaplicy wieczystej adoracji. Wróciwszy do domu, opowiedziałem wszystko, ale konsekwentnie spotykałem się i nadal spotykam z niedowierzaniem, nawet wśród osób duchownych. Napisałem świadectwo po polsku i przesłałem je do kurii krakowskiej, która przetłumaczyła dokument na język włoski i wysłała do Watykanu. Później wielokrotnie pisałem o tych wydarzeniach do różnych mediów. Okuliści zgodnie twierdzą, że uleczenie z tego rodzaju wady nie jest możliwe bez interwencji chirurgicznej, ani nie występują samoistne remisje pod wpływem na przykład sugestii albo autosugestii. Po prostu zniszczone paleniem, noszeniem soczewek kontaktowych czy dźwiganiem ciężkich rzeczy oczy nie są w stanie “same” się naprawić.
Krytycy w Internecie pytali, czemu pozostała podstawowa wada, czyli krótkowzroczność? Odpowiedzi nie znam, ale sądzę, że nie jest to możliwe, bo ta wada polega na odmiennej budowie całej gałki ocznej i musiałaby ona zmienić swój wrodzony kształt. Ponadto można normalnie z tą wadą żyć w przeciwieństwie do grożącej nawet ślepotą degeneracji systemu ukrwienia oczu. Wzrok to najcenniejszy dar i należy go chronić. Oczywiście, wzrok duchowy jest równie ważny, a może ważniejszy. Długo nie mogłem uświadomić sobie wagi tego, co nie spotkało. Dopiero dziś po tylu latach wiem jedno na pewno – że istnieje duchowa rzeczywistość, w którą wcześniej nie wierzyłem, a pod wpływem krytyki, jaka mnie spotykała z różnych stron, czasami nawet po uleczeniu miałem wątpliwości. Dziś jednak przynajmniej dla mnie wszystko jest jasne. Bóg istnieje, spotkałem Go…

Deo gratias! Niech was Bóg błogosławi teraz i zawsze.

dr Rafał Sulikowski

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Witaj, świecie!

Witaj na swoim blogu w naszej blogosferze blog.deon.pl. To jest Twój pierwszy wpis, dodany automatycznie na dobry początek. Usuń go, a następnie rozpocznij blogowanie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Jeden komentarz