(Nie)omylność Piusa X – analiza „Historii religii”

Mamy do czynienia nie z rzetelną, opartą na źródłach zewnętrznych historiografią, ale z wielką apologią, mającą cechy “historioidalne”, a nie historyczne i z wielką pomyłką, która mogła zmylić wielu wiernych katolików, albo co gorsza – z celową i świadomie napisaną z premedytacją dezinformacją. Przykre, że do dziś są grupy (jak Bractwo Piusa X czy grupa Ultramontes, broniąca “prawdziwego katolicyzmu”, będąca edytorem tej broszury w2016 roku), dla których tekst, który omówię szczegółowo, stanowi jedyną pochodnię oświaty w życiu i poza nim nie czytali żadnej bardziej obiektywnej historii religii, wiary czy duchowości. A kiedy przeczytamy ten tekst i zestawimy z pisanymi przez niżej usytuowanych biskupów czy księży – musi objawić nam się poznawcza groza. Jeśli bowiem ten tekst w tylu sprawach w najlepszym razie się myli, to jak bardzo muszą się mylić pozostałe, tworzone nie tylko równolegle, ale później, w oparciu o to opracowanie.

Czytając ten tekst sprzed stu lat, ma się wrażenie, jakbyśmy odwiedzali muzeum lub skansen, albo odbywali szokującą podróż w przeszłość. Świat namalowany przez papieża jest całkowicie niewiarygodny już w tym, w czym miał się on specjalizować – miał ogarnąć tylko i aż dzieje religii katolickiej, ale i nawet tego nie dokonał. Zamiast tego dał zupełnie oderwany od rzeczywistości historycznej przykład laurkowej i bardzo pocukrowanej interpretacji swojej wiary, którą pragnął zwyczajnie narzucić innym i zaprowadzić siłowo katolicyzm na całym świecie. Tekst zaczyna się pomaptycznie i górnolotnie i tak jest w wielu miejscach następujących:

“Krótka Historia Religii POCHWALONA I ZALECONA przez OJCA ŚW. PIUSA X” – tak oto zaczyna się krótka, licząca niecałe 50 stron broszurka, wydana kilka lat temu przez wydawnictwo “Ultramontes”. Jest to praca historyczna dotycząca religii chrześcijańskiej, ściślej: jej katolickiej interpretacji. Pius X wypowiada się jako papież, więc zgodnie z dogmatem o nieomylności w sprawach wiary, powinien napisać rzetelną, zgodną ze stanem faktycznym historię swojej dziedziny. Dziełko to ukazało się sto lat temu, czyli zaledwie pięć pokoleń wstecz. Czy podołał zadaniu?

Zaglądnijmy do środka.

“Wszystko to stwierdza historia Religii, która, rzec można, jest zarazem historią całej ludzkości. Z tego pokazuje się jasno, że wszystkie inne, tak zwane religie, poza tą jedną, prawdziwą i objawioną od Boga, o której tu mowa, są wynalazkami ludzkimi i zboczeniami od prawdy, pełnymi baśni, kłamstwa i niedorzeczności, z zachowaniem gdzieniegdzie niejakich okruszyn Religii objawionej.”

W hermetycznym i stabilnym świecie katolickim okresu modernizmu, który wyłania się z kart broszurki Piusa X, następcy Piusa IX – inicjatora I Soboru Watykańskiego, przerwanego wojną o Piemont, ale tego, który zdążył sformułować niesławną zasadę nieomylności papieży w sprawach wiary i obyczaju – nie ma miejsca na rozwój, zmianę czy wątpliwości. Wszystko jest jasne – nie ma potrzeby stawiania żadnych pytań, trzeba ślepo wierzyć w to, co urząd nauczycielski Kościoła “podaje do wierzenia”, gotowe, jak obiad na tacy. Nie ma możliwości swobodnej debaty teologicznej czy społecznej, nie mówiąc o polityce.

Wtedy to rodziły się pierwsze ruchy robotnicze, które protestowały przeciw wyzyskowi. Nie wspomina słowem o społecznej nauce Kościoła, bo jej zwyczajnie nie było – Kościół i jego hierarchia wywodzili się z wysoko postawionych grup arystokratycznych, nie mających pojęcia o społecznych “nizinach”, którymi gardzono jako “dołami” albo wręcz marginesem. Ruchy robotnicze były pierwszym masowym zdarzeniem i Kościół pragnął jak najdłużej ich istnienie utrzymać w tajemnicy i na dystans. Książęta Kościoła izolowano zresztą w procesie najcżęściej prywatnej, kościelnej, bardzo tendencyjnej i wybiórczej edukacji tak, żeby nigdy nie dowiedzieli się, że ich wygodny i bezpieczny świat nie jest całym światem, że nie są żadnym centrum ani ośrodkiem, wokół którego ma toczyć się historia.

Pius jako dobry retor zaczyna bardzo górnolotnie, pisząc o kwestiach tak ogólnych i na takim poziomie abstrakcji, że są one właściwie “nieobalalne”. Chroniąc się za autorytetem kościelnym przypisuje wszystkie zasługi jedynie Kościołowi rzymskiemu, poza którym oczywiście nie ma zbawienia. Potępia w czambuł inne odłamy chrześcijaństwa i wszelkie inne – jak pisze – “tak zwane religie”, które prowadzą – jego zdaniem – do potępienia. Tradycja od apostołów przekazana jest w“pierwotnej czystości” (“(…) każdy łatwo zrozumie, jak wielkiej wagi jest Tradycja, czyli Boskie Podanie. Jest ono tym słowem Bożym, które Apostołowie zaczerpnęli z ust samego Jezusa Chrystusa i które przechodząc potem przez nieprzerwany szereg następców Apostołów, doszło aż do nas w pierwotnej swej czystości.”). Ani słowa o językach oryginalnych Biblii, o przekładach Septuaginty na grekę, o przekładzie Wulgaty na łacinę, o przekładach na poszczególne języki narodowe, w tym polski za sprawą słynnego tłumaczenia staropolskiego X. Wujka.

Przecież znamy z przedszkola zabawę w “głuchy telefon” – słowo na wejściu zmienia się wposzczególnych etapach przekazywania, by mieć zupełnie inny sens i znaczenie na wyjściu. Ale papież takimi technicznymi sprawami rzecz jasna nie może się interesować. Zbyt wysoko siedzi i stamtąd widok jest bardzo ogólny, zdolny wchłonąć wszystko w jedną, monolityczną wersję historii swego Kościoła.

Ten ścisły integryzm lat pierwszych XX wieku, kiedy rodził się ewolucjonizm i panowała moda na modernizm (nowoczesność) nie może dziwić – jest typową reakcją obronną na “zły świat”, który odszedł od jedynie prawdziwej wiary, ośmielając się poddawać w wątpliwość katolicką naukę o stworzeniu. Jaka to nauka? Idźmy dalej.

Papież dosłownie interpretuje, a raczej kopiuje bezrefleksyjnie naukę Starego Testamentu o pochodzeniu człowieka. Nie obchodzi go rodzący się ewolucjonizm, choć na pewno o nim słyszał. Nie potrafi sobie wyobrazić, że człowiek mógł powstać samoistnie, bez interwencji z zewnątrz. Filozofia Bergsona, jego pojęcie “elan vital”, wewnętrznej siły zmieniającej świat też nie przemawia mu do serca – świat się z perspektywy watykańskiej nie zmienia. Panuje statyzm i idee platońsko-perypatetyckie – świat jest statyczny, nieruchomy, niezmienny, człowiek powstał natychmiast, od razu jako dorosły, czyli nie mógł mieć pępka. Jednakowoż nieuważni malarze popełniali przez stulecia znaczący lapsus – na wszystkich obrazach Adam i Ewa mają pępki. Tego – na swoje szczęście – Pius X nie zauważył chodząc po wielkich korytarzach watykańskiego pałacu.

Przepisując w swej książeczce dosłownie interpretowaną historię biblijną, za dobrą monetę bierze wszystko, co przynosi literalna egzegeza. Ani słowa o powstającej wtedy w bólach krytyce biblijnej, o gatunkach i rodzajach literackich w Biblii, o krytyce psychologicznej, genetycznej i historycznej. Wszystko jest takie, jak stoi w Biblii, a jedynym organem, który zna właściwe znaczenie niejednoznacznych fragmentów jest tylko “święta Matka Kościół”, jak wtedy mawiano. Ta święta Matka, która dopuszczała się dosłownie masakry pogan i analfabetów z podbijanych od czasów Konstantyna terenów – jest nieomylna, ma więc atrybuty boskie, więc nie w Boga, ale w Kościół musiał wierzyć przeciętny śmiertelnik za czasów Piusa X.

Już nie chodziło o żywo dyskutowane w średniowieczu uniwersalia, kwestię dowodów na istnienie Boga – to wszystko papież przemilczał, zapewne mając większość czytelników za durniów, ale to, że byli oni analfabetami stanowi niemałą “zasługę” właśnie Kościoła, który przez wieki wpędzał ludzi w analfabetyzm, zabraniając samodzielnej lektury Biblii (o jej wyjaśnianiu nie wspominając), a conajmniej nie zrobił nic, aby wyciągnąć masy z pierwotnego analfabetyzmu. Zwykli ludzie nie mieli żadnych szans z selekcją edukacyjną, uskutecznianą w Kościele. Uczyć mogli się tylko wybrani – reszta do roboty, wznosić katedry i pałace biskupie.

Tak niestety było, ale o tym dowiadujemy się dopiero z prac niezależnych, powojennych historyków, krytycznie oceniających działalność Kościoła w świecie od IV w. począwszy aż po neotomizm w XIX wieku. Wtedy, gdy dyskutowano prawa termodynamiki i doboru naturalnego, Pius X pisał, że wąż skusił Ewę, żeby zerwała jabłko z drzewa i tym samym wpędziła ludzkość, której jeszcze nie było, do otchłani piekielnych. Nie zająka się ani razu, czy ta historia nie jest sfałszowana, bo świadectw fałszowania Nowego Testamentu jest dziś co nie miara. Jeśli fałszowano pisma nowotestamentalne, to równie dobrze można było sfałszować dzieje ST.

Dziś już wiemy, że ludzkość nie może pochodzić od jednej pary i jest to odkrycie ponad wszelką wątpliwość. Ludzkość zaczyna się w kilku albo kilkunastu miejscach Afryki, więc nie w Mezopotamii, gdzie tradycyjnie lokowano ziemski raj. Biologia genetyczna i ewolucyjna dokładnie potrafi wskazać początki jakiejś odmiany przedludzi, potem ich migracje i krzyżówki. Nikt o zdrowych zmysłach dziś nie zaneguje ogólnej wizji powstania ludzkości, jaką przynoszą nauki ewolucyjne, wspomagane najnowszą technologią komputerową i genetyką molekularną.

Jako papież Kościoła modernistycznego nie mógł nie dostrzegać istnienia alternatywnej wobec jego własnej wizji świata. Przemilczał jednak taktownie wszystko, co negatywne w dziejach Kościoła. Napisał, że jeden czy dwóch “złych papieży”, nie szkodzi wobec tylu świętych wyniesionych przez Kościół na ołtarze. To jednak, że gros spośród kanonizowanych też miało sporo za uszami, papieża nie interesuje. On chce cementować, chronić tożsamość, więc musi być jednolity, jednostronny i tendencyjny. Dziełko ma cele apologetyczne, więc musi siłą rzeczy być bardzo wybiórcze i selektywne – wyrzuca wszystko, co nie pasuje do światopoglądu nie tyle chrześcijańsko-ewangelicznego, co specyficznie “rzymskokatolickiego” i wszystko, co przeczyłoby uwznioślonej historii Kościoła.

Myślicie Państwo, że to kuriosum było jedyne? Takich dziełek, pisanych niekiedy naprawdę w pełnej nieświadomości prawdziwych dziejów Kościoła, było masę – pisane przez niedouczonych księży, albo częściowo douczonych świeckich, prezentowało poziom o wiele niższy niż omawiana broszura. Jeśli papież pisze na żenującym poziomie o swej własnej dziedzinie, to czego oczekiwać od zwykłychautorów, zwłaszcza, że Kościół zawsze chronił dostępu do swoich tajemnic i nieudostępniał archiwów, bibliotek i cały czas przecież działała inkwizycja oraz ILP, czyli indeks dzieł zakazanych. Nadal na indeksie były dzieła Kopernika, nie mówiąc o innych filozofach i naukowcach. Indeks zniesiono dopiero po II wojnie, na fali II Soboru Watykańskiego, podobnie i inkwizycję przemianowano najpierw na Święte Oficjum, a potem dopiero na Kongregację Nauki Wiary, działającą do dziś.

Jest to tak kuriozalne, że wstyd o tym pisać, bo proponowany nadal i dziś poziom debaty o początkach świata, człowieka, dziejach religii i ich różnorodności, jest naprawdę żenujący. Poza kilkoma odważnymi teologami na świecie nie ma nikogo, kto by odkrył całą prawdę o Kościele. Zbyt wiele materiałów zniszczono. Zbyt wiele ukryto, sfałszowano, źle przetłumaczono. Działa tu wspomniany “głuchy telefon” – to, co miał mówić Jezus, przeszło przez tyle uszu i oczu, przez tyle wersji zapisanych, że dziś z Ewangelii pozostały zdania o miłości nieprzyjaciół, dobrym życiu i nadziei na zbawienie. Po prostu pisanie historii rozciągającej się sześć tysięcy lat wstecz i kilka tysięcy kilometrów w przestrzeni nie jest możliwe, nie było możliwe nawet przy tak ostrej selekcji, jakiej dokonał Pius X.

Jest to bardzo estetyczne dzieło, bardzo dobrze napisane pięknym językiem, bardzo przekonującemniej wnikliwych czytelników. Tyle, że tylko w części prawdziwe. A jeśli w części, toznaczy w omawianej tematyce – wcale. Nie da się opisać w jednym tomie bogactwa historii samego tylko Kościoła, nie mówiąc o chrześcijaństwie jako szerszej całości i o innych religiach. Nawet opisanie samego tylko katolicyzmu potrydenckiego, tak szanowanego przez Piusa X, nie było już wtedy możliwe.

Zamykając to rozważanie, trzeba powiedzieć, że pełnej prawdy nie dowiemy się pewnie nigdy. Może tak musi być. I może to jest ostania szansa Kościoła, że znowu zamknie archiwa, wykluczy niezależnych badaczy i dzięki nowemu integryzmowi jakoś przetrwa. Może do Paruzji, kto wie…?

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Piekielny dramat Rozalii, czyli prosty przepis jak zniszczyć ludzkie życie…

Postać Rozalii Celakówny jest bardzo popularna w pewnych, zwłaszcza silnie tradycjonalistycznych kręgach Kościoła katolickiego. Niektóre środowiska, których celem jest intronizacja Chrystusa na Króla Polski, postulują wręcz wyniesienie jej na ołtarze i obwołanie świętą. Przyjrzyjmy się bliżej i bardzo dokładnie jej przedwcześnie zakończonemu życiu (żyła 43 lata) i nie dajmy się zwieść presji owych środowisk.

Zamierzam udowodnić, że Celakówna cierpiała na jedno z dość popularnych zaburzeń psychicznych i częściowo umysłowych, co nie przeszkadzało jej jednak dość dobrze funkcjonować w pracy w szpitalu krakowskim w charakterze sanitariuszki i salowej i w Kościele, z którym była wręcz organicznie związana.

Jej choroba ma prozaiczne przyczyny, dające niezwykłe bogactwo objawów psychiatrycznych: to mieszanka nerwicy natręctw, depresji, w której były momenty podniesionego patologicznie nastroju oraz częściowo zaburzeń schizoafektywnych, w których okresowo doświadczała omamów słuchowych oraz pseudo-halucynacji wzrokowych. Jej życie jest tragicznym przykładem, jak ze zwykłego dziecka, ciekawego świata można zrobić psychiczny wrak za pomocą przedsoborowego, niewłaściwego nauczania kościelnego, które promowało rygoryzm i surowość jako źle pojętą sprawiedliwość, żywcem wziętą ze Starego Testamentu.

Pamiętajmy, że diagnozowanie osób zmarłych jest dyskusyjne – to samo było w przypadku innych mistyków czy świętych, proroków czy apostołów, niemniej niemal na pewno Rozalia Celakówna odbiegała w sposób patologiczny od normy psychicznej. Jej nerwica na podłożu kościelnym (tzw. nerwica eklezjogenna – nowy typ nerwicy, dziś często diagnozowanej – przebiegała w dramatyczny sposób: od nadmiernej, wręcz skrajnej pobożności, przez głosy schizofreniczne aż po wewnętrzne wizje piekła i szatanów, czyhających na jej młodą duszę, przekonaną, że “jest największą grzesznicą”. Prawdopodobny, choć wyparty bardzo silnie kompleks “grzechów cielesnych”, nie dopuszczany do świadomości jako “największe zło”, dawał patologiczne wyrzuty sumienia i stałe poczucie winy, owocujące skrajną depresją z myślami samobójczymi włącznie.

To, co wyczytałem w jednej z jej biografii jest przerażające. Przykład: ktoś Rozalię, mającą już 19 lat, zapytał, kiedy wychodzi za mąż, na co jej ojciec omal nie uderzył pytającego, mówiąc, żeby “nigdy przy dziecku nie wymawiał takich słów i nie mówił o takich rzeczach”. Przy dziecku, które ma 19 lat! I o takich rzeczach! Jakich mianowicie!?

Patologię rodziny Celakówny widać jak na dłoni: surowe wychowanie, karanie za najmniejsze przewinienia, uwięzienie w domu, zakaz wychodzenia, klasztorne stosunki między rodzicami i rodzeństwem, ciężka praca na roli, środowisko wiejskie, silnie patriarchalne z dominującą figurą “ojca”, zagniewanego programowo i na zapas.

Ciężki poród, który omal nie zakończył się śmiercią mamy Rozalki, podobnie jak przebyte ciężkie choroby dzieciństwa – świnka, odra, dyfteryt – odbiły się na zdrowiu jako całości życia młodej kobiety. Dojrzewanie odbywało się w atmosferze podejrzliwości – Rozalia musiała nawet jako nastolatka ‘spowiadać się’ rodzicom z lekcji w szkole. Tłumienie aż po niemal psychiczną kastrację seksualności – postrzeganie ciała i seksu jako domeny grzechu, diabła i moralnego bagna. Do tego przyczynił się epizod z próbą molestowania, po której to traumie Rozalia “znienawidziła mężczyzn”. Nienawiść ta, postrzegana z jednej strony jako grzech, a zarazem pewnego rodzaju paradoksalną cnotę doprowadziła do całkowitej dewastacji młodej, dojrzewającej, wchodzącej dopiero w świat, a raczej żyjącej jakby naprzeciw świata psychice.

Oczywiście ludowa, sąsiedzka mitologia religijna próbowała już za jej życia zrobić z niej kolejną zmagającą się ze swym libido świętą i nie zauważała ewidentnej patologii. Biograf Celakówny zachwyca się na przykład tym, że w domu rodzinnym służącej “czytano tylko pobożne książki”, konkretnie – żywoty świętych. I dla równowagi…Sienkiewicza. No, tak inne lektury były zbyt frywolne jak na młodą, niewinną duszę. Kolejny zachwyt biograf, ewidentnie przenoszący na papier swoją platoniczną fascynację postacią Celakówny, wypowiada, gdy twierdzi, że “Rozalia jeździła do Krakowa nie, żeby zobaczyć Wawel, muzem czy pójść na rynek. Nie! Ona jeździła, aby pójść do spowiedzi!”. Może przykładów już wystarczy choć zapewniam, że podobnych kwiatków jest więcej i to bardziej pikantnych intelektualnie.

Oto Rozalia twierdzi, że najlepsze, co można zrobić dla swego Pana, to wyrzec się absolutnie wszystkich światowych i życiowych przyjemności. Bóg niczego innego nie pragnie, tylko napawania się dymem ludzkich cierpień i skrajnej ascezy, a szczególną rozkosz sprawia mu wyrzeczenie się przez ludzi przyjemności, szczególnie oczywiście erotycznej, którą wcześniej sam stworzył. Po prostu ojciec Rozalki bał się, że córka „przyjdzie z brzuchem” i to samo dotyczyło innych niezbyt zamożnych rodzin wtedy. W razie ‘wtopy’ infamia sąsiedzka była pewna i dyshonor na wieki. Obsesja, wręcz histeria na punkcie seksu wtedy w Kościele przedsoborowym była pełnoobjawowa: wszystko, co wiązało się, choćby pośrednio z seksem, było z automatu złe, a na zasadzie prawa, żewyparte powraca w innej formie – wrażliwe natury dostawały histerii, nerwicy anankastycznej(obsesyjno-kompulsywnej), w skrajnych przypadkach omamów, urojeń i halucynacji.

Jest niemal pewne, że wszystkie słyszane i spisane potem w autobiograficznych zapiskach “głosy” pochodziły z głowy Celakówny i nie miały nic wspólnego ze światem nadprzyrodzonym, podobnie jak widziane obrazy, “wizje” i rzekome objawienia. Wszystko odbywało się w jej głowie i tam rozgrywał się jej dramat, wyreżyserowany przez “ojca”, tyle, że tego ziemskiego, biologicznego, a nie metafizycznego. Podobne brednie, jak te, które fragmentarycznie wyczytałem z cytowanej biografii (nazwisko autora przemilczę), jeszcze do dziś snują się po kątach różnych zapadłych parafii, zakrystii i plebani.

Jest szokiem dla mnie, że już w czasach, kiedy stosuje się leczenie psychotropowe, nadal część Kościoła święcie wierzy, że takie postacie, jak Rozalia czy Faustyna Kowalska są jakoś oddzielone od “zwykłych”, pogardzanych przez środowiska kościelne pacjentów psychiatrycznych, że mają jakąś pieczęć, która je wynosi poza zwyczajne prawa psychologii klinicznej, że są jakoś uprzywilejowane.

Pamiętajmy też, że ówcześnie diagnostyka psychiatryczna raczkowała. Poza tym w przypadku osób duchownych oraz ludzi związanych blisko z potężnym wtedy Kościołem, panowała zmowa psychiatrów, aby nie stawiać żadnych diagnoz i uznawać ewidentne nawet przypadki patologii jako normę. Czyniono tak po prostu w obawie przed Kościołem i w trosce o dalszą karierę lekarską. Czy wyobrażacie sobie Państwo, że w latach 20-tych, przed Soborem, jakiś psychiatra nazwie wizje Rozalii “urojeniami” albo co gorsza – halucynacjami? Taki lekarz następnego dnia, o ile by go dożył, musiałby zamknąć praktykę i odwołać swoją diagnozę. Sprawa toczyła się wszak o sprawy nie tylko światopoglądowe, ale wręcz metafizyczne. Nie było więc mowy, żeby pisano w zaświadczeniach prawdę, a tym bardziej  – całą prawdę.

Kiedy cofniemy się na moment do wczesnego dzieciństwa, które – zdaniem Freuda i wielu jego uczniów – stanowi newralgiczny punkt rozwoju osobowości, widzimy, jak wpajano małej Rozalce brednie w rodzaju, że “anioł stróż zawsze stoi przy tobie i widzi wszystko i zna wszystkie twoje myśli”. Jak się nietrudno domyśleć, taka i podobna indoktrynacja wywołała w dorosłym życiu (ale nie dojrzałym, bo Rozalia pozostała dużą dziewczynką w rozwoju) urojenia odsłonięcia – poczucie, że “Bóg wszystko widzi i nic się przed nim nie ukryje”. Takie urojenia dziś leczy się powszechnie w szpitalach dla nerwowo chorych za pomocą leków oraz psychoterapii. W czasach Rozalii nie było to jeszcze możliwe.

Co bardziej inteligentne pacjentki z powszechnymi w schizofrenii urojeniami tego typu przechodziły prywatną psychoanalizę, nawet jeżdżąc za granicę. Rozalia jako pochodząca z niższej klasy społecznej nie miała żadnych szans. To, że przeżywając takie omamy w ogóle jako tako spełniała swoje obowiązki zawodowe i tak świadczy o niezwykłej sile psyche, której jeszcze dziś, my ludzie nie doceniamy. Nieustannie popularne są nadal prywatne projekcje i przeniesienia na zewnątrz – “nie wierzę, że te głosy pochodzą z mego wnętrza, one na pewno są od Boga…” – myśli niemal każdy pacjent.

Ciekawe w tym jest to, że nie była to osoba zupełnie upośledzona i wykazywała nawet poczucie humoru oraz przejawy co najmniej przeciętnej inteligencji. Niestety, jej siły ducha i własna wola zostały scedowane na wolę rodziców najpierw (“co postanowili, tak się musiało stać”), a potem wolę spowiedników, która oczywiście w jej mniemaniu była wolą samego Jahwe. Tak zupełnie ubezwłasnowolniona była według mojej wiedzy spośród córek Kościoła jedynie święta Faustyna, której depresję świetnie opisał psychiatra Jerzy Strojnowski z KUL.

Kompletny brak woli własnej Rozalii, rozumianej błędnie jako “grzeszna samowola”, wyrażał się w ogólnym osłabieniu, awolicji i niezdolności podejmowania najprostszych decyzji życiowych. Na przykład rodzice nie chcieli, aby wyprowadzała się z domu, mimo, że dawno ukończyła dwadzieścia lat. Ponieważ bała się ich gniewu i kary, bardzo przeżyła rozstanie z rodziną. Do końca życia miała ciężkie skrupuły związane z samowolnym, jak mniemała, opuszczeniem gniazda rodzinnego. Żeby je zracjonalizować, sądziła, że to “Bóg tak chce”. Wtedy jej odpowiedzialność malała, bo zawsze mogła się usprawiedliwić, że “tak chciał Jahwe”. Tyle, że jest niemal pewne, że Jahwe jako stwórca wszechrzeczy raczej mało przejmuje się decyzjami życiowymi jakiejś biednej dziewczyny ze wsi podhalańskiej, której rodzice zrobili zaiste wszystko, aby uczynić z niej kalekę życiową i okaleczyć z wszelkiego człowieczeństwa, którego miarą jest właśnie własna, wolna i silna wola.

Kończąc ten szkic, trzeba powiedzieć wyraźnie, że nawet jeśli przypadek Rozalii Celakówny nastręcza badaczom pewne trudności diagnstyczne, niemal na pewno oznacza to, że mamy do czynienia z ciężkim przypadkiem przewlekłej schizofrenii religijnej, zakrytej i obudowanej kulturą kościelną i ukrytej w ten sposób przed specjalistami.

Wokół Kościoła i dziś kręci się mnóstwo osób, których stan psychiczny zdecydowanie implikuje natychmiastową pomoc psychiatryczną, a w wielu przypadkach – hospitalizację. We wspólnotach charyzmatycznych spotkać można i dziś, mimo tak świetnych możliwości, jakie daje medycyna, ludzi pogubionych, wewnętrznie złamanych, pozbawionych swej jaźni i poczucia ciągłości linii życia. Ludzie ci, z załamaną osią czasu, potrzebują nie modlitwy ani wody święconej, ale fachowej pomocy medycznej. Dopóki będziemy oddzielać opisany przypadek Rozalii jako “wyjątkowy”, będziemy nieświadomie stygmatyzować “normalnych” pacjentów. Dziś byłaby tylko jedną z wielu tysięcy pacjentek, chodzących na terapię i starających się stanąć na własnych nogach. Jednak bez tej pomocy nie miała żadnych szans, więc zmarła przedwcześnie. Jest ostrzeżeniem zza grobu dla tych wszystkich, którzy nadal wierzą dosłownie w to, co głosi coraz bardziej dziś krzykliwy Kościół przedsoborowy. I stanowi przykład dobitny, jak patologiczne i toksyczne rodzicielstwo może zniszczyć dziecku całe późniejsze, młode życie, jakże przedwcześnie zakończone…

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Historia z Medjugorje: prawda czy wielkie kłamstwo?

      Ciągnąca się już od ponad 40 lat historia tak zwanych prywatnych “objawień maryjnych” w bośniackim miasteczku Medjugorie nasuwa wiele pytań i wątpliwości, zarówno natury egzystencjalnej, jak i psychospołecznej.  Niemal od początku wspomniane objawienia budziły kontrowersje, początkowo wyłącznie związane z faktem, że miały mieć miejsce w kraju głęboko komunistycznym, w którym panował światopogląd naukowy, oparty na dialektycznym i historycznym materializmie.  Wydawało się, że właśnie w takim kraju powinien  – dla przeciwwagi – wydarzyć się jakiś “cud” albo “znak” i tak też się “stało”.  

    Kościół lokalny na początku odczuł, że istnieje szansa na odzyskanie utraconej w wyniku ekspansji komunizmu mocnej dawniej pozycji w społeczeństwie.  Jednak objawienia już na drugi dzień stały się mocno wątpliwe i podzieliły obserwatorów na gorących zwolenników oraz równie zaciekłych przeciwników. Ci ostatni wyłonili się nie tylko spośród ateistów czy agnostyków, wyznających światopogląd racjonalistyczny, ale również spośród przedstawicieli innych religii, szczególnie protestanckich odłamów chrześcijaństwa. 

    Ci ostatni – zaznaczymy tylko – krytykowali objawienia z pozycji radykalnego chrystocentryzmu, zarzucając tym, jak i innym objawieniom maryjnym nieuprawnione zajmowanie pozycji należnej Chrystusowi, bałwochwalstwo, a w skrajnych przypadkach tak zwane “szatańskie zwiedzenia”.  Już sama ta nomenklatura wskazuje na głębokie podziały, jeśli chodzi o głęboką prawdę o Medjugoriu.  Dziś Kościół, chociaż oficjalnie nie zajął stanowiska w tej sprawie, to ustami papieża nieoficjalnie stwierdził, że objawienia medjugorskie, o ile w ogóle są autentyczne, niewiele wnoszą do chrześcijaństwa, a tym samym – nie są wiele warte. 

    Powstaje jednak pytanie, czy Kościół nie popełnia błędu, z góry zakładając, że w Medjugorie może dochodzić do “fałszywych objawień”, przepisywanych na przykład istotom ze złego świata. Kwestią fundamentalną nie jest to, kto czy co objawia się w Medjugorie, ale pytanie czy ktoś lub coś w ogóle się tam objawia.  Zanim będziemy  zastanawiać się nad naturą fenomenów z Medjugorie, trzeba postawić pytanie, czy w ogóle dochodzi tam do jakichkolwiek zjawisk przepisywanych najszerzej rozumianej Transcendencji, innemu wymiarowi, zjawiskom ufologicznym czy jakiejkolwiek innej aktywności paranormalnej.  Jeżeli – jak twierdzi Kościół – objawienia te nie są prawdziwe, to trzeba postawić pytanie, gdzie w czasie fałszywych objawień znajduje się rzekomy nadawca tychże, czyli postać Matki Bożej? Jest widząca rzeczywiście coś “widzi” zachodzi pytanie, jak na to zapatruje się “prawdziwa” Maryja?  Pytanie, jakie otwiera sprawa Medjugorie, jest zupełnie fundamentalne –  jeżeli w Medjugorie nic się nie dzieje, to co się tam właściwie dzieje? 

     Jeżeli w Medjugorie nie pojawia się Maryja, to zachodzi wątpliwość, czy gdziekolwiek indziej się pojawia albo pojawiała w przeszłości.  Medjugorie jest takim eksperimentum crucis, które stawia na ostrzu noża podstawowe pytanie o samą możliwość objawień maryjnych. Innymi słowy pytamy, czy w XXI wieku w ogóle możliwe są nie tylko objawienia czy uzdrowienia, ale także jakiekolwiek fenomeny niewytłumaczalne jeszcze na drodze naukowej.  Pytać też należy o pozostałe objawienia maryjne, o jakich donoszą parafie z różnych części świata, a wreszcie zapytać o najsłynniejsze objawienia wcześniejsze – z La Salette, z Lourdes czy z Fatimy, by wymienić pierwsze z brzegu.  Pytanie więc ostatecznie jest nie, czy Maryja pojawia się w Medjugorie, ale czy gdziekolwiek w ogóle może się pojawić…?

***

     Na potrzeby tego artykułu przeanalizowano dokładnie jeden z zapisów wideo z domniemanego objawienia maryjnego w Medjugorje, jakie miało miejsce w poprzedniej dekadzie na terenie bardzo dziś rozbudowanego sanktuarium, do którego zmierzają tysiące, a może nawet miliony pielgrzymów każdego roku. Zachodzi więc pytanie, czy  i komu  może dzisiaj zależeć na tym, aby fenomen Medjugorie – niezależnie od jego natury – utrzymywał się jak najdłużej? 

  Jest oczywistym fakt, że wokół Medjugorie krążą olbrzymie środki finansowe, jest to miejsce numer jeden, jeśli chodzi o pojęcie sacro-biznesu –  po prostu im więcej pielgrzymów, czyli klientów, tym większe dochody, nie tylko tego sanktuarium, ale całej parafii, diecezji czy archidiecezji, a ostatecznie i większe dochody Watykanu. Nie jest już tajemnicą, że każda parafia odprowadza część pieniędzy w postaci tak zwanej “daniny diecezjalnej”,  a każdy kraj wpłaca jakąś sumę do kasy watykańskiego banku. 

      Na wspomnianym zapisie wideo widać grupę osób, a kamera obserwuje jedną z nadal widzących, czyli Mirjanę, która klęcząc modli się razem z prowadzącym modlitwy przez megafon oraz z ludźmi zgromadzonymi bezpośrednio wokół (dość ciasno) i nieco dalej.  Nie wyczuwa się w ogóle nastroju oczekiwania na coś niezwykłego; przeciwnie, najwyraźniej niektórzy ludzie są tam jakby z przymusu, wyraźnie się nudzą, przenoszą wzrok i punkt obserwacyjny na coraz to inne rzeczy w otoczeniu; charakterystyczne jest też, że unikają patrzenia na samą widzącą. 

     Mirjana, podobnie jak w czasie innych objawień, jest wyraźnie poddana wpływowi silnego stresu społecznego, co przejawia się charakterystycznymi głębszymi zaczerpnięciami powietrza, tak jakby widząca wzdychała w sposób niezauważalny dla mniej sprawnych obserwatorów.  Wyraźnie też jest jakby trochę nieobecna myślami – modli się podobnie jak pozostali uczestnicy raczej mechanicznie.  Podobnie, jak dzieje się to zazwyczaj, przez kilka sekund przed nastąpieniem rzekomego kontaktu wzrokowego z nadprzyrodzoną istotą, widząca najwyraźniej zbiera się w sobie tak, jakby się przygotowywała do odegrania sceny aktorskiej. Widząca jakby wybiera sobie moment, kiedy będzie mogła zacząć udawać, że widzi “Maryję”. 

     Poza wspomnianymi objawami stresu społecznego, który może wiązać się zarówno z powagą sytuacji, jak i  – co jest bardziej prawdopodobne – ze świadomością uczestniczenia w kłamstwie, Mirjana nie przejawia żadnych poważniejszych oznak zaburzeń zdrowia neurologicznego czy psychicznego.  Charakterystyczne, że zawsze Maryja pojawia się w górze – widząca zwraca oczy pod kątem około 45 stopni i niemal od początku udaje, że rozmawia  z domniemana Maryją, bezgłośnie poruszając ustami; wykonuje też ruchy głową, raz potakujące, raz przeczące, a na zbliżeniu wideo w pewnym momencie widać pewną asymetrię widoczną w wielkości źrenic – prawa jest minimalnie szersza od lewej. Może to sugerować zarówno dyskretne problemy neurologiczne, jak i pozostawać bez znaczenia.  Mimika twarzy podczas objawienia przechodzi przez wiele metamorfoz – od uśmiechu i radości, dosyć stonowanej jak na kontakt z istotą, bądź co bądź, nadprzyrodzoną, co musi być dosyć szokującym przeżyciem, przez udawanie, że się uważnie słucha czegoś ważnego z poważną, surową mimiką aż po wyraźnie odgrywane przerażenie, które zwykle pozostaje aż do końca objawienia i ma prawdopodobnie na celu uzasadnienie późniejszych reakcji po objawieniu; pojawiają się więc później płacz, ocieranie z łez, ciężkie wyschnięcia i wszelkie objawy zbiorowej histerii. 

    Uważny obserwator może być przekonany. że scena objawienia jest od początku do końca zmistyfikowana, a widząca jest tego świadoma i świadomie – choć nie dobrowolnie – uczestniczy w całym spektaklu, który nosi charakter sakralnego teatru, gdzie każdy spełnia swoją rolę.         Podstawowe pytanie, jakie tutaj musimy zadać, brzmi, dlaczego mimo ewidentnej niewiary osób uczestniczących w widowisku, fenomen Medjugoria nadal się utrzymuje i nic nie zapowiada tego, aby miał mieć miejsce jego finał?  

     Watykan ze zrozumiałych względów zachowuje ostrożność; z jednej strony nie chce wziąć odpowiedzialności za ewentualne odkrycie i zdemaskowanie prawdy o Medjugorie, a z drugiej strony wie, że jest to sprawa ustawiająca kwestie eschatologiczne na ostrzu noża i że ewentualne zdemaskowanie oszustwa lub choroby umysłowej czy ujawnienie z drugiej strony zjawisk “ufologicznych” może mieć daleko idące psychospołeczne konsekwencje. 

    Kościół katolicki potrzebuje – w przeciwieństwie do ewangelickiego – “cudów”, zwłaszcza objawień, ale także uzdrowień, aby uzasadnić swoje długie trwanie. Istnieje dzisiaj zapotrzebowanie na cudowne, niewytłumaczone zjawiska,  religijną sensację i religijnych celebrytów, a widzący z Medjugorje najwyraźniej wpisują się w ten nurt – zostali po prostu jeszcze jednymi religijnymi celebrytami, czerpiącymi dosłowne zyski (a także zyski symboliczne) z wielkiego kłamstwa, jakim jest to sanktuarium. 

   Podchodząc do sprawy od strony czysto historycznej musimy stwierdzić, że w Medjugorie nie dzieje się nic, co wykraczałoby poza czysto psychologiczne i socjologiczne zjawiska grupowe, zwłaszcza zbiorową histerię, nasilone przeniesienia i przeciwprzeniesienia, a także zbiorowe mechanizmy obronne, szczególnie projekcje,  racjonalizacje,  wyparcie, zaprzeczenie oraz elementy myślenia urojeniowo-spiskowego i typu paranoidalnego (kto do nas nie należy, jest przeciw nam; kto nas atakuje, atakuje Boga, etc.). 

  Dotychczasowa krytyka Medjugorje zakłada z góry, że tam coś się dzieje, chociaż nikt nie wie, jakiej jest to natury. Proponowane tutaj stanowisko podchodzi do kwestii Medjugorja nie z pozycji innowierczych czy ufologicznych, lecz racjonalno-naukowych. Żaden poważny historyk nie będzie z jednej strony negował historyczności postaci Jezusa z Nazaretu oraz jego matki, nazywanej Matką Bożą albo Maryją, a z drugiej nie będzie uznawał historyczności całej sfery nadprzyrodzonej, jaka narosła przez wieki wokół tych postaci, niczym legenda wokół mitycznych herosów albo starożytnych bohaterów.  Rzetelny historyk uzna dosłownie traktowaną przez wiernych nadprzyrodzoną sferę jako mitologiczną i symboliczną, a psychologia religii uzupełni ten fakt o elementy psychologii głębi, psychoanalizy, ewentualnie – archetypicznej krytyki jungowskiej.  

Tak więc Medjugorje jest ciągle nieuświadomione i nieprzepracowane zarówno przez Kościół, jak i przez całe społeczeństwo katolickie; jest fenomenem zbiorowej psyche, a dopóki takim pozostaje, trudno jest tutaj cokolwiek ostatecznie ustalić. Jeżeli prawdą o Medjugorje jest jednak wielkie oszustwo, to przypuszczalnie poznamy je dopiero pod koniec życia ostatnich “widzących” albo nie poznamy nigdy, jeżeli domniemani wizjonerzy postanowią zabrać swoje tajemnice do grobu. 

Rafał Sulikowski

 

 

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Otagowano , , , | Dodaj komentarz

Uzdrowienie, które się zdarzyło naprawdę…

Byłem chory – jestem zdrowy. Świadectwo prawdziwe.

Od dziecka noszę okulary z powodu wrodzonej i wysokiej krótkowzroczności. Już w zerówce musiałem zacząć korygować wzrok, a potem wada się pogłębiała, aż doszła do -7.0 diptrii obuocznie. W 1998 roku, kiedy studiowałem w Krakowie, zacząłem używać soczewek kontaktowych. Dają one większy komfort widzenia, szerszy kąt patrzenia niż w przypadku ograniczających pole widzenia oprawek okularów. W 2004 roku zacząłem niestety palić papierosy. Dwa lata później pracowałem przy konserwacji budynku, tynkując ścianę i odłamek muru utkwił mi w prawym oku. Pojechałem od razu na ostry dyżur, który tego akurat dnia wypadał w podkrakowskich Witkowicach, gdzie jest jedna z najlepszych w kraju klinik okulistycznych. Tam wyjęto mi odłamek, a jednocześnie powiedziano, że rozpoczyna się u mnie degeneracja naczyń krwionośnych w obu oczach i żebym rozpoczął leczenie. Zwyrodnienie naczyń w oczach polega na tym między innymi, że zaczynają one z czasem wrastać w rogówkę oka i nieleczone w skrajnych przypadkach grozi nawet utratą wzroku.
Po tej pierwszej diagnozie szybko zlekceważyłem poradę z Witkowic, bo wir życia i problemy zawodowe i osobiste nie pozwoliły zająć się terapią oczu. Nadal paliłem i nosiłem soczewki, często ich nawet na noc nie zdejmując, a do tego zacząłem w 2007 roku ciężką pracę fizyczną wożąc posiłki w firmie cateringowej. Wiązało się to z koniecznością dźwigania nawet kilkudziesięciokilogramowych paczek, przesuwania stukilowych bemarów z podgrzewanym jedzeniem czy specjalnych metalowych szaf z posiłkami dla pacjentów szpitala przy ul. Kopernika. Pracę tę zakończyłem dopiero cztery lata później w 2011 roku. Nadal nie leczyłem stwierdzonej w Witkowicach wady oczu.
Pewnego dnia, już nie pracując w firmie cateringowej, zauważyłem jakieś niebieskie błyski, jak flesze czy pioruny na niebie, które pojawiły się w skraju pola widzenia lewego oka. Wiedziałem, że noszenie ciężarów w krótkowzroczności jest zakazane, bo grozi czasem odklejeniem siatkówki, a wczesnym objawem tego są właśnie “błyski” w oczach. Był 30 kwietnia 2011 roku, kiedy taksówką pojechałem na ostry dyżur okulistyczny, który tego dnia w sobotę przypadał na ul. Fiołkowej 6 w Krakowie. Tam poszerzono mi oczy z pomocą atropiny i wykonano bardzo dokładne badania, włącznie z badaniem dna oka w ciemni, używając wszystkich standardowych urządzeń do badań okulistycznych. Stwierdzono zaawansowane zwyrodnienie naczyń krwionośnych obuocznie i początki odklejania siatkówki w lewym oku, które zawsze miałem słabsze. W trybie pilnym wystawiono skierowanie na Klinikę Okulistyczną, gdzie miałem zgłosić się w poniedziałek 2 maja 2011 roku. Wróciwszy do domu, przygotowałem się jeszcze do wieczornego uroczystego koncertu z okazji wigilii przypadającej następnego dnia – 1 maja 2011 w niedzielę – beatyfikacji papieża Jana Pawła II.
Wróciłem do domu, a w niedzielę oglądałem transmisję z uroczystości w telewizji. Byłem wtedy mocno sceptyczny i wątpiący w prawdy wiary, w której zostałem ochrzczony i wychowany. Jednak poszedłem wieczorem do kościoła parafialnego o.o. redemptorystów przy ul. Zamojskiego w Krakowie, gdzie nieraz modlił się Karol Wojtyła. Tam bez specjalnej wiary ani nadziei powierzyłem mającą się nazajutrz rozpocząć hospitalizację okulistyczną, bo na skierowaniu z badania sobotniego z Fiołkowej zaznaczono, że konieczne będzie chirurgiczne opatrzenie siatkówki za pomocą lasera. Nie miałem pracy, nie byłem w ogóle ubezpieczony, a wiedziałem, że każdy dzień pobytu w szpitalu kosztuje kilkaset złotych.
Kiedy dotarłem na Kopernika na okulistykę, gdzie wcześniej pracowała moja babcia jako pielęgniarka, a także Rozalia Celakówna, krakowska mistyczka, przyjęto mnie w trybie pozakolejkowym. Wykonano te same standardowe badania, co w sobotę na Fiołkowej, tyle, że bez użycia atropiny. Po zbadaniu przy dwóch okulistów nie stwierdzono ani śladu po zmianach zwyrodnieniowych w obu oczach. Spytano mnie, czy nadal widzę “błyski” w lewym oku. Wtedy poruszywszy okiem zauważyłem, że błyski zniknęły. Lekarz przez pół minuty milczał i siedział z podpartą brodą, jakby nad czymś medytował czy głęboko się zamyślił. Potem wystawił zaświadczenie, że “nie stwierdza się żadnych zmian w anatomii i funkcji naczyń krwionośnych i nie jest konieczne laserowe zabezpieczenie lewej siatkówki”. Zlecił badanie za rok, które powtórzyłem i od tamtej pory powtarzam co najmniej co dwa lata. Przez cały ten czas, jaki minął od tamtych zdarzeń z roku 2011 oczy są nadal zdrowe.
Poszedłem po wyjściu z kliniki, dokąd przyjechałem z rzeczami pierwszej potrzeby, do kościoła o.o. jezuitów, gdzie uklęknąłem w kaplicy wieczystej adoracji. Wróciwszy do domu, opowiedziałem wszystko, ale konsekwentnie spotykałem się i nadal spotykam z niedowierzaniem, nawet wśród osób duchownych. Napisałem świadectwo po polsku i przesłałem je do kurii krakowskiej, która przetłumaczyła dokument na język włoski i wysłała do Watykanu. Później wielokrotnie pisałem o tych wydarzeniach do różnych mediów. Okuliści zgodnie twierdzą, że uleczenie z tego rodzaju wady nie jest możliwe bez interwencji chirurgicznej, ani nie występują samoistne remisje pod wpływem na przykład sugestii albo autosugestii. Po prostu zniszczone paleniem, noszeniem soczewek kontaktowych czy dźwiganiem ciężkich rzeczy oczy nie są w stanie “same” się naprawić.
Krytycy w Internecie pytali, czemu pozostała podstawowa wada, czyli krótkowzroczność? Odpowiedzi nie znam, ale sądzę, że nie jest to możliwe, bo ta wada polega na odmiennej budowie całej gałki ocznej i musiałaby ona zmienić swój wrodzony kształt. Ponadto można normalnie z tą wadą żyć w przeciwieństwie do grożącej nawet ślepotą degeneracji systemu ukrwienia oczu. Wzrok to najcenniejszy dar i należy go chronić. Oczywiście, wzrok duchowy jest równie ważny, a może ważniejszy. Długo nie mogłem uświadomić sobie wagi tego, co nie spotkało. Dopiero dziś po tylu latach wiem jedno na pewno – że istnieje duchowa rzeczywistość, w którą wcześniej nie wierzyłem, a pod wpływem krytyki, jaka mnie spotykała z różnych stron, czasami nawet po uleczeniu miałem wątpliwości. Dziś jednak przynajmniej dla mnie wszystko jest jasne. Bóg istnieje, spotkałem Go…

Deo gratias! Niech was Bóg błogosławi teraz i zawsze.

dr Rafał Sulikowski

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Witaj, świecie!

Witaj na swoim blogu w naszej blogosferze blog.deon.pl. To jest Twój pierwszy wpis, dodany automatycznie na dobry początek. Usuń go, a następnie rozpocznij blogowanie!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Jeden komentarz