Ewangelia w XXI wieku – czy Siostra Faustyna ma coś do zaproponowania dzisiejszemu Kościołowi i światu?

     

       Życie świętej Faustyny pokazuje, że dla Boga nie ma nic niemożliwego; że może On wybrać kogo chce do największych dzieł na świecie i w Kościele; że skrajną porażkę może przekuć w niebywały sukces. Święta Faustyna została wybrana prawdopodobnie już w łonie matki, podobnie jak to pisze prorok w Starym Testamencie: “już w łonie matki ukształtowałem cię i wybrałem na to, abyś był prorokiem i nie zważał na swój młody wiek, kiedy będziesz przemawiać, bo Ja jestem z tobą.” (cytat luźny z pamięci). Prześladowani chrześcijanie na świecie powinni pamiętać o słowach Jezusa, że Duch Święty podsunie im odpowiednie słowa, kiedy będą ciągali ich po “synagogach”. Oczywiście, dzisiaj nikt nie będzie ich prowadził dosłownie do synagog – synagoga była w pierwszym chrześcijaństwie symbolem opresyjnej religijności. 

      Święta Faustyna od małego dziecka ciężko pracowała, pasąc krowy i pomagając w gospodarstwie wielodzietnej rodziny, która ledwo utrzymywała się na powierzchni życia. Usłyszany w wieku 7 lat głos Boży wielu ateistów-psychiatrów interpretuje jako początek jej “schizofrenii.” Kłopot dla nich w tym, że w autentycznej schizofrenii dyskutują ze sobą albo komentują zachowanie pacjenta rozliczne głosy, a jak napisze później w Dzienniczku Siostra Faustyna: “mowa Boża wyraźna jest”; jest to jeden, wyraźny głos, który już starożytni określali jako sumienie, czyli daimonion, który w filozofii sokratejskiej prowadził człowieka niczym GPS kierowców na nowoczesnej autostradzie.  

       Faustyna nie mogła się uczyć, bo musiała wrócić do domu, aby pomagać rodzicom, którzy sprzeciwili się jej decyzji wstąpienia do klasztoru prawdopodobnie z przyczyn ekonomicznych. Miała liczne rodzeństwo, a starszy brat Stanisław kształcił się na lotnika. Tradycją na wsi było to, że przynajmniej jedno z dzieci zostaje na gospodarstwie, pomaga w pracy na polu, a potem przejmuje po rodzicach cały dobytek. Myślę, że chociaż o tym nie napisała na kartach Dzienniczka, to dzień, w którym oznajmiła rodzicom, że wstępuje do klasztoru musiał być trudny.  Prawdopodobnie doszło po prostu do rodzinnej awantury, po której Faustyna ostatecznie wyprowadziła się od rodziców i poszła za głosem woli bożej.  Analizując życie świętych, można dojść do wniosku, że to, co wyróżnia ich od zwykłych ludzi, to postawienie Boga absolutnie na pierwszym miejscu i usilne, momentami dramatyczne poszukiwanie we wszystkim Jego woli. Z tym, że nie oznacza to unicestwienia wolnej woli, lecz uznanie woli Boga za najważniejszą wskazówkę, w którą stronę pójść, czym się zająć i w ogóle co robić w życiu.  

      Faustyna miała jasny cel: po przeżyciu mistycznej wizji umęczonego Jezusa w trakcie zabawy karnawałowej w Łodzi już wiedziała, że musi osiągnąć to, co sobie postanowiła. Scena wizji inicjacyjnej Jezusa jest szokująca: oto Faustyna, która przebywa na balu, czyli jak byśmy powiedzieli dzisiaj na zwykłej imprezie (choć oczywiście ówczesne imprezy były zupełnie inne niż dzisiejsze), nagle widzi obok siebie tego samego człowieka-Boga, który narodził się w Betlejem, który nauczał kilka tysięcy kilometrów od Łodzi na południowy wschód i który umarł na krzyżu w bardzo młodym wieku i jak donoszą niezliczeni świadkowie bezpośrednio po zmartwychwstaniu oraz później przez stulecia (objawień Chrystusa w ciągu 2000 lat chrześcijaństwa było mniej niż maryjnych, ale wystarczająco dużo, aby dostrzec pewne podobieństwa), który znowu żyje. Faustyna cytuje dokładnie słowa Jezusa: “Dokąd Cię cierpiał będę i dokąd Mnie zwodzić będziesz?” Jest to przykład prawdziwej wizji mistycznej, która nie ma nic wspólnego z omamami schizofrenicznymi czy paranoidalnymi halucynacjami. Piszący te słowa niegdyś redukował wszystkie przeżycia mistyków i świętych do psychopatologii, popełniając rażący błąd redukcjonizmu w psychologii. O ile podejście redukcyjne sprawdza się w naukach ścisłych i w technicznych, to w przypadku nauk humanistycznych i społecznych przynosi więcej szkody niż pożytku. Gdyby to była wizja psychotyczna, to na pewno nie znikłoby towarzystwo tańczące na balu z oczu Faustyny; nie poczułaby się wyraźnie oddzielona od “wdzięcznej muzyki”, jak ją nazywa, tylko zalałaby ją fala bodźców z otoczenia, a Jezus niekoniecznie byłby umęczony, lecz prawdopodobnie stanowiłby tylko projekcję wyobraźni.

     Właśnie ten fakt, a także później w katedrze, kiedy Faustyna – nie zwracając na nic uwagi – pada krzyżem przed ołtarzem głównym w obecności osób tam przebywających, jest argumentem za tym, że wizja z imprezy karnawałowej jest prawdziwa. Jest to nagłe wtargnięcie innego świata, interwencja z innego wymiaru do naszego horyzontalnego postrzegania rzeczywistości, w której wszystkie miejsca są  homogeniczne, podobnie jak czas, który nie dzieli się na czas profanum i sacrum, lecz zlewa się w jedną nieskończoną magmę. Właśnie ten aspekt wertykalny – nagłe wtargnięcie innej rzeczywistości – świadczy o prawdziwości wizji; przypomina przeżycie Świętego Pawła, który jeszcze jako Szaweł zmierzał do Damaszku, aby zabijać chrześcijan i nagle w południe doznał wizji zmartwychwstałego i uwielbionego Chrystusa, co zmieniło jego życie dokładnie o 180 stopni, podobnie jak życie Faustyny.  

     Jeszcze jeden fakt wskazuje na to, że była to wizja prawdziwa –  zazwyczaj psychotycy i paranoicy bardzo chętnie obnażają swoje przeżycia wewnętrzne, stosują wręcz nachalny ekshibicjonizm, więc gdyby to była wizja fałszywa, oparta jedynie na fantazji Faustyny, zaczęłaby opowiadać wszystkim na balu na przykład tak: “Słuchajcie, przed chwilą widziałam Jezusa, który mi powiedział, że muszę wstąpić do klasztoru, no więc muszę was pożegnać i iść do katedry, a potem wsiąść do pociągu, jechać do Warszawy, bo tam mnie wzywa Chrystus, etc.”  Tymczasem Faustyna nikomu nie mówi o tym przeżyciu, o którym napisze wiele lat później pamiętając je tak szczegółowo, jakby wydarzyło się wczoraj, chociaż Dzienniczek zaczęła pisać dopiero w 9 roku życia w zakonie.  

     Mało tego: nie tylko nie mówi publicznie o tym, co właśnie przeżyła i jak te kilka minut zmieniło bieg jej przeznaczenia, ale wręcz stosuje małe, niewinne kłamstewko wobec swojej siostry, której mówi, że ją rozbolała głowa i dlatego musi iść do domu.  Kiedy wróciła do domu, opowiedziała w oszczędnych słowach, co się jej przydarzyło. A jeszcze wcześniej w katedrze św. Stanisława Kostki usłyszała słowa wyraźne i był to jeden głos (a nie “głosy”), że ma natychmiast jechać do Warszawy, gdzie wstąpi do klasztoru. Tak też zrobiła i chociaż o tym nie pisze, można wyobrazić sobie, że wsiadła do pociągu, mając przy sobie jedynie najpotrzebniejsze rzeczy osobiste, wysiadła na Dworcu Głównym w Warszawie (obecnie już nieczynnym), gdzie jak pisze ogarnął ją lęk, bo nie wiedziała, w którą stronę ma się udać i co dalej robić.  I wtedy krótka modlitwa, właściwie akt strzelisty do Maryi, sprawił kolejny cud: usłyszała, że ma udać się do pewnej miejscowości pod Warszawą (niestety nie podaje nazwy tej miejscowości, nie jest to zresztą istotne), gdzie znajdzie bezpieczny nocleg. Jak to często bywa w życiu mistyków, które czasami przypomina dobrą powieść sensacyjną, znalazła ów nocleg, a następnego dnia pojechała do stolicy, aby w kościele św. Jakuba na Ochocie modlić się o dalszą wolę Bożą.  

      Co było dalej, wiadomo z Dzienniczka, ale jeszcze raz wracając do wizji z balu trzeba powiedzieć jedno – Faustyna nie straciła wtedy świadomości, nie wpadła w żaden trans ani ekstazę, była całkowicie przytomna, ale jednocześnie Jezus był na pierwszym planie, a cały szum zabawy został odesłany do tła i jak pisze Faustyna “pozostał tylko Jezus i ja.” Niesamowite w tym wszystkim jest to, że Faustyna przeżywa wizję Jezusa w trakcie balu karnawałowego, a już będąc w zakonie zdaje sobie sprawę, ile zła przynosi ze sobą społecznie ten okres przed Wielkim Postem.

         Na podstawie powyższej analizy należy stwierdzić, że ten moment zwrotny w życiu Świętej Faustyny odbywał się nie tylko w zwykłym świecie, ale i w przestrzeni profanum, a nawet w pewnym sensie w mrocznym grzechu demonicum.  Oczywiście, patrząc z dzisiejszej perspektywy ówczesne zabawy były wręcz niewinne w porównaniu z dzisiejszymi, jednak dla wrażliwego sumienia Faustyny i tak “tańce, hulanki, swawole” – choć przecież dozwolone w pewnych granicach – stanowiły jednak pewną rysę na szklistej tafli jej duszy.

 

/cdn./ 

Zaszufladkowano do kategorii Życie i dzieło Siostry Faustyny | Otagowano , , , , , , , , , | Dodaj komentarz

Dlaczego warto stawiać granice?

Problematyka stawiania granic w życiu potocznie określana jest jako “bycie asertywnym”. Życie bez granic zamienia się w chaos. W przyrodzie występują naturalne granice, począwszy od świata minerałów (złoto nie jest miedzią), aż po ciało ludzkie, które choć przez zmysły ma kontakt z otoczeniem, to jednak stanowi osobną, zamkniętą całość. Ludzie, którzy nie umieją wytyczyć granic “ja:nie-ja” biorą najczęściej na siebie obowiązki wszystkich innych. Kobiety poświęcają całą uwagę dzieciom, nawet już dorosłym, zaniedbując siebie i własny rozwój; mężczyźni “bez granic” ulegają złemu towarzystwu, dając się w skrajnych przypadkach wciągnąć w podejrzany pół-światek, a jeśli nawet nie, to również w firmie biorą na siebie obowiązki, które powinny być rozłożone po równo między pozostałą załogę czy zespół. Ktoś, kto nie umie mówić “nie”, zawsze jest “do usług”, zawsze gotowy pomagać, nawet kosztem nie tylko wolnego czasu i rozwoju osobistego, ale kosztem zdrowia, a nawet życia. 

Granice dziś w świecie pękają – jedne narody służą wszystkim innym, zaciera się granica między życiem zawodowym a prywatnym (“work-life balance”), ponieważ multimedia i satelitarna łączność całodobowa sprawiają, że można pracować cały czas i wszędzie, gdzie aktualnie jesteśmy. W ten sposób urlop czy wakacje przestają nimi być i w sumie pracownik jest stale on-line, zaniedbując rodzinę, znajomych, ponieważ obawia się podświadomie, że bez niego firma upadnie, nie poradzi sobie. Kryje się za tym mocne rojenie o własnej wyjątkowości, wręcz – byciu niezastąpionym, a wynika paradoksalnie z niedowartościowania i bardzo niskiej, wręcz zerowej samooceny. Ktoś, kto jest bez granic może wpaść w hipochondrię, czuć się “pępkiem świata”, albo mieć nieustanne skrupuły, że “czegoś nie zrobił, jak trzeba”, czując się nadodpowiedzialnym. Ludzie z poczuciem nadodpowiedzialności chcą w ten sposób “wkupić się” w grę społeczną, która polega w dużej mierze na dzieleniu obowiązków, wynikających z pisanej albo nie umowy społecznej. Jednak ludzie z wyjątkowo mocnymi skrupułami mogą padać ofiarą wyzysku i żerowania na ich poczuciu, że odmawiając zrobienia czegoś, robią coś złego. 

Nie ma bowiem nic złego w odmawianiu, zwłaszcza jeśli odmawiam uczestniczenia w czymś złym. Ale nawet, gdy ktoś prosi o coś dobrego, a ja musiałbym poświęcić zbyt dużo energii, zdrowia albo czasu wolnego, mam prawo bez żadnych skrupułów odmówić. Nie jest to łatwe, bo powiedzieć komuś “to nie moja sprawa” dziś jest niemile widziane. W cenie są wszelkie bezpłatne prace społeczne, jak wieczne staże, praktyki czy niekończące się wolontariaty. Jednak odbywa się to zazwyczaj zbyt dużym kosztem, a po latach odzywa w chorobach nerwowych, albo psychosomatycznych. Dyrektorska nerwica, polegająca na pragnieniu kontrolowania wszystkiego i bycia wszędzie, jest tego najlepszym przykładem. Nie ma ludzi niezastąpionych. Na szczęście. Bo można spokojnie powiedzieć sobie, że wcale nic złego nie robię, gdy stawiam wyraźne granice wokół siebie i domagam się ich respektowania, jednocześnie nie naruszając granic innych osób. Naprawdę nie ma w tym nic złego.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

O życiu i dziele Siostry Faustyny.

***

     

Tajemnica życia siostry Faustyny nadal pozostaje niewyjaśniona.  Dawniej, krótko po śmierci, nie uważano jej za świętą, chociaż w zapiskach przewidziała swoją beatyfikację i kanonizację, próbując opisać nowoczesną transmisję telewizyjną, oczywiście w słowach, które jej wtedy były dostępne. Na skutek nieporozumień Kongregacja Nauki Wiary na wiele lat zakazała prywatnego kultu siostry Faustyny.  Zarzucano jej pewne quasi-protestanckie wątki w Dzienniczku – na przykład prymat łaski nad dobrymi uczynkami, słowa o tym, że “nic nie dzieje się bez woli Bożej” zbytnio odnosiły się do teorii predestynacji, którą wyznawcy Kalvina uznali za prawdę; zbyt mały nacisk położyła – zdaniem Kongregacji – na kult maryjny, chociaż objawienia maryjne były również jej udziałem; także na kult poprzedzających jej życie świętych i mistyków wszystkich czasów.  

      Dopiero Sobór Watykański II, który doprowadził do odwilży w Kościele, a nawet według niektórych jego uczestników do prawdziwej wiosny Kościoła na skutek działań i starań Karola Wojtyły zrehabilitował życie i dzieło świętej Faustyny, a Kongregacja cofnęła zakaz z roku 58.  Dość długo trwał proces beatyfikacyjny, a wcześniej informacyjny o heroiczności cnót, stąd dopiero w ‘93 roku, więc 55 lat po śmierci odbyła się uroczysta beatyfikacja w dniu 18 kwietnia, a w 7 lat później 30 kwietnia 2000 roku miała miejsce uroczysta kanonizacja siostry Faustyny.  

    Wydawało się, że przeszkody zostały pokonane i że odtąd Kult Miłosierdzia będzie się rozszerzał w Kościele.  Niestety, śmierć Jana Pawła II przyćmiła również świętą z Łagiewnik, którą między innymi on sam wypromował. Zdaniem piszącego te słowa Benedykt XVI kładł nacisk przede wszystkim na sprawiedliwość Bożą, a dopiero na drugim miejscu na jego miłosierdzie. To spowodowało, że w Kościele za czasów Benedykta XVI głowę podniosły niestety takie ruchy, jak lefebryści, Bractwo Piusa X czy skrajni tradycjonaliści spod znaku Mszy trydenckiej, postawy przodem do ołtarza, a tyłem do wiernych kapłana, Komunii tylko pod jedną postacią i tylko w postawie klęczącej, do ust. Wszystkie te konserwatywne i restauracyjne akty spowodowały, że dzisiaj Kościół niemal jest pęknięty na dwie części; w Polsce tak zwany “kościół łagiewnicko-wadowicki, a na północy Polski kościół toruński, który kontynuuje tradycje surowości, ascezy, rygoru i dyscypliny w odniesieniu szczególnie do dzieci i młodzieży; kładzie nacisk na surow, twarde wychowanie, które ma rzekomo przygotować do trudów życia, a tak naprawdę dodaje tylko niepotrzebnego cierpienia dzieciom młodzieży, ludziom młodym i starszym, o aspektach finansowych nie wspominając. 

    Mam wrażenie że Kult świętej Faustyny przeżywa kryzys; co rusz na kanale YouTube można spotkać jak grzyby po deszczu mnożące się kanały dotyczące tradycyjnego katolicyzmu, oskarżające Świętą Faustynę o modernizm, nowinki, przesadne miłosierdzie tak, jakby miłosierdzie mogło być przesadne, a przecież wyraźnie napisała święta, że miłosierdzie jest bez granic; gdyby było przesadne, to by znaczyło, że przekracza jakieś granice. Jeżeli jednak miłosierdzie jest bezgraniczne, to żadne granice nie istnieją i nie mogą być przekroczone ani nie mogą tego Miłosierdzia zatrzymać. Tak naprawdę wydaje się, że jest dokładnie na odwrót – wyznawcy tradycyjnego katolicyzmu tylko w nazwie są sprawiedliwi, a w gruncie rzeczy promują fałszywą sprawiedliwość, pojmowaną jako odwet, zemsta, gniew, negatywne emocje i żądanie, żeby Bóg podporządkował się sprawiedliwości i potępił wszystkich grzeszników, a wiernych Jemu, “prawdziwych katolików” zaprowadził do nieba. Oczywiście, jest to nadużycie Bożej sprawiedliwości, ponieważ nie jest ona z tego świata i wcale nie polega na wyrównywaniu rachunków, jakichś porachunkach i tego typu sprawach, wziętych z prawa ludzkiego i niedoskonałych sądów ludzkich. 

     Tymczasem Faustyna wcale nie głosiła przesadnego Miłosierdzia; wszak opisuje swoją wizytę w piekle, które oczywiście można czytać psychodynamicznie i interpretować sposób psychoanalityczny, ale można również czytać w sposób dosłowny; być może faktycznie istnieje piekło również jako miejsce niemal fizyczne; jednak opis piekła Faustyny zbyt przypomina piekło średniowieczne, wystylizowane na salę tortur bardziej niż na więzienie, w którym oddaje się ostatni grosz, o którym mówił Jezus. Święta Faustyna nie głosiła łatwego Miłosierdzia, bo sama musiała cierpieć za grzeszników, a to znaczy, że miłosierdzie kosztuje, potrzeba ofiary, ascezy, jałmużny i uczynków miłosierdzia. Czyn jest najważniejszy, dopiero później są słowa mówione i pisane, a modlitwa na samym końcu, jak już nie działa ani czyn ani słowa. Faustyna stwierdziła, że każdy grzech może być przebaczony, ale pod pewnymi warunkami. Trzeba zaznaczyć, że o “grzechu przeciwko Duchowi Świętemu” w ogóle nie wspominała i w ogóle charakterystyczne jest to, o czym święta nie pisała; na przykład, nigdzie nie pisała o egzorcyzmach, którymi tak się ludzie teraz fascynują; nigdzie nie napisała o opętaniach, nie uczestniczyła w jakichś spektaklach demonicznych, którymi fascynują się ludzie na niskim stopniu rozwoju duchowego. 

      Tak naprawdę Faustyna nie wprowadziła żadnej nowości do nauczania Kościoła, ponieważ Święto Miłosierdzia istniało już wcześniej  (o czym zresztą krytycy mówili już za jej życia), znane było nabożeństwo do Serca Jezusa, które również z wizji wyszło; Kościół zawsze mniej czy bardziej akcentował postawę Miłosierdzia – na przykład w XIX wieku bardzo modne były akcje charytatywne pod kościołem, w których brała udział arystokracja, skarbonki na rzecz dzieł miłosierdzia dla domów dla bezdomnych, dla upadłych dziewcząt i tak dalej. Jedną z pierwszych kas dla biednych w Krakowie było dzieło ks. Piotra Skargi, ikony tradycyjnego katolicyzmu. Jest charakterystyczne, że Faustyna pisze o miłosierdziu w samym sercu grzechu, jakim był zakład poprawczy i wychowawczy dla upadłych dziewcząt, a to nie mogło być łatwe, o czym można przekonać się niemal na każdej stronie Dzienniczka. 

      Z trzeciej strony krytyka Faustyny nadchodzi od ateistów i psychiatrycznie zorientowanych wierzących takich, jak na przykład Artur Sporniak, który twierdzi, że Faustyna rozmawiała ze swoim wewnętrznym alter ego, właściwie jakby sobowtórem upostaciowanym i stylizowanym na Jezusa, z tym wyjątkiem, że serce jest ukryte, a nie jest na wierzchu. Również Jerzy Starnawski stwierdził (w opinii dla potrzeb beatyfikacji), że Faustyna po prostu chorowała psychicznie na chorobę zwaną cyklofrenią, czyli chorobę dwubiegunową afektywną, nazywaną dawniej psychozą maniakalno-depresyjną.  Ewa Czaczkowska jako autorka przełomowej biografii o Świętej Faustynie polemizowała ze Sporniakiem, niemniej jednak prawda może leżeć pośrodku. Jest niewątpliwe, że wizja z Płocka z 1931 roku jest autentyczna, o czym piszący te słowa napisał artykuł dla katolika.pl pod tytułem “Cela w Płocku”. Natomiast również mamy do czynienia z wizjami wewnętrznymi, wyobrażonymi z użyciem władz duszy takich, jak fantazja (na przykład wizja róż zamiast ziemniaków w garnku) czy uciszenie burzy, którą archetypowo przedstawiono w Ewangelii. Oczywiście, bardzo dużo przeżyć tak zwanych wizji jest tylko kwestią wyobraźni; natomiast wizja płocka pokazuje, że tam rzeczywiście Faustyna mogła spotkać żyjącego w 2000 lat wcześniej Jezusa, który nakazał jej misję głoszenia światu całemu Miłosierdzia.  

     Jezus podkreślał, że nie ma takich słów ani nie ma takiego języka, którym można by wypowiedzieć całkiem miłosierdzie Boże. Prosił, aby kapłani nie zajmowali się niczym innym, tylko głosili Miłosierdzie Boże, które jest bez granic, lecz czy kapłani i Kościół posłuchali Jezusa? Mam wrażenie, że misja Faustyny powiodła się tylko częściowo – tysiące uzdrowionych, pocieszonych, może nawet miliony i Dzienniczek, który przebił Mickiewicza, Lema i Kochanowskiego razem wziętych, jeśli chodzi o przekłady na języki zagraniczne; wiele filmów o Faustynie, bardzo wiele doktoratów, magisteriów teologicznych. Kult Miłosierdzia znany już na całym świecie i to wszystko dzięki prostej zakonnicy, która ukończyła zaledwie cztery klasy szkoły podstawowej, a napisała arcydzieło literackie i mistyczne. Można w nim oczywiście widzieć neoromantyzm, nawiązywanie do fantastyki romantycznej, być może były to niezrealizowane zdolności literackie. Niemniej jednak Dzienniczek Faustyny wskazuje, że chociaż chorowała na jakąś chorobę i nie ma sensu wspierać się, szczegółowo, czy to była cyklofrenia czy to była depresja powikłana psychotycznie, czy jeszcze coś innego; cierpiała psychicznie, ale pojęcie choroby psychicznej bywa  mylące. Można mówić raczej o cierpieniu psychicznym, moralnym, duchowym, intelektualnym i tutaj nie ma wątpliwości, że cierpiała na natrętne myśli, okresowo na podniesienie i obniżenie nastroju, wahała się od skrajnej rozpaczy, kiedy widziała grzechy świata aż do słów, że “to wszystko dla mnie jest stworzone”, że wszystko od niej zależy i że chce nawet po śmierci rozpocząć swoją misję, która dopiero z tamtego świata przyniesie światu uzdrowienie.  

       Tak więc zarzuty zarówno ze strony tradycjonalistów katolickich, jak i ateistów psychiatrów, a także oczywiście próby rozwikłania zagadki Faustyny przez otwartych, liberalnych katolików się wzajemnie uzupełniają i raczej nie wygląda na to, abyśmy kiedykolwiek udowodnili, że Faustyna była chora, więc wyobraziła sobie Jezusa ani, że Faustyna była zdrowa i rzeczywiście spotkała samego Chrystusa. Mogło być jeszcze inaczej: Faustyna rzeczywiście mogła cierpieć psychicznie na objawy podobne do tego, co przeżywają pacjenci zakładów psychiatrycznych, ale jednocześnie właśnie zgodnie z tradycją romantyczną szaleństwo, obłęd są bramą realizacji duchowej i w ten sposób właśnie dzięki temu, że cierpiała psychicznie, została uznana za godną, aby odwiedzali ją mieszkańcy niebios i aby stała się piórem w ręku Boga.  

      Niestety, dzisiaj Kościół idzie w kierunku restrykcyjności, opresyjności w kierunku przeszłości, nie planuje naprzód – nikt nie mówi o tym, że za 10 lat będzie równy jubileusz 2000 lat od śmierci Jezusa Chrystusa. Kościół zafiksował się na przeszłości i dopóki nie zostawi przeszłości historykom Kościoła, nie pójdzie do przodu i będzie stale kręcić się w kółko, wypisując w komentarzach i na forach swoje własne prywatne poglądy, zamiast po prostu głosić miłosierdzie, które przyniósł Jezus Chrystus. I żeby była jasna sprawa, miłosierdzie musiało kosztować Jezusa najgorszą z możliwych śmierci, czyli przez uduszenie Tak więc nie ma czegoś takiego jak “łatwe miłosierdzie” czy “fałszywe miłosierdzie”, bo fałszywe miłosierdzie to po prostu sprzeczność – albo fałszywe albo miłosierdzie. Naturą Miłosierdzia jest to że, przebacza zło; jest tedy naturalne, że jak ktoś uczynił zło musi mu to być rozpuszczone, żeby ten człowiek nie stracił życia. Oczywiste jest to, że miłosierdzie nie jest banalne, że jest wypracowane przez świętą Faustynę przez wielkie cierpienia fizyczne, psychiczne i duchowe i w tym sensie mówienie o “fałszywym miłosierdziu” jest w pewnym sensie obrażaniem zarówno Boga, jak i świętej Faustyny, którą on sam wybrał, a mógł wybrać kogo chciał i nikomu nic do tego. 

      W tych może za ostrych słowach kończąc ten wpis po prostu wyrażam swój smutek i zarazem sprzeciw wobec tego, że Kościół chyba zapomniał już o Łagiewnikach i przeniósł się całkowicie do Torunia albo do Medjugorie, gdzie przecież bardzo wielu ludzi doznało łaski, ale też bardzo wiele zła się tam wydarza.   Zawsze Kościół będzie tylko kościołem, a ludzie tylko ludźmi, nie wymagajmy więc od ludzi tu na Ziemi żeby już być doskonali. Nigdy nie oceniajmy człowieka na tej podstawie jak go widzimy w danej chwili. Zastanówmy się kim był wcześniej, jaką miał przeszłość, a przede wszystkim trzeba ujrzeć tego człowieka, jakim będzie w przyszłości za 10-15 czy 30 lat. Taka perspektywa sprawia, że ogarniając całość życia ludzkiego można człowiekowi pomóc, można mu dać nadzieję, bo jeżeli oceniasz człowieka na tej podstawie, jaką daje teraźniejszość “tu i teraz”, to bardzo zawężasz jego potencjalny horyzont. Pamiętaj, nie jest ważne, kim człowiek był, a nawet tym, kim jest teraz, ale kim się stanie, kim się stać może i w tym sensie jest to bardzo ważne, żeby dawać ludziom drugą, ale i trzecią, piątą szansę aż do 77 razy A przecież liczba “77” dla Jezusa oznaczała po prostu nieskończoność, ale i możliwa na naszą miarę doskonałość.

***

Zaszufladkowano do kategorii Życie i dzieło Siostry Faustyny | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz

*** Eloi, lamma sabaktani…

Agonia Jezusa trwała nie trzy, lecz sześć godzin – od ich godziny „trzeciej” aż do „dziewiątej”, kiedy się ściemniło (był 7 kwietnia 30 lub 36 r.n.e.). Liczba trzy wynikała z zamiłowania wiernych do symboliki trynitarnej i została skonstruowana. Jezus się udusił po prostu, kiedy nie miał już siły wznosić się na nogach, aby zaczerpnąć głębszy oddech. Stopniowo tracił siły, co było równe torturom amerykańskim, kiedy w więzieniach CIA w Polsce (za czasów SLD) podtapiano przesłuchiwanych „terrorystów” w balii z wodą, aby doszli do granicy utraty przytomności. Miałem duszności i wiem, że to najgorsza z możliwych śmierci – przez uduszenie się. Nie musieli więc łamać kości, żeby klient nie mógł się podnosić. Pozostali dwaj żyli, bo nie mieli przybitych kończyn, więc musiano ich dobić. Łamanie goleni to chyba najgorsza tortura – pamiętam, jak się nieraz uderzyłem w goleń, ból nie do opisania.

Jezus do końca wierzył w Boga, a widzowie tego makabrycznego spektaklu do końca wierzyli, że „przyjdzie Eliasz i go wyzwoli”, albo czekali – jak to ciemny lud do dziś robi – na cud. Nie nastąpił żaden cud. Jakby tego było mało, w ostatnich chwilach, gdy mózg był już niedotleniony Jezus zwątpił w istnienie Boga, którego zwał swym Ojcem (bo nie miał tego ziemskiego). Katolikom osładza się te słowa słynne „Boże, czemuś mnie opuścił…?” mówiąc, że to sam Bóg siebie opuścił, jak zwykle – zawiłe teologiczne brednie. Nie – było jak ja piszę: Jezus nie poczuł się opuszczony. On zrozumiał, że nigdzie nie ma Boga, nie że On go opuścił, ale siedzi sobie daleko w niebie. Jezus zrozumiał, że jego misja się nie powiodła, że nie zbawił świata, co doskonale pokazuje jego dalsza historia. Świat w wyniku misji Jezusa, oglądanej z perspektywy odległej o ponad 20 wieków nie tylko nie naprawił się, ani nie poprawił – stale się pogarsza. Misja Jezusa nie przyniosła światu nic prócz chorych urojeń, inkwizycji, stosów, palenia książek. Nic. Null koma null…
Pytasz, jaki byłby świat, gdyby okazało się, że Jezus nie był Bogiem? Spójrz za okno i spójrz na swe życie – byłby właśnie takim światem, z którym musimy się od nowa jutro z rana zmierzyć, męcząc się z mężem, z żoną, w pracy, w sklepie. Gdyby Jezus wygrał, twoje i moje życie wyglądałoby inaczej. I musimy sobie z tym poradzić. Teraz prawdopodobnie już sami…
Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Jeden komentarz

„Czy tu Panią boli…”?

A jeśli w ostatniej sekundzie życia dowiesz się, że nie ma żadnego piekła? Jak się wtedy poczujesz? Chcesz tak dalej?

Prawdopodobnie „piekło ” to słowo dla katolika jest najgorsze, gorsze od agonii, śmierci, tortur, a nawet – samobójstwa. Piekło. I wszystko jasne. Przynajmniej dla mnie. Tak pochowane, skryte, dające tyle objawów,. że wiem już, skąd są moje zachowania, słowa, myśli, czyny, zaniedbania.
Straszono mnie. Was też. Macie to tak wyparte, stłumione, że nie jesteście teraz w stanie – opisuję tylko, nie oceniam! – pomyśleć logicznie o piekle, logicznie, czyli w sposób zdrowy, nie neurotyczny i nie histeryczny.
Jeśli więc nie wiesz, co się z Tobą dzieje, a cierpisz wiele lat – spróbuj porozmawiać sama ze sobą o „piekle”. Kto ci nagadał takich bzdur? Kiedy pierwszy raz powiedziano ci o „Bozi, która się będzie gniewać”. I kto ci powiedział w ogóle, że jest coś po śmierci? Ok, może jest, może nie jest. Nie czekaj do śmierci, jak katolicy, aby „załapać się choćby na czyściec”. Nie czekaj. Teraz strać wiarę! Odrzuć to! Odrzuć przesądy, które zniszczyły Ci prawie całe życie!
Nie ma żadnego piekła. Czyście wszyscy powariowali…? – drze się jakąś inną prawdą bohater Iwan Bezdomny w „Mistrzu i Małgorzacie”. A jeśli miał rację? Do czego drogi katoliku, zwracam się do „tradyceuszy” szczególnie – potrzebne Tobie „piekło”. Masz dzieci? Straszysz je? Jeśli tak, to nawet nie wiesz, że mnożąc ludzi, mnożysz swoich rodziców, którzy opowiedzieli ci o piekle. Albo powielasz brednie kościelne, bo chcesz za wszelką cenę przynależeć. Lepsze piekło niż Nic? 
Jeśli czujesz teraz przyspieszone bicie serca, gorąc uderza do głowy – to budzi się w Tobie gniew, złość i wściekłość na mnie, ale i na siebie samą, że dałaś się może wyrolować, że zabrano ci dzieciństwo, a szczególnie – wiek nastoletni, kiedy nie odzywają się demony, ale hormony. 
Przez naukę Kościoła, chętnie dziś promowaną, ludzie dostają na głowę. Wmawiano mi. Sugerowano. Indoktrynowano. Ingerowano.
K….!!! Tak. Czasem katolickie (od)loty kończą się właśnie takim ostatnim słowem. Na „k”…
Okaże się na przykład, że piekła nie było, nie ma i nie będzie. I kogo oskarżysz o wprowadzenie w błąd i zniszczenie Tobie i najbliższym życia? Kogo? Bo ja wiem kogo oskarżę. Nie, nie Ciebie. Ty nic nie rozumiesz teraz. Ale dla mnie jest wszystko jasne…
Niestety, każdy musi pójść do piekła. Bo żeby móc z niego wyjść, trzeba wejść, przejść piekło i z niego wyjść, no logiczne. Nie da się skądś wyjść, jeśli się tam wcześniej nie weszło..
Czy wiesz, że piekło już jest? W tobie? Właśnie teraz, kiedy czytasz te słowa. Właśnie…
O piekle chętnie rozmawiają pacjenci pewnych wstydliwych miejsc. Byłem, byłem i to nie raz. Gdzie to nie byłem. I pamiętaj,. że jak przekroczysz pewną granicę, znajdziesz się wśród nich. Nie, nie w piekle. Gorzej niż w piekle – w szpitalu dla nerwowo i psychicznie chorych.
Będziesz wśród ludzi łatwiernych, którym można wszystko wmówić. Którzy przyznają ci się do wszystkiego. Bo nie mają już nic. Żyją w piekle za życia. Wtrąceni tam przez głupich, tłustych biskupów i durnych kapłanów, którzy są wilkami w owczej skórze. I wtedy umrze w Tobie piekło. Zagaśnie, emocje opadną, pojawić się może depresja. Ale spokojnie. W końcu, jak uczyli nas księża, „lepiej mieć piekło tu niż po śmierci”. Zwłaszcza, gdy siebie uznajesz za świętą/świętego, a chętnie byś wszystkich „złych” najchętniej posłała do diabła. 
/cz.1 z cyklu „O przeklętych problemach Kościoła”/

cdn.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Czy Kościół boi się naukowców i psychologów?

***

U podstaw chrześcijaństwa, w tym później dziejów katolicyzmów (wbrew pozorom katolicyzm nie jest jednolity) i Kościoła rzymskiego przez stulecia od początku leżała wiara w zmartwychwstanie, czyli de facto – wiara, że istnieje Bóg, który wskrzesił z martwych Jezusa z Nazaretu, czyli, że istnieje inny, duchowy świat, niezależny od naszego, do którego wszyscy idą po śmierci, a potem wróci Jezus i będzie powszechne zmartwychwstanie. Tak wierzono przez ok. 8-9/10 czasu od śmierci Jezusa w 30/36 r.n.e. I od XVIII stulecia z różnych powodów – między innymi, ale nie tylko – z powodu rozwoju nauki i niezależnej historiografii i filozofii niezależnej od teologii – zaczęto zmartwychwstanie powiedzmy, ujmijmy to tak, jeśli nie kwestionować wprost, to co najmniej – problematyzować. I potem poszło z górki – w XIX wieku Kościół wszedł w kryzys w związku z powstaniem alternatywnej teorii stworzenia kosmosu, życia na Ziemi i rozwoju gatunków, itd. Mógłbym wykład zrobić. I potem okazało się, że w XIX zakwestionowano nie tylko zmartwychwstanie, ale w ogóle – istnienie Jezusa jako człowieka, może wybitnego, ale takiego, jak Ty czy ja czy Staszek spod sklepu „Społem”. I nowsze badania to odkręciły – dziś żaden poważny historyk nie kwestionuje historyczności Jezusa, więc wszelkie bajki o tym, że opowieść o Chrystusie jest kalką wierzeń i mitów egipskich można włożyć między bajki właśnie. Pozostała tedy najważniejsza kwestia. Zmartwychwstanie…

Sam niegdyś nie lubiłem na przykład naukowców. Uważałem, że są niewierzący. Że odbierają ludziom nadzieję. Że próbują udowodnić, że po śmierci nic nie ma. Myliłem się. Najwięksi naukowcy, w tym Einstein nie przyjmowali łatwowiernie twierdzeń ludzi religijnych, ale też ich nie zwalczali. Niczego nie przesądzali, nie wykluczali z góry. A wielu ludzi wiary boi się szukać prawdy, bo „a nuż mi osłabi to wiarę”. Prawdziwa, wielka wiara nie boi się naukowców, ateistów, wchodzi nawet z nimi dialog, rozmawia, konfrontuje argumenty. Nie jest tak, że w wierze już „wszystko jest jasne”. I wielu katolików wyklucza ludzi wątpiących i poszukujących, bo mają własnie słabą wiarę. Wiara nie może być łatwierna, nie może być fideizmem, musi mieć intelektualne wsparcie, psychologiczne, filozoficzne. To prawda, że wielu psychologów to niewierzący. I co z tego? Ja wierzę w zmartwychwstanie. Gdyby ktoś udowodnił raz na zawsze, że „Jezus istotnie zmartwychwstał”, nie byłoby to dobre, bo ludzie straciliby wolność wyboru. Prawda nie może być narzucana. „Wierz tak, jak my, a jak nie to wynocha” – to w skrócie postawa ludzi słabej wiary. Ok. Mają prawo mieć taką, ale niech nie winią naukowców, że ci szukają pewności. Ludzie religijni też szukają pewności. Każdy chce być czegoś/kogoś pewny. Ja jestem poszukujący, na własną rękę. Dlaczego wielu katolików nie czyta Biblii? Bo się boją, że jakieś zdanie ich do czegoś zmusi, coś zburzy. Świetnie! Biblia wiele burzy! I bardzo dobrze, że burzy. Jezus też zburzył judaizm. I dzięki temu jest chrześcijaństwo i także – katolicyzm. Tak samo jest z „wolą Bożą”. „A, wola Boża? To ja lepiej nie chce jej znać, bo pewnie każe mi iść do klasztoru” – naprawdę katolicy mają taką wizję „woli Bożej’.

Kryzys Kościoła to papierek lakmusowy jednego, najważniejszego pytania w historii ludzkości: czy Jezus naprawdę zmartwychwstał? Jeśli tak, to spokojnie. Zatroszczy się o swój Kościół i o świat. Jeśli nie – choćbyście zaklinali rzeczywistość miliardami modlitw dziennie, to rzeczywistości nie zmieni ani na milimetr. Boicie się skonfrontować z fundamentem chrześcijaństwa, czyli wiarą w Zmartwychwstanie. Zagłuszacie świeckich, niezależnych historyków, którzy nie zakładają z góry, że zmartwychwstanie jest faktem historycznym, ale też większość tego nie wyklucza. A więc czego się Kościół boi? Prawdy?

Zaszufladkowano do kategorii nauka a religie | Dodaj komentarz

Patron Roku 2023

Dziś trafiłem na losowanie Patronów Roku 2023, 6 stycznia 2023 w Święto Trzech Króli. Początkowo nie wierzyłem, że to coś więcej niż przypadek, los, statystyka, ot taki totolotek duchowy. Najpierw nie wiedziałem, jaką cyfrę czy liczbę wpisać, ale pomodliłem się modlitwą Jezusa („Ojcze Nasz”), żebym wylosował nie to, co ja chcę, ale co chce Bóg. Chciałem wpisać ulubioną cyfrę, ale coś mnie natchnęło, żeby wpisać cyfrę, którą nie bardzo lubię. Wylosowałem Patronkę – Maryję, Królową Męczenników ze słowami z „Dz”: „Cierpienie będzie ci znakiem, że Ja jestem z tobą” (Dz.669). A od 30 lat cierpię na zaburzenia neurologiczne, po ludzku – nieuleczalne. Intencja – modlić się za wszystkich prześladowanych chrześcijan na świecie, aby byli mężni i wytrwali. Coś niesamowitego!

Losować można na stronie faustyna.pl, wpisując liczby od 1 -200. Zmniejsza to znacznie przypadkowość losu.

Zaszufladkowano do kategorii świątecznie | Dodaj komentarz

W 1993 spotkałem Boga. Naprawdę.

***
Kiedy wszedlem do zakrystii cos sie zmienilo. Gdy przekroczylem prog prezbiterium jak kamfora prysla cala depresja i wszystko. Poczulem nade mna Obecnosc. Z wrazenia usiadlem pod sciana po prawej stronie. Siedzialem tak i bylem jednoczesnie zafascynowany i pelen dobrej wznioslej bojazni i zarazem ani wczesniej ani potem nie bylem tak szczesliwy. Siedzac powtarzalem szeptem tylko trzy slowa: „Bog jest tu”. Ludzie stroili gitary, nikt nic nie zauwazyl. Ta Obecnosc byla jedoczesnie wszechmocna i lagodna. Nie wewnatrz mnie – wokol mnie i w calej swiatyni, a najwiecej w prezbiterium. Trwalo to kilka minut ale moglbym tak siedziec na zawsze. Potem przeczytalem II czytanie albo psalm. Byla noc. Przez cala Eucharystie czulem slady tej Rzeczywistosci. I spiewalismy piesn: „Wielki jest wszechmogacy Bog. Ktoz jest mistrzem takim jak On? Slawic chce Jego Imie gdy spiewam te piesn. Wielki Pan, choc nieznany Jest…” Nikomu ani wtedy ani potem o tym jakos specjalnie nie opowiadalem. Ale byla jakas uroczysta cisza gdy wracalismy do obozu i taki pelen szacunku dystans ludzi do mnie. Szedlem nieco z boku ale nie czulem sie osamotniony. A dwie godziny zaledwie wczesniej zanim wszedlem do zakrystii cierpialem, ze Go nie ma… Lecz potem to sie oddalilo. Znowu wrocily problemy. To tak jak na gorze – fajnie wyjsc ale przeciez kiedys trzeba wrocic do codziennosci…
Zaszufladkowano do kategorii świątecznie | Dodaj komentarz

Rok 2023 – rokiem bez hejtu!

Rok 2023 – rokiem bez hejtu!

Niech tak się stanie!

Amen.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Jeden komentarz

Tradyceusze – wyznawcy „pustego nieba”.

Tradyceusze – jak obrzydzić ludziom Kościół do reszty…?

Wreszcie udało mi się dotrzeć do sedna wszechrzeczy. Świat ludzki dzieli się na tych, którzy są pewni (fundamentaliści, fanatycy), że „życie się nie kończy nawet, gdy mózg przestaje działać), na poszukujących (nie wiem, ale się dowiem, albo i nie) i na tych, którzy są pewni albo raczej pewni, że świadomość po śmierci, wszystkie lęki, nadzieje, słowa, wspomnienia, obrazy, melodie – trafia szlag i że przechodzimy do upragnionej na wschodzie nicości, różnie nazywanej i inaczej opisywanej niż na Zachodzie.

Niektórzy ludzie tak się boją śmierci, a raczej anihilacji, unicestwienia swego „ego”, swego „Ja”, że wolą choćby uwierzyć w piekło niż pogodzić się z nicością. Dla niektórych ludzi piekło jest lepsze niż nicość. Skoro nie mam szans na niebo (zresztą należy raczej mówić o niebach, nie jednym „niebie”, bo Jezus wyraźnie powiedział, że w „domu Ojca mego mieszkań jest wiele”, a nie powiedział, że jest jakaś wspólna izba, gdzie każdy kontaktuje się z każdym. Ponadto Paweł z Tarsu został wzięty „aż do trzeciego nieba”, a przysłowie mówi, że „ktoś jest w siódmym niebie”. Ale to dygresja – wróćmy do piekła…

Jakie mogą być pozaobjawieniowe (najczęściej „piekło” widzieli analfabeci, dzieci, ludzie szukający podniesienia statusu społecznego w ten prosty sposób) źródła „wiary w piekło”. Różne. Może to być projekcja skrzywdzonych, życzących „pomsty z nieba”, czyli źródłem satysfakcji „zbawionych z potępienia grzeszników”. By the way – dlaczego „grzesznik” jest rodzaju męskiego? Wszak nie mówimy „grzesznica” – jedyne użycie jest w słowie: „jawnogrzesznica” w Biblii, a ponadto nie mówimy z kolei: „jawnogrzesznik”. To ciekawe…

Grzech jest rodzaju męskiego – nie kobiety zaczęły mordować, gwałcić czy kraść. Raczej testosteron męski. Wojny, wyzysk – wszystko mężczyźni. Może dlatego Jezus był mężczyzną. Mistycy mawiali, że kobiety są święte, stają się przez sam fakt przekazania życia i śmierci dalej.

Ale znowu wpadłem w poślizg poznawczy (częste u mnie) i wróćmy znowu do piekła… To dziś wstydliwy temat – ostatecznie wierzymy w niebiosa, w Bog, ale oprócz tradycjonalistów, którzy wyznają „puste niebo” i „prawie pełne piekło” – tak jakby to była skończona przestrzeń, którą w ogóle da się zapełnić – nikt z normalnych main-streamowych katolików w piekło, opętania, anatemy, klątwy papieskie nie wierzy. W Kościele – to już dziś wiem – są dwie duchowości tylko: piekielna (tradycjonaliści, te różne cholerne „bractwa”, opus dei, etc. jeden pies) i niebiańska (Łagiewniki, Wadowice, Jan XXIII, Jan Paweł II, Franciszek). Oczywiście, nie muszę mówić chyba, po której stronie barykady stanąłem. Świadomie i dobrowolnie, w reakcji na coraz bardziej radykalne grupy trydenckie, które robią ze świętej Eucharystii barokowy teatr, pełen kadzideł, które mają działanie narkotyzujące, obrazów, z których groźnie patrzy obrócony w grobie ks. Piotr Skarga – jeden z pierwszych katolickich hejterów, jak na owe czasy. Ruchy intronizacyjne i trydenckie się mylą prawie we wszystkim – operują jakimiś koszmarkowatymi pojęciami „fałszywe miłosierdzie”, niszczą kult Bożego Miłosierdzia – który nota bene powstał na niewyobrażalnych wprost cierpieniach duchowych, psychicznych i fizycznych prostej zakonnicy, którą oskarża się teraz o…modernizm. A nawet jakby, to co? Modernim to tyle, co unowocześnienie, przystosowanie. Organizmy, które się nie potrafią przystosować do nowych czasów giną. Dlaczego miałoby być inaczej w duchowości? I to dzielenie ludzi na zbawionych i „wszelkiej maści heretyków, schizmatyków, odszczepieńców, ekskomunikowanych, etc.). No zgroza mnie ogarnia…

Powstał darwinizm duchowy – silni (ortodoksyjni, ultrakatoliccy) to zbawieni, słabi – „heretycy”, schizmatycy, antychryści: potępieni. tradycjonaliści obrażają Boga i Jezusa, przypisując mu to, czego nie powiedział i zmieniając znaczenie – na rygorystyczne – tego, co mówił. Jezus mówił wyraźnie: „Syn Boży przyszedł, aby świat zbawić”. Świat oznacza „wszystkich” Jezusa trydenci zmienili na Króla, najlepiej Polski, choć już dawno jest święto Chrystusa Króla Wszechświata (a jako żywo, Polska raczej jest we wszechświecie, oświećcie mnie tradycyjni). I najlepsze jest to, że tradyceusze – dobra nazwa, nawiązująca do faryzeuszy – nie wierzą w obecność Jezusa w Ecuharystii, często nieświadomie, więc zastępuję te wahania sporami technicznymi – a „czy wolno na stojąco, a czy do ust czy na rękę, a ile razy, a czy po seksie z mężem wolno mi do komunii, etc.” Jezu, przywróć im wreszcie rozum…

Skręcili za bardzo na prawo. Nie znaczy to, że popieram aborcję, choć w kwestii eutanazji daję możliwość wyjątków, jeśli cierpienie przekracza granice ludzkiej wyobraźni – tak jak się usypia psy, tak i trzeba ulżyć chorym. Oczywiście, chory musi wyrazić zgodę świadomie i dobrowolnie, nie namówiony przez nikogo.

Jestem zdruzgotany ofensywą wiary w wiarę, wiary w sobór Trydencki, wiary kulturowej – a obrazki święte, no przedszkole dosłownie. Naprawdę brakuje mi słów. Oczywiście, wolna wola! Można się cofać nie tylko w rozwoju do średniowiecza – kto chce niech się cofnie nawet do jaskini i na drzewa. Ale nie ma zgody na krzyki, wściekłość, na suponowanie komuś czegoś – nie ma dyskusji z tradyceuszami! Bo albo Bóg wszystkich zbawi, albo wszystko szlag trafi. I na koniec, drodzy tradyceusze – chcecie iść do waszego ulubionego piekła – zawsze lepiej być niż nie być, choćby w Gehennie – ale nie ciągnijcie tam ludzi, którzy nie chcą wojen, nie chcą zła na Ziemi, chcą pokoju, rozwoju, dobrobytu, miłosierdzia dla wszystkich, którzy się starają żyć lepiej. Czasem mam wrażenie, że tradyceusze bardziej wierzą w diabła niż w Boga. No, Bóg to nie takie pewne, no bo przecież nie było Adama, a zło na świecie jest pewne, więc pewnie diabelska sprawka. Może diabelska, może po prostu ludzka słabość, ludzkie błędy, także genetyczne, które paradoksalnie przez mutacje pchają świat w rozwoju. I na koniec – „heresio” po grecku znaczy tylko „swobodne poszukiwanie”. Nie było pierwotnie pejortatywne. Polecam więcej czytać, mniej spekulować. Kieruję to także do siebie…

Zaszufladkowano do kategorii przeklęte problemy | Dodaj komentarz