Czy Kościół boi się naukowców i psychologów?

***

U podstaw chrześcijaństwa, w tym później dziejów katolicyzmów (wbrew pozorom katolicyzm nie jest jednolity) i Kościoła rzymskiego przez stulecia od początku leżała wiara w zmartwychwstanie, czyli de facto – wiara, że istnieje Bóg, który wskrzesił z martwych Jezusa z Nazaretu, czyli, że istnieje inny, duchowy świat, niezależny od naszego, do którego wszyscy idą po śmierci, a potem wróci Jezus i będzie powszechne zmartwychwstanie. Tak wierzono przez ok. 8-9/10 czasu od śmierci Jezusa w 30/36 r.n.e. I od XVIII stulecia z różnych powodów – między innymi, ale nie tylko – z powodu rozwoju nauki i niezależnej historiografii i filozofii niezależnej od teologii – zaczęto zmartwychwstanie powiedzmy, ujmijmy to tak, jeśli nie kwestionować wprost, to co najmniej – problematyzować. I potem poszło z górki – w XIX wieku Kościół wszedł w kryzys w związku z powstaniem alternatywnej teorii stworzenia kosmosu, życia na Ziemi i rozwoju gatunków, itd. Mógłbym wykład zrobić. I potem okazało się, że w XIX zakwestionowano nie tylko zmartwychwstanie, ale w ogóle – istnienie Jezusa jako człowieka, może wybitnego, ale takiego, jak Ty czy ja czy Staszek spod sklepu „Społem”. I nowsze badania to odkręciły – dziś żaden poważny historyk nie kwestionuje historyczności Jezusa, więc wszelkie bajki o tym, że opowieść o Chrystusie jest kalką wierzeń i mitów egipskich można włożyć między bajki właśnie. Pozostała tedy najważniejsza kwestia. Zmartwychwstanie…

Sam niegdyś nie lubiłem na przykład naukowców. Uważałem, że są niewierzący. Że odbierają ludziom nadzieję. Że próbują udowodnić, że po śmierci nic nie ma. Myliłem się. Najwięksi naukowcy, w tym Einstein nie przyjmowali łatwowiernie twierdzeń ludzi religijnych, ale też ich nie zwalczali. Niczego nie przesądzali, nie wykluczali z góry. A wielu ludzi wiary boi się szukać prawdy, bo „a nuż mi osłabi to wiarę”. Prawdziwa, wielka wiara nie boi się naukowców, ateistów, wchodzi nawet z nimi dialog, rozmawia, konfrontuje argumenty. Nie jest tak, że w wierze już „wszystko jest jasne”. I wielu katolików wyklucza ludzi wątpiących i poszukujących, bo mają własnie słabą wiarę. Wiara nie może być łatwierna, nie może być fideizmem, musi mieć intelektualne wsparcie, psychologiczne, filozoficzne. To prawda, że wielu psychologów to niewierzący. I co z tego? Ja wierzę w zmartwychwstanie. Gdyby ktoś udowodnił raz na zawsze, że „Jezus istotnie zmartwychwstał”, nie byłoby to dobre, bo ludzie straciliby wolność wyboru. Prawda nie może być narzucana. „Wierz tak, jak my, a jak nie to wynocha” – to w skrócie postawa ludzi słabej wiary. Ok. Mają prawo mieć taką, ale niech nie winią naukowców, że ci szukają pewności. Ludzie religijni też szukają pewności. Każdy chce być czegoś/kogoś pewny. Ja jestem poszukujący, na własną rękę. Dlaczego wielu katolików nie czyta Biblii? Bo się boją, że jakieś zdanie ich do czegoś zmusi, coś zburzy. Świetnie! Biblia wiele burzy! I bardzo dobrze, że burzy. Jezus też zburzył judaizm. I dzięki temu jest chrześcijaństwo i także – katolicyzm. Tak samo jest z „wolą Bożą”. „A, wola Boża? To ja lepiej nie chce jej znać, bo pewnie każe mi iść do klasztoru” – naprawdę katolicy mają taką wizję „woli Bożej’.

Kryzys Kościoła to papierek lakmusowy jednego, najważniejszego pytania w historii ludzkości: czy Jezus naprawdę zmartwychwstał? Jeśli tak, to spokojnie. Zatroszczy się o swój Kościół i o świat. Jeśli nie – choćbyście zaklinali rzeczywistość miliardami modlitw dziennie, to rzeczywistości nie zmieni ani na milimetr. Boicie się skonfrontować z fundamentem chrześcijaństwa, czyli wiarą w Zmartwychwstanie. Zagłuszacie świeckich, niezależnych historyków, którzy nie zakładają z góry, że zmartwychwstanie jest faktem historycznym, ale też większość tego nie wyklucza. A więc czego się Kościół boi? Prawdy?

Zaszufladkowano do kategorii nauka a religie | Dodaj komentarz

Patron Roku 2023

Dziś trafiłem na losowanie Patronów Roku 2023, 6 stycznia 2023 w Święto Trzech Króli. Początkowo nie wierzyłem, że to coś więcej niż przypadek, los, statystyka, ot taki totolotek duchowy. Najpierw nie wiedziałem, jaką cyfrę czy liczbę wpisać, ale pomodliłem się modlitwą Jezusa („Ojcze Nasz”), żebym wylosował nie to, co ja chcę, ale co chce Bóg. Chciałem wpisać ulubioną cyfrę, ale coś mnie natchnęło, żeby wpisać cyfrę, którą nie bardzo lubię. Wylosowałem Patronkę – Maryję, Królową Męczenników ze słowami z „Dz”: „Cierpienie będzie ci znakiem, że Ja jestem z tobą” (Dz.669). A od 30 lat cierpię na zaburzenia neurologiczne, po ludzku – nieuleczalne. Intencja – modlić się za wszystkich prześladowanych chrześcijan na świecie, aby byli mężni i wytrwali. Coś niesamowitego!

Losować można na stronie faustyna.pl, wpisując liczby od 1 -200. Zmniejsza to znacznie przypadkowość losu.

Zaszufladkowano do kategorii świątecznie | Dodaj komentarz

W 1993 spotkałem Boga. Naprawdę.

***
Kiedy wszedlem do zakrystii cos sie zmienilo. Gdy przekroczylem prog prezbiterium jak kamfora prysla cala depresja i wszystko. Poczulem nade mna Obecnosc. Z wrazenia usiadlem pod sciana po prawej stronie. Siedzialem tak i bylem jednoczesnie zafascynowany i pelen dobrej wznioslej bojazni i zarazem ani wczesniej ani potem nie bylem tak szczesliwy. Siedzac powtarzalem szeptem tylko trzy slowa: „Bog jest tu”. Ludzie stroili gitary, nikt nic nie zauwazyl. Ta Obecnosc byla jedoczesnie wszechmocna i lagodna. Nie wewnatrz mnie – wokol mnie i w calej swiatyni, a najwiecej w prezbiterium. Trwalo to kilka minut ale moglbym tak siedziec na zawsze. Potem przeczytalem II czytanie albo psalm. Byla noc. Przez cala Eucharystie czulem slady tej Rzeczywistosci. I spiewalismy piesn: „Wielki jest wszechmogacy Bog. Ktoz jest mistrzem takim jak On? Slawic chce Jego Imie gdy spiewam te piesn. Wielki Pan, choc nieznany Jest…” Nikomu ani wtedy ani potem o tym jakos specjalnie nie opowiadalem. Ale byla jakas uroczysta cisza gdy wracalismy do obozu i taki pelen szacunku dystans ludzi do mnie. Szedlem nieco z boku ale nie czulem sie osamotniony. A dwie godziny zaledwie wczesniej zanim wszedlem do zakrystii cierpialem, ze Go nie ma… Lecz potem to sie oddalilo. Znowu wrocily problemy. To tak jak na gorze – fajnie wyjsc ale przeciez kiedys trzeba wrocic do codziennosci…
Zaszufladkowano do kategorii świątecznie | Dodaj komentarz

Rok 2023 – rokiem bez hejtu!

Rok 2023 – rokiem bez hejtu!

Niech tak się stanie!

Amen.

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Jeden komentarz

Tradyceusze – wyznawcy „pustego nieba”.

Tradyceusze – jak obrzydzić ludziom Kościół do reszty…?

Wreszcie udało mi się dotrzeć do sedna wszechrzeczy. Świat ludzki dzieli się na tych, którzy są pewni (fundamentaliści, fanatycy), że „życie się nie kończy nawet, gdy mózg przestaje działać), na poszukujących (nie wiem, ale się dowiem, albo i nie) i na tych, którzy są pewni albo raczej pewni, że świadomość po śmierci, wszystkie lęki, nadzieje, słowa, wspomnienia, obrazy, melodie – trafia szlag i że przechodzimy do upragnionej na wschodzie nicości, różnie nazywanej i inaczej opisywanej niż na Zachodzie.

Niektórzy ludzie tak się boją śmierci, a raczej anihilacji, unicestwienia swego „ego”, swego „Ja”, że wolą choćby uwierzyć w piekło niż pogodzić się z nicością. Dla niektórych ludzi piekło jest lepsze niż nicość. Skoro nie mam szans na niebo (zresztą należy raczej mówić o niebach, nie jednym „niebie”, bo Jezus wyraźnie powiedział, że w „domu Ojca mego mieszkań jest wiele”, a nie powiedział, że jest jakaś wspólna izba, gdzie każdy kontaktuje się z każdym. Ponadto Paweł z Tarsu został wzięty „aż do trzeciego nieba”, a przysłowie mówi, że „ktoś jest w siódmym niebie”. Ale to dygresja – wróćmy do piekła…

Jakie mogą być pozaobjawieniowe (najczęściej „piekło” widzieli analfabeci, dzieci, ludzie szukający podniesienia statusu społecznego w ten prosty sposób) źródła „wiary w piekło”. Różne. Może to być projekcja skrzywdzonych, życzących „pomsty z nieba”, czyli źródłem satysfakcji „zbawionych z potępienia grzeszników”. By the way – dlaczego „grzesznik” jest rodzaju męskiego? Wszak nie mówimy „grzesznica” – jedyne użycie jest w słowie: „jawnogrzesznica” w Biblii, a ponadto nie mówimy z kolei: „jawnogrzesznik”. To ciekawe…

Grzech jest rodzaju męskiego – nie kobiety zaczęły mordować, gwałcić czy kraść. Raczej testosteron męski. Wojny, wyzysk – wszystko mężczyźni. Może dlatego Jezus był mężczyzną. Mistycy mawiali, że kobiety są święte, stają się przez sam fakt przekazania życia i śmierci dalej.

Ale znowu wpadłem w poślizg poznawczy (częste u mnie) i wróćmy znowu do piekła… To dziś wstydliwy temat – ostatecznie wierzymy w niebiosa, w Bog, ale oprócz tradycjonalistów, którzy wyznają „puste niebo” i „prawie pełne piekło” – tak jakby to była skończona przestrzeń, którą w ogóle da się zapełnić – nikt z normalnych main-streamowych katolików w piekło, opętania, anatemy, klątwy papieskie nie wierzy. W Kościele – to już dziś wiem – są dwie duchowości tylko: piekielna (tradycjonaliści, te różne cholerne „bractwa”, opus dei, etc. jeden pies) i niebiańska (Łagiewniki, Wadowice, Jan XXIII, Jan Paweł II, Franciszek). Oczywiście, nie muszę mówić chyba, po której stronie barykady stanąłem. Świadomie i dobrowolnie, w reakcji na coraz bardziej radykalne grupy trydenckie, które robią ze świętej Eucharystii barokowy teatr, pełen kadzideł, które mają działanie narkotyzujące, obrazów, z których groźnie patrzy obrócony w grobie ks. Piotr Skarga – jeden z pierwszych katolickich hejterów, jak na owe czasy. Ruchy intronizacyjne i trydenckie się mylą prawie we wszystkim – operują jakimiś koszmarkowatymi pojęciami „fałszywe miłosierdzie”, niszczą kult Bożego Miłosierdzia – który nota bene powstał na niewyobrażalnych wprost cierpieniach duchowych, psychicznych i fizycznych prostej zakonnicy, którą oskarża się teraz o…modernizm. A nawet jakby, to co? Modernim to tyle, co unowocześnienie, przystosowanie. Organizmy, które się nie potrafią przystosować do nowych czasów giną. Dlaczego miałoby być inaczej w duchowości? I to dzielenie ludzi na zbawionych i „wszelkiej maści heretyków, schizmatyków, odszczepieńców, ekskomunikowanych, etc.). No zgroza mnie ogarnia…

Powstał darwinizm duchowy – silni (ortodoksyjni, ultrakatoliccy) to zbawieni, słabi – „heretycy”, schizmatycy, antychryści: potępieni. tradycjonaliści obrażają Boga i Jezusa, przypisując mu to, czego nie powiedział i zmieniając znaczenie – na rygorystyczne – tego, co mówił. Jezus mówił wyraźnie: „Syn Boży przyszedł, aby świat zbawić”. Świat oznacza „wszystkich” Jezusa trydenci zmienili na Króla, najlepiej Polski, choć już dawno jest święto Chrystusa Króla Wszechświata (a jako żywo, Polska raczej jest we wszechświecie, oświećcie mnie tradycyjni). I najlepsze jest to, że tradyceusze – dobra nazwa, nawiązująca do faryzeuszy – nie wierzą w obecność Jezusa w Ecuharystii, często nieświadomie, więc zastępuję te wahania sporami technicznymi – a „czy wolno na stojąco, a czy do ust czy na rękę, a ile razy, a czy po seksie z mężem wolno mi do komunii, etc.” Jezu, przywróć im wreszcie rozum…

Skręcili za bardzo na prawo. Nie znaczy to, że popieram aborcję, choć w kwestii eutanazji daję możliwość wyjątków, jeśli cierpienie przekracza granice ludzkiej wyobraźni – tak jak się usypia psy, tak i trzeba ulżyć chorym. Oczywiście, chory musi wyrazić zgodę świadomie i dobrowolnie, nie namówiony przez nikogo.

Jestem zdruzgotany ofensywą wiary w wiarę, wiary w sobór Trydencki, wiary kulturowej – a obrazki święte, no przedszkole dosłownie. Naprawdę brakuje mi słów. Oczywiście, wolna wola! Można się cofać nie tylko w rozwoju do średniowiecza – kto chce niech się cofnie nawet do jaskini i na drzewa. Ale nie ma zgody na krzyki, wściekłość, na suponowanie komuś czegoś – nie ma dyskusji z tradyceuszami! Bo albo Bóg wszystkich zbawi, albo wszystko szlag trafi. I na koniec, drodzy tradyceusze – chcecie iść do waszego ulubionego piekła – zawsze lepiej być niż nie być, choćby w Gehennie – ale nie ciągnijcie tam ludzi, którzy nie chcą wojen, nie chcą zła na Ziemi, chcą pokoju, rozwoju, dobrobytu, miłosierdzia dla wszystkich, którzy się starają żyć lepiej. Czasem mam wrażenie, że tradyceusze bardziej wierzą w diabła niż w Boga. No, Bóg to nie takie pewne, no bo przecież nie było Adama, a zło na świecie jest pewne, więc pewnie diabelska sprawka. Może diabelska, może po prostu ludzka słabość, ludzkie błędy, także genetyczne, które paradoksalnie przez mutacje pchają świat w rozwoju. I na koniec – „heresio” po grecku znaczy tylko „swobodne poszukiwanie”. Nie było pierwotnie pejortatywne. Polecam więcej czytać, mniej spekulować. Kieruję to także do siebie…

Zaszufladkowano do kategorii przeklęte problemy | Dodaj komentarz

Wypłacajcie szybko wszystkie swoje pieniądze z wszystkich banków!

Zaszufladkowano do kategorii Bez kategorii | Dodaj komentarz

Chcę, żebyś Był…

***
Wigilia, Boże Narodzenie, wspomnienie świętego Szczepana, którego zamordował Szaweł, przyszły wielki święty, faktyczny twórca chrześcijaństwa.
Co do historii, czyli wielkiego pytania każdego rzetelnego historyka „jak było naprawdę” – nie wiemy. Żyjemy 80-100 pokoleń po Jezusie. To tak, jakbyś wzięła kartkę i napisała 100 razy „pra” przed słowem „babka” albo „dziadek”. 100 pokoleń to otchłań czasu, w której zdarzyć się mogło wszystko i zdarzyło tylko to i to. Dziś w dobie relatywizmu historycznego („nie pytajmy, jak było, pytajmy, jak ludzie wyobrażają sobie, co było”) jest mi samotnie, bo ja nadal pytam „jak było naprawdę”. Wiem, że im dalej w przeszłość, tym mniej pewna wiedza. Że nie wiemy nawet tego, co się obecnie dzieje na świecie. Zauważ, że teraz to czytasz, więc jesteś w jednym punkcie twojej czasoprzestrzeni i nigdzie indziej. Nie wiesz nawet, co robi za ścianą dziecko czy sąsiad, a co dopiero – co się teraz dzieje w Singapurze, w Australii, w USA czy na Ukrainie. Wyobrażasz sobie coś bliżej lub dalej, ale każde wyobrażenie opiera się na tym, co zapamiętałaś wcześniej. Projektujesz wiedzę zdobytą uprzednio na to, co jest i co gorsza na to, co będzie. A skąd wiesz, co będzie za 5 minut… Odpowiesz: „to samo, co zwykle”. Ok, ale pamiętaj, że coraz więcej jest w świecie anomalii i wyjątków – jeśli nuży cię codzienność, zacznij medytować – to pomogło wielu ludziom niezależnie od wiary czy wyznania.
Nie wiemy zatem nawet tego, co się teraz dzieje na autostradzie A2 na 167 km, a może zaraz tam ktoś zginie, a ja – gdybym o tym wiedział – mógł powiadomić służby i ostrzec. Ale tego nie wiem.

Podobnie jest z przeszłością, którą sobie wyobrażamy z reguły jako lepszą („dawne, dobre czasy”, „za młodu to było”, etc.), bardziej bezpieczną – to projekcje dzieciństwa, z reguły nie musieliśmy martwić się o nic w sensie bytowym, a ci, którzy wcześnie musieli odejść z domu i zacząć zarabiać, zahartowali się na trudy życia.

Jeśli chodzi o przyszlość – jest otwarta, zawsze była i taka będzie. Ale o niej decydujemy wszyscy razem, nie jedna osoba, choćby sam Prezes. To nie on kształtuje, ale Ty sama teraz siejesz coś, co potem zbierzesz. Jeśli zasiejesz ziarna zboża – zbierzesz do spichlerza zboże. Jeśli rozsiewasz chwasty – zbierzesz takowe. Prawo przyczyny i skutku działa w obie strony. Los już teraz może nagrodzić cię w formie „zaliczki” za dobro, które uczynisz na przykład za 5 lat i jednocześnie zawczasu „ukarać” za zło, które popełnisz za 3 lata. Ty decydujesz – naukowcy mówią o różnych mechanizmach, ale jak to oni – muszą coś publikować, aby mieć z czego żyć.

Wiedzy historycznej o Jezusie jest coraz więcej, ale wciąż mało. Mało kto wie, że jeszcze w XIX wątpiono w to, czy w ogóle ktoś taki istniał. Podobnie było z autorstwem psalmów, „Trenów” czy z kwestią homerycką – okazało się jednak, że Istniał Homer, że król Dawid napisał tylko ok. jedną trzecią „Psalmów”, ale jednak coś napisał, że Kochanowski naprawdę miał ukochaną córeczkę, która zmarła. I wreszcie – że istniał Jezus z Nazaretu.

O Jezusie spekulujemy, a teologia wikła się w coraz bardziej zażarte spory, które sprawiły, że poeta ks. Twardowski modlił się słowami „a na końcu zbaw teologów”. Nie wiemy nic rzetelnego o poczęciu Jezusa (mój tata zwrócił mi tylko uwagę, że jeśli mężczyzna z Całunu to Chrystus, to musiał mieć ziemskiego ojca, bo w zbadanej krwi są dwa chromosomy – XY, jeden od mamy, drugi od taty), okolicznościach narodzin (wiemy, że nie w żadnej „szopce”, tylko w grocie skalnej), dzieciństwie w Egipcie, możliwej wyprawie do Indii (wiele z tego, co mówił spokojnie potwierdziłby Budda, Konfucjusz i inni mędrcy świata, monarchowie…), o śmierci Józefa, o tym, dlaczego w ogóle postanowił zostać wędrownym kaznodzieją (takich było wtedy więcej, żyli w czasach zamętu i fermentu), o jego konflikcie religijnym – na jakim było to tle, dlaczego tak ostro krytykował faryzeuszy i uczonych w piśmie, nie wiemy nawet, ile miał lat, gdy Go zabito – 30, 33 czy 36. Wedle prawdziwego kalendarza dziś jest rok nie 2022, ale 2028/29, bo mnich we wczesnym średniowieczu przepisując kalendarz kropnął się o kilka lat (jakieś 6-7 lat do tyłu, więc Jezus się narodził ok. -6/7 r. p.n.e.). Nie wiemy dokładnie, co się zdarzyło w Wielką Noc, wierzymy tylko i chcemy, aby zamrtwychwstanie przyszli historycy wpisali do podręczników historii powszechnej i uznali je także za pełnoprawne zdarzenie historyczne, unikalne, ale przecież nieraz historycy zajmowali się unikalnymi zdarzeniami, jak wyprawa dookoła świata Magellana, odkrycie Ameryki, wynalazek druku – wydarzenia te tylko raz się zdarzyły. Większość jednak w życiu zdarzeń się powtarza do tego stopnia, że historiografia ich nie notuje, bo są redundantne, powtarzalne, więc schematyczne.
Podobnie jest z całą warstwą nadnaturalną w Ewangeliach – nie wiemy, czy „naprawdę” Jezus uwalniał faktycznie „opętanych”, czy „tylko” leczył nieznane wtedy zaburzenia nerwowe, nie wiemy, czy „na pewno” zdarzały się wskrzeszenia, rozmnożenia chleba i ryb, chodzenie po wodzie, uciszenie burzy na jeziorze, etc. Wierzymy, a raczej marzymy, aby tak było, aby to była prawda. Ale tego się za życia nie dowiemy. Podobno wielu mistyków widziało przeszłość Jezusa, zwłaszcza jego śmierć, a także przyszłość. Ale to od nas zależy, czy chcemy „abyś był”. Czy chcę, „abyś Był”? Czy chcemy, pragniemy, tęsknimy i marzymy, aby Bóg był…?

Bo miłość najlepiej określa jedno zdanie. Zapamiętajcie je: „Chcę, abyś była, chcę, abyś był…” Chcieć czyjegoś życia i to jego życia w obfitości – oto najlepsza z możliwych definicja Miłości. Słowa, które dziś jest źle rozumiane, więc wielu katolików woli nie mówić „kocham”, ale „miłuję”. Ale to jedno i to samo. Miłość jest Jedna. Nie ma osobno miłości rodziców, przyjaciół, żony, sąsiada, Boga – miłość jest Jedna, bosko-ludzka, niepodzielona, łącząca, a nie dzieląca, wprowadzająca pokój i spokój w naszych złamanych czasem sercach…

/Bórówiec, 26.12.2022/

Zaszufladkowano do kategorii świątecznie | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Psychiatrzy nie walczą z wiarą – oni prostują skrzywioną wiarę…

Trwa spór o życie i dzieło Siostry Faustyny. Z jednej strony krytyka idzie ze środowiska psychiatrycznego, które redukuje wszystkie naprzyrodzone zdarzenia w życiu Świętej do objawów niewykrytej wtedy choroby nerwowej, czemu dał wyraz swego czasu Strojnowski jako autor opinii psychiatrycznej na potrzeby kanonizacji w roku 2000 (odbyła się mimo negatywnej opinii lekarza 30 kwietnia 2000 roku w Łagiewnikach i w Rzymie, a między miastami powstał most transmisyjny, który w wizjach miała widzieć przyszła święta). 

Z drugiej strony krytyka i to coraz ostrzejsza idzie od środowisk tradycjonalistycznych, związanych z lefebrystami, Bractwem Piusa X i tym podobnymi (w tę stronę w niektórych tekstach zdaje się zmierzać też środowisko redakcji popularnego pisma “Miłujcie się”) stowarzyszeniami (np. PCh24, środowisko suspendowanego ks. Natanka, portale na wpół religijne, na poły “ufologiczne”). Krytyka ta postuluje uznanie przesłania o Bożym miłosierdziu za “przesadzone”, negujące rzekomo potrzebę sprawiedliwości, pokuty, zadośćuczynienia. 

Załóżmy przez chwilę, że rację mają psychiatrzy, którzy zdążyli postawić już diagnozy znanym postaciom z historii świata i Kościoła. Jeśli całą mistykę zredukujemy do psychopatologii, to również zdrowie psychiczne – w tym ich własne – musimy uznać za jedynie równowagę w biochemii mózgu i nic poza tym. Z drugiej strony przez chwilę stańmy po stronie ludzi soboru trydenckiego, którzy chcą powrotu Kościoła przedsoborowego. Jak się z tym czujemy? Dziwnie. Jest trochę tak, jakby z jednej strony bieguna skrajności stali materialistycznie ukształtowani medycy, z drugiej – redukujący wszystko do duchowości, oczywiście tej “prawowiernej” tradycjonaliści. Istnieje tak zwany “redukcjonizm spirytualistyczny”, redukujący człowieka do “ducha” i gardzący – jak gnostycy i manichejczycy – wszystkim, co materialne. I sądzę, że i jedni i drudzy się mylą. Z trzeciej strony nie jest też prawdą, iż racja leży gdzieś pośrodku. Raczej jest tak, że prawda leży zupełnie gdzie indziej. I naszym zadaniem w życiu jest jej szukać. 

Wiara, pobożność i duchowość mogą być w normie, mogą też szwankować. Zbytnie wychylenie w każdym kierunku grozi utratą duchowej i mentalnej równowagi. Ale wiara “centrowa”, jak ją nazywam często faktycznie jest zubożoną wiarą, daleką od spektakli i kadzideł oraz barokowych kirów, kiedy w pogrążonej w mrokach ledwo rozświetlanych świecami świątyni lud w XVII wieku aż po połowy XX wczuwał się w nastrój podniosły, uroczysty, ale także podszyty grozą, jak podczas kazań ks. Skargi. Hasłem po Trydencie było: “przez oczy do duszy” i chodziło o wypełnienie ascetycznych katedr gotyckich przepychem i bogactwem barokowych malowideł iluzjonistycznych i olśniewającą muzyką organową. To wtedy zaczęły się obecne problemy katolickiego świata. Kościół zwarł szeregi, stał się na powrót (po odwilży na fali reformacji i renesansu) zamknięty, nietolerancyjny, scentralizowany, nadmiernie hierarchiczny, uporządkowany odgórnie i wymagający od wiernych noszenia ciężarów nie do uniesienia przez zwykłych ludzi. 

Dziś wielu katolików nie chce iść w razie depresji do psychiatry. Kojarzy im się to z rzekomym brakiem wiary lekarzy, co jest trochę racją. Tymczasem zarówno nerwica i depresja, podobnie jak poważniejsze schorzenia są częściowo uleczalne. I fakt istnienia leków na depresję nie znaczy, że “nie ma duszy”. Leki na depresję działają na mózg, nie na duszę i poprawiają myślenie, które jest zależne, przynajmniej częściowo od jakości pracy mózgu. Psychiatria nigdy oficjalnie w żadnym dokumencie nie zaprzeczyła istnieniu duszy, ani jakimkolwiek twierdzeniom Kościoła dotyczącym antropologii człowieka, choć każdy z osobna lekarz może i ma osobisty pogląd na tę sprawę. Lekarze leczą system nerwowy – nie leczą duszy, więc słowo “psychiatra” jest mylące (gr. psyche – dusza, iatros – leczyć). Większość psychiatrów po stwierdzeniu braku choroby umysłowej, kieruje pacjentów do księży, często egzorcystów. Jedno drugiego nie wyklucza – czasem psychiatrzy rozkładają ręce, a bywa, że egzorcyści odsyłają do lekarza, aby wykluczyć np. schizofrenię czy inną psychozę. 

Mądrzy psychiatrzy, a jest wielu takich nie neguje wartości religijnych pacjentów, nawet jeśli ich wiara nie jest zgodna z Magisterium. Bardzo wielu pacjentów wierzy “po swojemu” – dla jednych taki subiektywizm jest dobry, inni zaś wpadają w pułapki integryzmu i tradycjonalizmu. Dopóki jednak jakakolwiek wiara w cokolwiek kogoś ratuje – wszystko jest ok. Nie da się sprawić, aby wszyscy wierzący wierzyli na jedną modłę, bo rzeczywistość duchowa jest pluralistyczna i  skomplikowana. Dlatego większość psychiatrów neguje tylko te przekonania pacjentów, które są dysfunkcjonalne, powodują cierpienie (np. nadmierne poczucie grzeszności, skutkujące skrajnie niską samooceną) i zaburzają życie codzienne, zawodowe, towarzyskie. 

A nawet, jeśli psychiatra prywatnie nie wierzy w Boga, to ma do tego prawo. Nie spotkałem się natomiast z żadnym lekarzem, który próbowałby “nawrócić mnie na niewiarę”. Pomagali mi tylko uporządkować poglądy i odrzucić te sprzeczne z rozumem – tu w tym punkcie spotyka się dobra psychiatria (zupełnie inna od tej XX-wiecznej) i dobra, zdrowa wiara. Bo wiara też może chorować.

Zaszufladkowano do kategorii nauka a religie | Otagowano , , , , , , | Dodaj komentarz

Wielki Bóg, choć nieznany Jest…

Mamy rok 2022 po Chrystusie. Jest to także epoka „po II wojnie światowej, Holokauście”, wcześniej „po Koperniku” czy wreszcie „po Einsteinie”. Niektórzy sądzą, że zbliża się „koniec świata”, apokalipsa i łożą ciężkie pieniądze na budowę schronów. Żyjemy „tu i teraz”, lecz nasza współczesność to jakby jedna wielka „ciemna noc”. Nie wiemy, skąd ani na dobitkę „dokąd” idziemy? Mnożymy teorie, hipotezy, sugestie, monologujemy na forach internetowych, gdzie emocje związane z konfliktem ewolucjonizmu z kreacjonizmem sięgają czasem apogeum.

Jednak mam wrażenie, że XXI wiek jeszcze się nie zaczął, bo miał być mistyczny, a jest terrorystyczny. Tak, jak XX wiek zaczął się w 1914 roku, tak i teraz mamy nadzieję wciąż na pokój i początek nowego milienium. Stanisław Lem (zm. 2005) pod koniec życia, a więc w okresie, kiedy człowiek podsumowuje cały swój dorobek, powiedział, że z ludzkością jest jakiś „piekielny problem”. Judaizm i chrześcijaństwo nazywają od dawna ten „piekielny problem” grzechem czy winą pierworodną. Wyruszamy zatem do korzeni, aby nie tyle dokonać rewolucji globalnej, o jakiej marzyli utopiści, ile aby wiedzieć, co przeżyliśmy, zgodnie ze słowami Marii Janion („czy będziesz wiedział, co przeżyłeś?”). Da się wiele naprawić, mając świadomość, że ten świat przemija, jest tymczasowy, że jesteśmy tu przez okamgnienie, że ostatecznie nie powinniśmy tutaj budować „domu spokojnej młodości”. Jeśli już – to młodość pełną ideałów – ostatecznie, jak sądzę, żyjemy po jakiejś mitycznej katastrofie i nie widać, aby na tym martwym morzu miał zawiać pomyślny wiatr w żagle naszej łajby.

 Nikt nie może dziś negować teorii ewolucji, którą określono jako „coś więcej niż spekulację czy hipotezę”. Sam Papież Jan Paweł II stwierdził, że należy doceniać wysiłki badaczy-ewolucjonistów. Jeśli tak, to od tego problemu, stanowiącego dla wielu ludzi religijnych poważny dylemat wypadnie zacząć.

Ludzie XXI wieku żyją mimo wszystko – wbrew temu, co powiedziano wyżej – w wieku religijnym. Ktoś, jeszcze zanim nastało nowe tysiąclecie powiedział, że wiek XXI będzie „religijny” (w innej wersji „mistyczny”) albo.. nie będzie go wcale. Zaczął się od tragedii w Ameryce, gdzie przeprowadzono zamach terrorystyczny, u którego podstaw tkwi zderzenie cywilizacji wschodu i zachodu. Tak naprawdę to był element walki ludzi „religijnych” (choć w negatywnym sensie) i cywilizacji okropnie jednak jednostronnej, zorientowanej na wartości materialne, pozorne i zewnętrzną ekspansję w świecie. Ten zamach pokazał, że u podstaw wszystkich ludzkich konfliktów zarówno jednostkowych, jak i globalnych leży „walka o prawdę”, co znowuż pokazały wydarzenia w Finlandii.

Terrorysta zabił tam kilkadziesiąt osób, żeby „walczyć z wielokulturowością”. A przecież podstawowym prawem biologii obok I i II prawa biologicznego jest bioróżnorodność.

Po doświadczeniach bezdusznego wieku XX, wieku wielkiego skoku technicznego, a zarazem dwóch wojen światowych, wiemy jedno: religia jest wewnętrzną, odwieczną potrzebą ludzką, pragnieniem, które jakoś trzeba zaspokoić. O ile w znanej hierarchii wybitnego psychologa Roberta Maslowa prymarną potrzebą człowieka są potrzeby fizyczne i poczucie bezpieczeństwa, to na poziomie ponadfizycznym chodzi o doświadczenie transcendencji – „coś tam jest”, „chodżcie, zobaczcie”, „coś odkryłem”, jest „coś więcej”.

Innymi słowy doświadczenie religijne koryguje naukowe tendencje do analizy i redukowania zjawisk skomplikowanych do prostych. Nauka mówi: „to nic innego, jak”, „to tylko to i nic więcej”, podczas gdy człowiek chce ‘czegoś więcej’, chce nieskończoności. Czymże są rozpaczliwe próby oszukania starzenia się, a nawet poszukiwanie Graala – pigułki nieśmiertelności, zamrażanie w ciekłym azocie czy budowanie schronów, aby przetrwać wszelki kataklizm? Wpisane w naturę jest dążenie coraz wyżej, dalej, szerzej, aż po nieskończność. Tyle, że o ile religia twierdzi, że to dążenie wpisał w nas Bóg, nauka mówi, że to jeszcze jedno złudzenie, które podlega kolejnemu rozczarowaniu.

Max Weber jako pierwszy opisał podstawowe „odczarowanie” świata – demitologizację, utratę sacrum – życie nas stale rozczarowuje. Rozczarowanie zaczyna się chyba wtedy, gdy odkrywamy, że to nie święty Mikołaj przynosi nam prezenty, że nie przyniósł nas bocian, a kręgi w zbożu, pojawiające się co roku na polach uprawnych to jedynie wygłup zazdrosnego sąsiada. Życie to pasmo nie tyle udręki, co rozczarowań.

Cóż tedy dziwnego, że coraz to pojawiają się próby „remitologizacji” – w sztuce, kulturze, w humanistyce, w działaniach codziennych małych narracji, w zaaferowaniu w pracy, pracoholizmie, który zakrywa pustkę duchową ludzi XXI wieku. Kto tę pustkę spowodował, na to pytanie odpowiedzi nie znam, jednak nie wierzę w manichejską teorię walki dobrego bóstwa i złego demona. To nie jest takie proste, że położymy się na kozetce albo zasięgniemy porady egzorcysty i od razu będzie super.

Problemem ludzi leżących w parku na ławce i nocujących na dworcach wielkich miast jest utrata sensu – cierpią oni na bezsens. Psychiatrzy nazywają takie stany depresją, dawniej melancholią, lecz to przecież tylko nazwy. Za bezsensem kryje się rzeczywistość – słowa mają wbrew temu, co twierdzą postmoderniści, swoje odniesienie: to świat niegotowy, stający się, wiecznie zmienny. Już teraz wiemy, skąd tyle pesymizmu w egzystencjalizmie połowy XX wieku – utrata korzeni na skutek II wojny, a te korzenie były trzy: a) kultura śródziemnomorska; b) antyk grecko-rzymski, c) judeo-chrześcijaństwo. Wszystko to zabrała pożoga wojenna. Nic dziwnego, że wszyscy cierpimy.

 Jednak na tym doświadczeniu nie wolno się zatrzymać. Trzeba, przepracowawszy naszą tradycję (także prasłowiańską, przedchrześcijańską), iść naprzód pomimo strat, jakie ponieśliśmy choćby przez dwie dekady wprowadzania do naszego kraju kapitalizmu. Pisało o tym mnóstwo pisarzy, najpiękniej Marek Nowakowski, który piętnując wady narodowe emigracji „za chlebem”, jednocześnie potrafi dać coś w zamian, coś pozytywnego.

Stąd w tym najszerszym kontekście przypatrujemy się bolesnej wojnie między nauką i religią, a właściwie religiami, bo o ile istnieje jeden światopogląd czy metodologia naukowa, to religii jest wiele, nawet tylko tych monoteistycznych. Podkreślamy konieczność ekumenizmu, bo tylko religie, które się wzajemnie szanują, mogą podjąć wspólny dialog z naukowcami, którzy powinni liczyć się z etyką badań i bioetyką.

Nie sądzę, że możliwy jest powrót do stanu rajskiej symbiozy techne i sztuki (gr. techne – sztuka), lecz zarazem nie jestem przekonany, że poszukiwanie obcych cywilizacji czy klonowanie to dobra droga dalszego rozwoju ludzkości. Długo hamowany rozwój naukowy nagle „wybuchł” około XVII wieku i odkrycia oraz wynalazki pojawiały się jedne po drugich, niemal równocześnie. Nic już tego nie może pewnie zatrzymać, można i trzeba jednak zwolnić tempo, tym bardziej, że podczas gdy bada się lek na nieśmiertelność, miliony ludzi po prostu głodują.

 Teoria ewolucji jest młoda, a jej autorem jest Karol Darwin, który sformułował ją niezależnie od innego badacza mniej więcej w II połowie XIX wieku. Jednak jeszcze przed nimi znano pojęcie „rozwoju”, kluczowego dla teorii ewolucji, które jest słowem obcym, pochodzącym z łaciny („evolvo” – rozwijam). Kluczem do ewolucji naturalnej jest rozwój. Od form prostych organizmów jednokomórkowych ku złożonym organizmom wielokomórkowym, takim, jak małpa czy człowiek. Rozwój ten nie został zapoczątkowany zbyt blisko nas, lecz trwał miliony lat. Wedle wczesnych badaczy nie interweniowała podczas tego rozwoju żadna siła wyższa ani nadprzyrodzona, bo być może nie było takiej konieczności. Jest to ewolucja samoistna, ślepa, bezkierunkowa i bezcelowa.

Uproszczona wersja ewolucjonizmu, którą w XX wieku chętnie posługiwali się w walce z religiami komuniści, głoszona w szkołach podstawowych sprowadzała się do zdania, że „człowiek pochodzi od małpy”, przy czym stale usilnie szukano tajemniczego „brakującego ogniwa” i co jakiś czas w prasie można było usłyszeć „eureka”. Problem z banalizacją niezwykle złożonej teorii Darwina i wulgaryzowaniem idei spotyka wszelkie śmiałe, nowe i skomplikowane teorie.

 Ewolucję niektórzy uznali za wszechzasadę tłumaczącą dosłownie wszystko: ewolucja kosmosu od Wielkiego Wybuchu, ewolucja gwiazd, układów planetarnych, wreszcie geologiczna ewolucja Ziemi, która liczyć ma około 5 miliardów lat. Idąc w kierunku kultury zastosowano ewolucjonizm do kultury, techniki, wynalazków, które też ewoluują w czasie, a nawet do duchowości, zmiennej zarówno w życiu społeczeństw, jak i u jednostki. Wreszcie – ewolucji podlegała…sama teoria ewolucji.

 Nikt przy zdrowych zmysłach nie zakwestionuje pojęcia rozwoju – przecież mówi się o potrzebie „zrównoważonego rozwoju” w polityce, gospodarce, projektach społecznych. Nauka w szkole, początkowo tylko w edukacji alternatywnej, wzmacnia (lub osłabia) rozwój ucznia. Uczelnie przyspieszają lub spowalniają rozwój, procesy społeczne w czasie są zmienne, więc podlegają ewolucji, nawet jeśli wiedzie ona przez kryzys, zjawiska chaotyczne czy nawet okresowy regres.

 Jak powiedziano sama teoria przeszła znamienną ewolucję. Początkowo odkrycie Darwina wywołało znany okrzyk „bóg umarł”, które komentowano szeroko potem w całym XX wieku. Nie było miejsca dla Boga we wczesnej teorii ewolucji – nie był potrzebny, zachodziło nawet podejrzenie, że ewolucja musi siłą rzeczy obejść się bez „pomocy”, stąd Bóg był na cenzurowanym co najmniej przez I połowę XX wieku. To wtedy jakby dla reakcji powstały takie dzieła, jak „Nieuświadomiony Bóg” Frankla czy „Człowiek jednowymiarowy” Musila. Znani humaniści zwalczali pesymizm tchnący z ewolucjonizmu i w dobrej wierze popierali prymitywny, oparty na dosłownej lekturze Genesis kreacjonizm.

Do gabinetów słynnych psychiatrów (Freud, Jung, Adler, Horney) zaczęli zgłaszać się pacjenci, twierdzący, że ich życie i w ogóle życie nie ma już sensu, celu, a wieczność to urojenie. Leczenie było trudne i mało skuteczne, ponieważ wydawało się, że nauka i technika negują pośrednio Boga. W XX wieku Bóg był nie tylko zbędny, lecz i szkodliwy. Okazało się, że można świetnie urządzić sobie życie ziemskie bez odniesienia do jakiejkolwiek formy transcendencji. Ten kruchy lód jednak w pewnym momencie trzasnął. Ludzie dryfowali, pozbawieni tradycyjnego celu, jakim było zbawienie czy nawet świętość. Wreszcie nadeszła II wojna światowa…

Granice rozumu – racjonalizm i empiryzm.

 Ikoną dzisiejszych czasów nie jest już fabryka, dymiące kominy i przedmieście, lecz wielkomiejskie korporacje naukowe, które projektują coraz bardziej miniaturowe (nanotechniczne) urządzenia, układy i maszyny. Dzisiejszy świat faktycznie stoi na naukach ścisłych – humaniści są postrzegani jako „hamulcowi”, którzy mają rozterki, wahania, czy jeden obrany przez ludzkość kierunek rozwoju jest tym właściwym. Otóż „zaludniliśmy świat” (jak to projektowano w Genesis), uczyniliśmy go sobie prawie całkowicie poddanym. Nie ma już w geografii białych plam – nieodkryte lądy są wyłącznie w świecie wewnętrznym. Opisaliśmy planetę, począwszy od wyprawy Kolumba, mamy dokładne, satelitarne mapy terenu, GPS i Google Street. Nie wychodząc z domu dzięki multimediom możmy być wszędzie. To już się stało, kiedy wymyślono fotografię, film, a potem telewizję. Miliony ludzi wiedzą, co się dzieje z milionami. Żyjemy w globalnej wiosce – mamy massmedia, kulturę masową i wszystko, co chcemy. Oczywiście, my, czyli ludzie z I i II świata – krajów rozwiniętych i rozwijających się. Naszym wyrzutem sumienia podczas porannego golenia pozostaje jeden szkopuł – istnienie III świata, o czym chcemy szybko zapomnieć, myśląc: „bogaci pomogą, albo poradzą sobie sami”.

Demografia to fakty – jest nas pond 7 miliardów. Jeszcze dwieście lat temu…był to miliard, w 1900 roku zaledwie dwa miliardy. Czy to dużo? Myślimy, że jest nas za dużo, gdy tymczasem już nas nie jest mało (i stąd produkcja nie nadąża za demografią), ale jeszcze…za mało, aby wszystkiego wystarczyło dla wszystkich. Większość ludzkości żyje w nędzy.

Odkrycia raz dokonanego czy wynalazku nie da się z powrotem ‘zasłonić’, ukryć. Co raz odkryto (np. prąd, teoria ewolucji, atom), musi być odtąd odkryte, co już jako pewne prawo omówiła nam ewangelia. Jeśli odkrywam, to nie mogę zakryć. Zresztą nie odkryje pan X, to odkryje to samo pani Y. Wynika z tego, że dzisiejszy świat mógł być odrobinę lepszy, mógł być gorszy, lecz generalnie to, co się stało (milowe kroki w rozwoju ludzkości: wynalazek koła, druku, prądu, energii nuklearnej) stać się w takiej masie ludzi musiało. Prawdopodobieństwo odkrycia wzrasta wraz z postępem demograficznym – gdyby małpie dać syntezator i dać jej milion lat wraz z obietnicą oczekiwanej nagrody, to w końcu wystukałaby IX Symfonię. Tutaj ewolucjoniści głoszą, że za cały rozwój odpowiada…czas. Po prostu jeśli dostatecznie długo podejmuje się jakieś działanie, w końcu będzie jego wynik czy skutek. Tym samym nasz najlepszy z możliwych świat (Leibniz), musiał się w końcu ułożyć, bo miał na to aż za wiele czasu.

Wydawało się, że bez nauki świat nie funkcjonuje, czemu zresztą przeczą prymitywne, nadal żyjące plemiona, przypominające pierwotne grupy pierwszych ludzi. To prawda, że bez nauki w ogóle nie sposób się dziś obejść – nawet najzatwardzialsi dyskutanci na forach, krytykujący zachodnią cywilizacją robią to…za pomocą laptopów, czyli ikony współczesnej cywilizacji. Pytaniem tedy nie jest, czy zamknąć laboratoria, lecz kontrola społeczna badań naukowców, co się zresztą w wielu krajach dzieje. Jak napisał Francis Fukuyama w „Końcu człowieka”, nauka bez kontroli, „nauka dla nauki”, to błąd.

Nauka na służyć nie wojsku i wojnie, lecz poprawiać jakość życia, przy czym nie tylko ‘warunki mieszkaniowe”, warunki życia, lecz po prostu pomagać być. Tymczasem nie tyle chodzi już o „zbędne kierunki badawcze”, lecz o szkodliwość nauki, którą jak pisze badacz, poprawia kolejny naukowiec. Inaczej mówiąc, jeśli nauka wyprodukowała samochód, który szkodzi środowisku, to zamiast przestać produkować auta, należy za pomocą nowej techniki niwelować skutki wynalazku samochodu. To trochę tak, jak podawanie leku, który niweluje skutki uboczne uprzednio stosowanego leku.

 Czy nauka prowadzi donikąd?

 I tak i nie. Czymś ostatecznie musimy się zajmować w życiu. Trudno sobie wyobrazić, że od milionów lat mieszkamy w jaskini albo na drzewie, nadal zbieramy owoce leśne, polujemy za pomocą noży kamiennych i tak dalej. Życie się zmienia i dobrze, bo na tym polega rozwój. Czasem jednak nieustanne poprawianie jakiegoś dzieła, zaczyna psuć dzieło: jeśli osiągnę doskonałą wersję tekstu, powstałego przez liczne korekty brudnopisu i nadal będę chciał tę wersję poprawiać, to nie tylko nigdy nie skończę dzieła, lecz zacznę go psuć.

 Problemem jest też to, czy opisywana tu ewolucja postępowała prostoliniowo od struktur nieożywionych, przez organiczne po pierwszy organizm jednokomórkowy, świat fauny i flory, aż po człowieka w jego obecnej formie. Czy był to niezmącony pochód na drodze postępu, progres niezakłócany niczym z wewnątrz i zewnątrz, rozwój pełną parą i pod wszystkimi żaglami?

Otóż wiemy już, że nie. Następowały okresy przyspieszonego rozwoju, po nich okresy zastoju (staza), kiedy utrwalane były zdobycze etapów wcześniejszych, a nawet okresy „ciemne” – regresu, inwolucji, tak, jakby trzy kroki naprzód – dwa kroki wstecz. To po pierwsze.

 Jednak to jeszcze nie problem centralny – to, czy ludzkość pochodzi od organizmów zwierzęcych, raczej jest udowodnione. Dowodów na to jest sporo – także z dziedziny patofizjologii. Problemem jest co innego: czy ludzkość, jak chce księga Genesis i inne teksty starożytne pochodzi od jednej pary ludzkiej, „pierwszch ludzi”, prarodziców, naszych przodków? Czy byłoby to możliwe, aby zważywszy ryzyko śmierci w katastrofie (choćby przygniecenie drzewem, utonięcie, uderzenie piorunem, etc.) ludzkość pochodziła dosłownie od “Adama i Hewy”?

Otóż wydaje się to mało prawdopodobne. Jedną z nowych hipotez jest teoria pomnożonej personifikacji: „Adam” i „Hewa” to imiona symboliczne, określające ogólnie jakąś mniejszą czy większą grupę „pierwszych ludzi”, może rodzaj klanu, rodu czy plemienia. W tej opcji – nadal atrakcyjnej dla ludzi szukających duchowości – ocalamy pojęcie „pierwszych ludzi”, a także – co pokażemy dalej – nawet inne relacje biblijne, włącznie z teorią pierwszej winy. Tutaj liczbę pojedynczą zmieniamy na mnogą – zamiast dosłownie mówić o jednym, złym czynie (zerwania owocu z drzewa poznania) można mówić o wielu „grzechach pierworodnych”: pierwszym kłamstwie, zabójstwie (symbolizowanym w dziejach Kaina i Abla), pierwszym cudzołóstwie, bałwochwalstwie, itd. Nie ma tedy dwojga ludzi, choćby najdoskonalszych ani jednego wyróżnionego miejsca na ziemi zwanego „Edenem” czy „Rajem”, skąd nas rzekomo wyrzucono za jeden czyn. Zamiast tego cała ziemia była rajem, gdzie żyło pierwsze pokolenie ludzi homo sapiens, ale kiedy to było – trudno dociec.

Trzeba jednak pobawić się w detektywa i pokojarzyć fakty: oto Izraelici swój kalendarz datują od umownego dla nich stworzenia świata (my od narodzenia Jezusa). Jest to około 5 tysięcy lat, czyli 3 tysiące lat przed Chrystusem. Dlaczego akurat tyle? Otóż jak wskazuje archeologia wtedy należy umiejscowić początki ludzkiej, zbiorowej pamięci, przejście od opowieści ustnych (to bada z kolei folklorystyka) do zapisu. Owe tabliczki kamienne, gliniane, drewniane, potem papirus, pismo węzełkowe i pergamin – pojawiła się jakaś potrzeba zapisu i utrwalania wiedzy dla potomnych. Genesis ma datowanie na około XVIII w p.n.e., dzieła Homera nieco później. Pamięć ludzka – co do tego nie ma wątpliwości – została odciążona, ulepszona, lecz nadal była żywa, bo wszak nie istniały książki w naszej formie. Jeśli tedy opowieści o „dawnych czasach” uznajemy za czystą fantazję, to możemy się mylić. Bo nie znano wtedy pojęcia „literatury”, literackości, wartości dodatkowej (np. estetycznej), tak więc opowieści o bajkowych czasach, klechdach – zgodnie z nowym rozumieniem mitu – zawierały zawsze choćby „ziarno prawdy”.

Biblia i jej opowieści, zwłaszcza Genesis, nie są tedy ani czystą naukową prawdą (traktatem naukowym, przyrodniczym) ani czystą fantastyką naukową, czymś w rodzaju science-fiction, bujdą na resorach. Nowa hermeneutyka to doskonale rozumie – w każdej legendzie, podaniu, przekazie o mitycznych władcach polskich sprzed Mieszka I zawiera się sporo prawdy historycznej. Wiemy to i jesteśmy bardziej pokorni od czasu odkrycia przez Schliemanna ruin Troi…

 Podobnie jest z weryfikowaniem biblijnej opowieści o potopie: najpierw dominowała teoria, że była to katastrofa ogólna, powszechna, potem, że nie było wcale żadnego potopu (najwyżej powódź), a dziś wiemy, że była to lokalna, ale jednak historyczna tragedia, mniejsza z tym, czy uznamy to za karę czy przypadek. I podobnie sprawa się ma z innymi kluczowymi odkryciami: odkryto wiele miejsc historycznych z czasów Jezusa (ostatnio pałac Heroda), także odkrywane są nowe tabliczki, pergaminy, teksty.

Problem w tym, że na fali scjentyzmu w XIX wieku poddawano rewizji wszystkie przekazy tradycji zgodnie z hasłem, że „liczy się nasz świat i jutro”, a nie przeszłość. Panowała pycha pod hasłem „my wiemy lepiej niż zmarli”, „zmarły nie ma racji”, itd. Wbrew logice proponowano postęp jako „grubą kreskę”, zakładaną na przeszłość, wybierano świat „tu i teraz”, no i rzecz jasna świetlaną, błogosławioną przyszłość „szklanych domów”, budowanych przez naukę i technikę. Nauka zdawała się negować cały wcześniejszy dorobek ludzkości, może z wyjątkiem Oświecenia (wtedy w ramach deizmu Boga wysłano…w kosmos) i niektórych wielkich dzieł sztuki antycznej i renesansowej. Wydawało się, że następuje „śmierć Boga” jako symbol utraty duchowości, wnętrza, wartości i tak rzeczywiście było.

Dziś wiemy, że pokolenie pozytywistyczne naszych prapradziadków mocno się pomyliło, poza tym, że poprawiono doczesny los sporej grupy populacji europejskiej w tamtym czasie. A była to „belle epoque” – świat nowoczesny, pozbawiony złudzeń i urojeń romantyków, a także optymistyczny – nauka zdawała się nie mieć granic, miała wszystko wyjaśnić, wszystko wytłumaczyć, wszystkim zawładnąć. Wkrótce osiągnięcia techniczne przeniesiono do Ameryki, a stamtąd udoskonaliwszy je i dodawszy szybko nowe, na cały świat. Rzeczywiście nie można negować myśli technicznej. Problem w tym, że jak mówi narrator czy bohater jednej z powieści Stefana Chwina, popularnego polskiego powieściopisarza, „ufaj nauce tyle, żeby zbudować bezpieczny most i pamiętaj: ani grama więcej!”. Tu tkwi cały błąd pokoleń ludzi, dla których nauka stanęła na miejscu Boga…

Ewolucja to tyle, co rozwój. Nikt mądry nie neguje faktu, że od momentu poczęcia w łonie matki wszyscy podlegamy – chcąc nie chcąc – rozwojowi. Początkowo rozwój ten odbywa się automatycznie, i jest rozwojem cielesnym: z zarodka rozwija się forma cielesna przyszłego człowieka, kształtują się poszczególne narządy, następuje różnicowanie komórek. Po 9 miesiącach rodzi się człowiek – to „noworodek”, czyli dosłownie „nowo narodzony”, nowy, świeży, tabula rasa, jak chciał Jan Jakub Rosseau, pisząc, że za wszelkie błędy ludzkie odpowiada otoczenie, które w procesie socjalizacji i wychowania tę „tabulę” zanieczyszcza. Nie wchodzimy tu w dyskusję, czy rodzimy się czyści i niewinni. W świetle teologii judeochrześcijańskiej rodzimy się – choćby w najlepszym zdrowiu – obciążeni genetycznie „winą pierwszych ludzi”. Nawet najzdrowszy człowiek na świecie podlega starzeniu się i wreszcie śmierci. Nic na to technika czy medycyna nie pomogą i nawet nie powinny pomagać.

 Okazuje się, że ontogeneza noworodka, jeszcze w łonie matki, powtarza filogenezę: człowiek w niesamowicie krótkim czasie musi przejść przynajmniej kluczowe momenty ewolucji całego gatunku/rodzaju ludzkiego. Od komórki przez stadia pośrednie po niezwykle precyzyjnie dostrojony, przynajmniej na początku, organizm, który musi dostosować się do środowiska. Początkowo za rozwój odpowiada jedynie wyposażenie genetyczne oraz sprzężenie zwrotne z otoczeniem najbliższym – ważne co matka je, gdzie przebywa, jakie emocje przeżywa.

Następuje burzliwy etap rozwoju – noworodek zmienia się w niemowlę (dosłownie: „nie mówiący”), potem w małe dziecko, nadal bezradne, podobnie jak w świecie zwierzęcym. Uczy się wszystkiego – jest omnipotentne, to od dalszej historii życia, a wreszcie od własnych decyzji po osiągnięciu dojrzałego stopnia używania rozumu (ok. 16-18 r.ż.) zależy, czy wygra życie doczesne, czy będzie Kimś, czy zostanie pośród masy ludzi przegranych, zależnych przez długie lata od innych.

 Oczywiście przedstawiony model/schemat jest idealny i typowy – rzadko dziś życie tak wygląda harmonijnie, tak zgodnie i tak „po kolei”. Chcieliśmy tylko pokazać, że nikt dziś nie neguje faktu, że w ciągu całego życia (od poczęcia po śmierć) człowiek się zmienia, rozwija, zachowując jednak „ja”, swoją tożsamość, swój charakter, mentalność. Wydaje się, że najwięcej zmienia się cielesność, nieco mniej psychika, najmniej – sfera duchowa, poglądy, wartości, którymi człowiek się kieruje przez całe życie.

Dlatego tak ważna jest duchowość – to ona utrzymuje ciągłość linii życiowej od początku, a co najmniej od progu dojrzałości po kres. Równie ważna jest kondycja psychofizyczna, lecz tutaj nie ma w pełni możliwości dobrowolnego kierowania swym rozwojem w tym zakresie: starzenie się jest automatyczne, rozwój psychiczny zaś skorelowany ze środowiskiem, którego wszak nikt sobie nie wybiera. Może natomiast je próbować zmieniać, nie ulegać mu biernie, stawiać opór, w miarę sił i energii witalnej.

Podstawowym uczuciem człowieka XX wieku była utrata fundamentów istnienia – żeby żyć trzeba w coś uwierzyć lub komuś zaufać, inaczej skręcamy w ciemność. Co utracono w XX wieku? Cóż, utracono kilkutysiącletnią wiarę, że istnieje wyższy niż ziemski porządek uniwersalny, różnie nazywany: jako „Bóg”, „Nadsens”, „Harmonia”, „Sprawiedliwość”, „Honor”, „Godność”. Te wyrazy pisano niegdyś z wielkiej litery, dziś nawet „boga” czasem piszemy z małej, gdy chcemy się zdystansować od wiary, czy aby nas nie wyśmiano. Tymczasem nikt nie podał nigdy mocnego dowodu na nieistnienie świata ducha, przeciwnie: sformułowano w filozofii (i w… fizyce kwantowej) wiele argumentów na poparcie istnienia niematerialnego świata, wieloświatów czy metaversum. O nich opowiemy innym razem.

 

Zaszufladkowano do kategorii nauka a religie | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz

Lasciate omni speranza. Piekielny problem wierzących…

***
Słowa te widnieją nad bramą do piekieł w średniowiecznym poemacie Aligheri Dantego “Boska Komedia”. Pojawiają się tam różne obrazy zaświatów. Pierwsza część tekstu opisuje wędrówkę autora po piekle, gdzie przewodnikiem jest starożytny pisarz, autor “Eneidy”, Wergiliusz. Jest to najciekawsza część eposu – pozostałe, czyli czyściec, raj ziemski oraz Empireum, siedziba samego Boga, niedostępna profanom, zieją właściwie nudą. W genialny sposób Dante oddał wyobrażenia ówczesnych ludzi, sobie współczesnych o piekle. Nie przypomina ono w niczym Hadesu z mitologii greckiej ani Szeolu z tradycji żydowskiej, nie jest też to obraz ewangeliczny.
Problem z wiarą w piekło to nie tylko odczucie dziwności ludzi, którzy je głoszą, zapominając o porządku miłosierdzia. Szczególnie osoby chore umysłowo oraz ci, którzy przeszli chorobę umysłową wierzą mocno w pośmiertną Gehennę. Są – jak chora na cyklofrenię Siostra Faustyna – pewni, że jest piekło, ale w niebo nie są skłonni już tak mocno wierzyć. To znamienny przykład – wiara w piekielne czeluście i lochy rodem ze średniowiecza bez nadziei na zbawienie. Ludzie chorzy umysłowo są więc pewni, że nie tylko “jest coś po śmierci”, ale i malują szczegółowo z niepotrzebnymi detalami, jakie to coś jest. Inaczej mówiąc, chorzy nie dlatego wierzą w piekło, że uwierzyli w słowa Jezusa czy ogólnie Biblię, ale dlatego, że “byli tam” (“Ja, Siostra Faustyna byłam w czeluściach piekła z rozkazu Bożego, aby świadczyć, że piekło jest” – klasyczny tekst psychotyczny z nadmiernym “ego” na wstępie) i że – jak dzieci fatimskie “je widzieli”. Osoby chore w ten sposób dodają sobie wartości, której nie potrafią zdobyć w normalny, adaptatywny sposób.
Tak więc wiara w piekło wynika z objawów psychozy, ciężkiej depresji, kanalizuje negatywne emocje i negatywną, nagromadzoną w czasie życia energię, jest sposobem domagania się sprawiedliwości dla wszystkich, które osobę chorą skrzywdziły (tzw. radość zbawionych z mąk potępionych w dawnej religijności). “Piekło” zatem jest takim wentylem bezpieczeństwa, który spuszcza nadmierne ciśnienie psychiczne z aparatu psyche, pozwala na utrzymanie chwiejnej równowagi, równoważąc dość nudne w kulturze i ubogie obrazy nieba. Piekło opisywane jest bardzo szczegółowo, w czym celuje niezastąpiona Faustyna. Jej “podróż do piekła” pełna jest detalicznych opisów, jakie to męki czekają na grzeszników, a to lochy, a to tortury dziwnie do złudzenia przypominające opisy średniowieczne.
Jakie piekło jest dziś? Uległo ewolucji, stało się bardziej psychiczne – tak więc jest to najczęściej nieprzenikniona ciemność, pustka, wręcz wieczna depresja, poczucie bezsensu i beznadziejności, poczucie, że to trwa od zawsze i nigdy się nie skończy, poczucie uwięzienia w czymś nieskończonym, a jednak dziwnie małym. Piekło dzisiejsze to nie ogień i siarka, nie kotły pełne smoły, lecz właśnie niekończąca się depresja, sekunda, która trwa wiecznie, na zawsze, nieodwołalnie. Ludzie chorzy psychicznie uwielbiają dodawać sobie wartości przez potępianie bliźnich, przez straszenie ich i psucie im i tak zatrutego życia na planecie. Myśl, że ten sam los spotyka świętych i zbrodniarzy wywołuje bunt i gniew oraz poczucie bezradności, które wywołują obrazy infernalne. Dziś właściwie nie ma katolika, który nie byłby zarażony “wirusem” piekła. Bardzo chętnie posyłamy bliźnich na wieczne męki. Bardzo chętnie się wywyższamy kosztem naszych wrogów, osób nam niemiłych, naszych nieprzyjaciół.

Ale Jezus o piekle wypowiedział się tylko kilka razy. I nikogo nie straszył, mówił zawsze w trybie warunkowym. Franciszek powiedział ostatnio, że sam jest komunistą, bo Jezus nim był. No, na pewno nie należał do PiS. I nie przyszedł, aby zastraszać, choć sam nieraz na pewno doświadczał strachu…

Zaszufladkowano do kategorii przeklęte problemy | Otagowano , , , , , , , | Dodaj komentarz